Znaleziono 0 artykułów
14.05.2021

Dlaczego kobiety zmieniają nazwisko

(Fot. Getty Images)

W dowodzie osobistym mam dwa nazwiska – panieńskie i męża – połączone dywizem. W pracy używam tylko pierwszego. W urzędach przeżywam piekło z 28 literami, które nie mieszczą się w żadnym formularzu. Gdybym dzisiaj wychodziła za mąż, pozostałabym przy swoim nazwisku.

Kobiety od wieków przyjmują nazwisko męża

W Stanach Zjednoczonych 70 proc. kobiet przyjmuje po ślubie nazwisko męża. Więcej niż w latach 70. i 80., gdy pozostanie przy nazwisku panieńskim uważano za gest feministyczny. W Wielkiej Brytanii, tak jak w Polsce, ta liczba zbliża się dziś do 90 proc. (mniejsza jest wśród osób z wyższym wykształceniem i aktywnych zawodowo). Podobnie sytuacja przedstawia się w większości krajów europejskich. Inaczej jest w Hiszpanii, gdzie nazwiska rodowe są niezwykle szanowane, i w Grecji, gdzie od 1983 r. kobiety mają ustawowy obowiązek zachowania własnego nazwiska.

Wychodzimy za mąż coraz później (w Polsce kobiety średnio w wieku 28 lat, mężczyźni – 30), więc przed ślubem osiągamy więcej. Budujemy tożsamość, pozycję zawodową i mniejszą lub większą rozpoznawalność w mediach społecznościowych pod własnym nazwiskiem. Mimo to większość kobiet dylemat „własne czy męża” rozwiązuje, zmieniając nazwisko.

Tradycja przyjmowania przez kobiety nazwiska mężczyzny rozpoczęła się w średniowieczu. Najpierw wszyscy nosili tylko imiona. Z czasem dodawano do nich nazwiska, często odnoszące się do miejsca pochodzenia, zawodu czy przodków. Mniej więcej od IX w. kobiety przyjmowały nazwisko męża, co było równoznaczne z przejęciem przez niego władzy nad jej finansami, przyszłością, właściwie całym życiem. Trwało to nieprzerwanie do XIX w. Mężatki nie mogły samodzielnie zawierać umów, zakładać biznesu ani posiadać nieruchomości. W 1921 r. w Stanach Zjednoczonych powołano organizację Lucy Stone League walczącą o prawo kobiet do zatrzymania panieńskiego nazwiska. W 1925 r. Doris Fleischman została pierwszą amerykańską mężatką z paszportem wydanym z nazwiskiem panieńskim. Do 1930 r. Liga przestała działać. Przez kolejne lata wyłamywały się tylko kobiety o ogromnej mocy sprawczej, choćby Elżbieta II, która nie chciała być Mountbattenową, tylko Windsorówną.

Dlaczego żałuję zmiany nazwiska

Jak było ze mną? Nie dość, że jestem jedynaczką, to mam naprawdę małą rodzinę. Poza mną w moim pokoleniu nasze rodowe nazwisko noszą tylko moi kuzyni. Nazwisko jest rzadkie, w całej Polsce Konieczyńskich jest zaledwie 300. Imię rodzice nadali mi zwyczajne. Miało być trochę z francuska, Anne-Marie, została polska Anna Maria jak z piosenki Czerwonych Gitar. W pierwszej klasie podstawówki Ań było z osiem. Dzięki nazwisku, którego nie miał nikt inny, czułam się wyjątkowa. Wprawdzie wywodzi się od „konieczności”, ale przyjaciele w przypływie czułości nazywali mnie „Koni(e)czynką”.

(Fot. Getty Images)

Jako romantyczna dziewczynka zapisywałam ostatnie strony zeszytów podpisami z nazwiskami chłopców, w których akurat się kochałam. Gdy w liceum poznałam pierwszego chłopaka, okazało się, że jego nazwisko nie brzmi ani nie wygląda tak dobrze, jak moje… Długo nie myślałam o ślubie, a gdy temat zaręczyn się pojawił, postawiłam kategoryczne weto. Tłumaczyłam się osiągnięciami zawodowymi. W końcu jako dziennikarka funkcjonowałam w pracy pod nazwiskiem. Posłużyłam się feministycznym argumentem, ukrywając uprzedzenia.

Mój drugi narzeczony, a obecny mąż, nosi nazwisko równie ładne i równie długie, co moje własne. Wzięliśmy ślub na fali zakochania, nie zastanawiając się specjalnie ani nad weselnym menu, ani nad zdjęciami z drona. Nie brałam pod uwagę, że mogłabym przestać być Konieczyńską.

Do swojego dołożyłam jego nazwisko. Trochę po to, żeby zrobić mu przyjemność, a trochę dlatego, że podwójne nazwisko wydawało mi się szalenie eleganckie. Dziś nie popełniłabym tego błędu. Ani mąż mnie o poprawkę w dokumentach nie prosił, ani nie dyktowała jej żadna formalna potrzeba.

Wydawało mi się, że dwa nazwiska to najlepszy kompromis. Miały pozwolić mi jednocześnie pozostać sobą i stać się trochę kimś innym. Przy zmianie dokumentów pomyślałam sobie: dobrze, że nie mam prawa jazdy, jeden urząd do odwiedzenia mniej. Ale wyrabianie nowego dowodu osobistego, paszportu i ubezpieczenia zdrowotnego to był dopiero początek problemów.

Chwilowy kaprys do dzisiaj utrudnia mi życie. Moje imię i nazwiska mają łącznie 28 liter. Dla urzędowych formularzy to zbyt wiele. Głupieją. Linie lotnicze dostają migreny. Gdy po ślubie kilka razy leciałam do Stanów, okazywało się, że dane na wizie nie zgadzają się z tymi z biletu, więc traktowano mnie na lotniskach jak niezbyt przebiegłą oszustkę usiłującą ukryć prawdziwą tożsamość.

Podwójne nazwisko mam właściwie tylko na papierze. Uznałam używanie go w pracy za lekko pretensjonalne. Jakbym pozowała na autorkę XIX-wiecznych powieści. Pozostałam przy swoim, które przez siedem lat działalności zawodowej przed ślubem pojawiało się na łamach różnych czasopism. Nie znoszę mediów społecznościowych, więc nie udało mi się zbudować marki osobistej „Anna Konieczyńska”, ale muszę przyznać, że mimo upływu lat widok mojego nazwiska w druku nadal sprawia mi przyjemność.

Zmieniać nazwisko czy nie zmieniać: Za i przeciw

Mamy XXI w. i, przynajmniej w tej sprawie, wybór. Nie musimy zastępować swojego nazwiska mężowskim, nie musimy nawet go dodawać. Wbrew pozorom, to trudna decyzja.

Podążyć za patriarchalną tradycją czy wyrazić feministyczny światopogląd? Zadrzeć z konserwatywną rodziną czy iść na kompromis? Zrobić przyjemność przyszłemu mężowi czy przekonać go, że zmiana nie ma sensu? Decyzję o przyjęciu nowego tłumaczymy często dobrem dzieci (co, jeśli w przedszkolu ktoś zapyta, dlaczego nazywam się inaczej niż syn?), udogodnieniami formalnymi (kredyt, poczta, spadek) albo głębokim uczuciem skłaniającym do absolutnego zespolenia z partnerem.

Dla większości z nas nazwisko to nieodłączna część tożsamości. Przyjmując inne, do pewnego stopnia wyrzekamy się siebie. Nie wiem, kim są koleżanki na Facebooku, bo gdy je poznałam nazywały się inaczej. Dodając drugie nazwisko, modyfikujemy markę osobistą, by nikomu nie podpaść. Wciąż zbyt rzadko dopuszczamy alternatywę – męża przyjmującego nazwisko żony. I chyba nie zawsze uzmysławiamy sobie, jak brzemienna w skutki jest zmiana nazwiska. Najlepiej wiedzą o tym rozwodniczki. Traumie końca miłości, nierzadko dramatycznym rozstaniom towarzyszy ponowna wycieczka do urzędów, banków i innych instytucji, często daleko od aktualnego domu.

Niech każda z nas zważy, na ile jej nazwisko panieńskie odzwierciedla to, kim jest i kim chce być. Niektórym odkreślenie grubą kreską dawnego życia dobrze zrobi, inne, tak jak ja, chcąc podkreślić ciągłość, noszą dwa nazwiska, a pozostałe utożsamiają się z nazwiskiem rodowym na tyle, że nie są gotowe na metamorfozę.   

W myśl zasady, że feminizm oznacza wolność wyboru, nie piętnujmy kobiet, które przyjmują nazwisko męża jako patriarchalnych tradycjonalistek, ani nie uznawajmy, że pozostanie przy własnym oznacza brak gotowości na prawdziwe zaangażowanie.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę