Znaleziono 0 artykułów
17.02.2020

Etyczne, nowe, polskie

Stettin (projekty vintage) (Fot. Materiały prasowe)

W polskiej modzie dużo się ostatnio dzieje. Sposobem na przetrwanie w zaśmieconym tonami odpadów i zatrutym przez toksyczny przemysł odzieżowy świecie stają się błyskotliwe dizajnerskie rozwiązania. Oto cztery nowe marki, które szukają szczelin na kapitalistycznym, zdominowanym przez korporacje rynku.

Fantazyjna kropla 

Draus (Fot. Luke Jaszcz)

Rdzeniem marki Draus jest spinka w kształcie łzy przeznaczona do spinania i tworzenia ubrań. Firmę prowadzą Weronika Draus i Marysia Duda. Weronika, która odpowiada za projekty, jest pierwszą w historii laureatką nagrody przyznawanej przez „Vogue Polska” dyplomantom i dyplomantkom warszawskiej Katedry Mody. Projektantka otrzymała ją w 2018 roku za kolekcję „Spacious Head Available”. W trakcie studiów odbyła staż w domu mody Alexander Wang. A Marysia jest stylistką i kostiumografką, absolwentką School of Form. Stworzyła m.in. kostiumy do spektakli „Ostatni” w reżyserii Romualda Krężela i „Irańska konferencja” Iwana Wyrypajewa. Tworzyła też stylizacje dla zespołu Coals. W Draus zajmuje się wizerunkiem i marketingiem. 

Spinka to urządzenie o ekspresyjnym, psychodelicznym, organicznym kształcie, które rozwija idee wykorzystania już istniejących rzeczy. Powstała po to, by modyfikować niepasujące ubrania, np. modele vintage, bez konieczności oddawania ich do przeróbki. Wystarczą otwór, dziura, dziurka na guzik, szlufk,a by za pomocą przyrządu stworzyć wygodny, a czasem też zupełnie nowy strój. Ubranie można też wykonać z kawałka materiału. Aluminiowa spinka ma wyrafinowany, fantazyjny i ozdobny kształt, dlatego może stać się akcesorium: broszką, naszyjnikiem, wisiorem, rycerskim pasem. „Wśród odbiorców pojawiają się różne skojarzenia. Spinki przypominają zabawki erotyczne, narzędzia chirurgiczne lub dentystyczne, a także kroplę, łzę. Ich forma intryguje” – przyznają projektantki. Podobny kształt ma pobudzające wyobraźnię logo marki – przywodzi na myśl wędrującego robaczka z komputerowej kreskówki lub pismo arabskie. Znak w kolorze acid green pojawił się m.in. na na rozciągliwych koszulkach z długimi rękawami. Draus to także oszczędna kolekcja ubrań. Składa się z czterech modeli szytych w krótkich seriach: spódnicy, spodni, topu i wspomnianego longsleeve’u. Każdy model zawiera w sobie trzy rozmiary, które można modyfikować. Za pomocą spinki gotowe projekty zmieniać można w zupełnie inne stroje. Wkrótce Draus wypuści filmiki instruktażowe, więcej modeli ubrań i spinki wykonane z cięższych tworzyw, które pomogą w dopasowywaniu toreb, a nawet butów. Ubranie Draus są w pełni etyczne – powstają z niesprzedanych tkanin, które zalegają w polskich hurtowniach i magazynach.

Draus (Fot. Luke Jaszcz)

Na styku wielu dróg 

Stettin (Fot. Materiały prasowe)

Stettin to marka biżuterii, której nazwa nawiązuje do przedwojennej historii Szczecina. Łączy w sobie niemieckiego, polskiego i australijskiego ducha. Markę założyli urodzona w Szczecinie i wykształcona na warszawskim ASP set designerka Patrycja Bołzan i Karol Szczepaniak, Australijczyk o polskich korzeniach. Karol studiował marketing na RMIT University w Melbourne. Jego tata pochodzi z warszawskiego Międzylesia, a mama z Biłgoraju. Fascynację biżuterią rozwinął m.in. w domu babci i na szczecińskich targach staroci. W Polsce poznał style rosyjski, polski i niemiecki. W Melbourne Patrycja i Karol przyglądają się miejscowym pracowniom biżuterii, których jest tu ponoć bardzo dużo. – W Melbourne sporo jest autorskiej biżuterii tworzonej ręcznie w pojedynczych egzemplarzach, bez wykonywania odlewu. Tutejszy styl jest zupełnie inny niż w naszej części Europy, jest bardziej ozdobny, lżejszy, wiktoriański – opowiada Patrycja Bołzan. Stettin ma dziś dwie siedziby – w Melbourne i Warszawie.

W ofercie Stettin znajdziecie sporo modeli vintage. Ich biznes zaczął się od sprzedawania antyków. Dzięki temu Australijczycy poznali stare wzornictwo z naszego regionu – z Polski, Rosji i Niemiec. Stare modele stopniowo wypierane są przez autorskie projekty, które mimo swej nowoczesności wciąż mają w sobie coś starożytnego, szczecińskiego. Powstają też hybrydy – w nową biżuterię wkomponowywane są stare elementy. Jedna z obrączek wygląda, jakby stworzono ją z cegieł. Karol tłumaczy, że to wynik fascynacji poniemiecką architekturą Szczecina. Logo marki zaprojektowano na bazie starej niemieckiej czcionki. Stettin łączy australijską lekkość i beztroskę z ciężką estetyką i skomplikowaną historią naszej części Europy. Pośród swoich inspiracji Karol i Patrycja wymieniają także projekty warszawskich spółdzielni Orno (powstała w 1949 roku) i Warmet (działał od 1951). To masywna, lecz dekoracyjna biżuteria, która pradawną ozdobność łączy z nowoczesnym, geometrycznym stylem drugiej połowy XX wieku. 

Stettin (projekty vintage) (Fot. Materiały prasowe)

Z wnętrza umysłu 

Sick Mindem (Fot. Materiały prasowe)

Sick Mindem należy się przede wszystkim zachwycać. To kolekcjonerskie ubrania, z których prawie każde jest niepowtarzalnym dziełem sztuki. Ich twórca nie ujawnia wizerunku i nazwiska. Wiemy, że mieszka w Katowicach. W tunelu przy ulicy Mariackiej widać jego ślady. Możecie go też zobaczyć na zdjęciach, jest modelem własnej marki. Zawsze występuje jednak w kominiarce. Widać tylko ładne rzęsy. Możecie spojrzeć Sick Mindowi w oczy. Ubrania sprzedaje w katowickim Bazarze, jednym z najfajniejszych sklepów w Europie. Arkadiusz Dmitruk, właściciel Bazaru, jako pierwszy docenił Sick Minda, projektanta i artystę, ale nie dyplomowanego. Ubrania i materiały wyszukuje głównie w lumpeksach. To, co tam znajduje, tnie, łączy, przeprojektowuje, zamalowuje. Wymyśla własne formy. Robi to szybko i intuicyjnie. Sick Mind zaprasza nas do swojego twórczego, tajemniczego umysłu. Powierzchnie ubrań szczelnie wypełniają obrazy. Wszystkie są tworzone ręcznie. Na ubraniach widać karabiny, wizerunki Jokera i Marilyn Monroe, bohaterów i bohaterki bajek i memów, twarze i słowa wyrażające krzyk i protest, fragmenty piosenek, gołą kobietę, masturbującą się kobietę, ogień, emotikony, czaszki… Stylu Sick Minda nie da się sklasyfikować, jest postpunkowy, postpopartowski, neoraperski i neostreetowy, bezpruderyjny, seksowny. Tkwi w nim siła tworzonej ręcznie sztuki. Kto go nosi? Na przykład Quebonafide i J Balvin (36,2 miliona fanów na Insta). I dużo innych fetyszystów. kolekcjonerskich ciuchów. 

Źródła korporacyjno-higieniczne

Art Hoe (Fot. Lola Banet)

Przemysław Falarz, twórca Art Hoe, podkreśla, że nie chce, by jego marka była traktowana zbyt poważnie. – To jest zabawa, projekt artystyczny – podkreśla. Kolekcje będą małe, nie będzie wielkich serii i zaśmiecania świata. Przyszłością mody jest raczej wypożyczanie niż powielanie ubrań – dodaje. Nazwa, oprócz słowa „sztuka”, zawiera jedną z wersji określania whore. To typowe np. dla kultury queer przejęcie obraźliwego, wulgarnego wykorzystywanie go w celach artystycznych, społecznych, rozrywkowych i prowolnościowych. 

Przemek sięga do czasów swojego dzieciństwa i przygląda się znanym dziewczynom z początku XXI wieku: Tiffany Pollard, gwieździe z reality show, Paris Hilton, Nicole Richie i Kim Kardashian, ale z czasów, w których była jeszcze zwykłą przydupaską Paris – zaznacza Falarz. Pośród polskich ikon Art Hoe znalazłyby się wczesna Mandaryna, Doda z programu „Gwiazdy tańczą na lodzie” czy niezapomniana Jolanta Rutowicz, zwyciężczyni „Big Brothera” z 2007 roku. To błyszczące kobiety, które lubią bogatą modową ekspresję. – Art Hoe to estetyka korporacyjna, połączona z błyskiem J. Lo – kwituje Falarz. 

Kolejnym źródlem Art Hoe jest psychodeliczna, bajkowa, hiperrealistyczna oprawa wizualna produktów higienicznych, np. opakowania i reklamy papierów toaletowych przedstawiające cyfrowe łąki pełne kwiatów i puszystych piesków. Ikonograficznym źródłem mogę być też mydła w płynie – neonowe, gęste mazie o dziwnych zapachach. Ta estetyka ma oddalić nas od naszej fizjologii. Tworzy sztuczne, ale w jakimś sensie piękne światy pachnące erzacem choinki, rumianku, wanilii.

Ubrania Art Hoe dużo odkrywają, są skomplikowane formalnie i wcale nie są takie żartobliwe. Opływowe, faliste wycięcia, ściągacze, sznurki, dziurki, marszczenia tworzą wyrafinowane formy, które nie tracą sportowego ducha. Bazą dla imponujących torebek były np. przyrządy gimnastyczne. Klamry od pasków przypominają fantazyjne mydelniczki. Projekty powstają w wyniku procesów lakierowania, chromowania, cięcia laserem. Cyrkonie są aplikowane ręcznie. Tworzywa i materiały to odrzuty, resztki: lycra, denim, bawełna, poliester, siatki, kurtyny z chłodni i wiele innych. 

Art Hoe (Fot. Lola Banet)

 

Marcin Różyc
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę