Znaleziono 0 artykułów
25.12.2018

Feliz Navidad!

A może by tak święta na plaży? (Fot. Getty Images)

Pierwszy wyjazd na święta w kierunku innym niż dom rodzinny jest piekielnie trudny. Trudność polega na zerwaniu z tradycją. Coraz więcej osób decyduje się jednak na to, by spędzać wolne dni po swojemu.

Najtrudniejszy jest podobno pierwszy raz. Wiadomo, stres połączony z ciągłym wyobrażaniem sobie, jak to zrobić najlepiej. Można się wykończyć najpierw oczekiwaniem, a potem szukaniem odpowiedniego momentu. Podobno pomaga odrobina alkoholu dla kurażu, ale nie należy przesadzić, bo plan może nieopacznie ulec sabotażowi. Z rozmów rozmaitych wynika, że kobiety stresują się w tym przypadku tak samo, jak mężczyźni. Nie ma też podobno różnic między ludźmi ze wsi i z miasta, tak zwani „młodzi, wykształceni, z dużych ośrodków” nie radzą sobie wcale lepiej. No, może odrobinę łatwiej jest im znaleźć partnerów, którzy też chcieliby to zrobić, bo już czas, bo niektórzy koledzy i koleżanki mają to już za sobą i opowiadają, że było wspaniale. Coraz częściej mówią też o tym w mediach, więc człowiek jest bardziej jakby oswojony z tematem.

Święta w Nowym Jorku (Fot. Getty Images)

Nie ma co ukrywać, że pierwszy wyjazd na święta w kierunku innym niż dom rodzinny jest dla wielu piekielnie trudny. Oczywiście nie ze względów logistycznych, bo nie ma dzisiaj nic prostszego niż kupić za parę złotych bilet na samolot i zarezerwować niedrogo urocze mieszkanko na Airbnb. Trudność polega na zerwaniu z tradycją, która od zarania dziejów polega dla przytłaczającej większości Polek i Polaków (nie tylko rzymskich katolików) na udaniu się w rodzinne strony, by konsumpcji wieczerzy wigilijnej się (p)oddać. Procedura jest, można powiedzieć, standardowa: szał prezentowy połączony z bieganiną po centrach handlowych (zwanych w Polsce dla niepoznaki galeriami); pakowanie i objuczenie pakunkami, które z różnych przyczyn do walizki się nie mieszczą; podróż zatłoczonym, notorycznie spóźnionym i pozbawionym regulacji ogrzewania pociągiem; spotkanie z rodziną, za połową której się nie przepada; niemożebne obżarstwo i „Kevin sam w domu”. „Kevina” podobno przywiozła do Polski królowa Bona, więc jest to tradycja znacznie starsza od Polsatu. Starsza ponoć także od zwyczaju sykania na siebie podczas rodzinnych zjazdów, starsza od mądrości życiowych ciotek i wujków, starsza od niekończących się pytań typu: „kiedy się ożenisz? kiedy zostanę babcią? dlaczego nie ochrzciliście małej? co ludzie powiedzą? czym ty się dokładnie zajmujesz? czy z tego można wyżyć? kiedy rzucisz palenie? czy ty trochę nie przytyłaś? kim dokładnie jest twój chłopak? i po co farbowałaś włosy? czy ty nie możesz zająć się czymś ludzkim? nie mogłeś się normalnie ubrać? Nie mów przy ciotce tego, przy babci tamtego, a przy wszystkich owego”. A może by tak w innym towarzystwie? W innym miejscu? W innej atmosferze?

Coraz częściej rezygnujemy ze świąt w domu rodzinnym (Fot. Getty Images)

Coraz więcej z nas decyduje się zwiać na święta z Polski. Jedni dlatego, że w ogóle tych świąt nie obchodzą, inni chcą zmienić towarzystwo, jeszcze inni nie mogą znieść grudniowych ciemności i coraz częstszego braku śniegu. Część sunie więc w skandynawskie rejony czy inne Alpy, część bardziej na południe – w rejony śródziemnomorskie, część do krajów, gdzie Boże Narodzenie jest niemal niewidocznym, bo nieobchodzonym masowo świętem, a część w prawdziwe tropiki, by w czapce Świętego Mikołaja wylegiwać się na plaży i irytować wszystkich na fejsie lub insta swoimi zdjęciami. Każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie od upodobań i zasobności portfela. A gdy już znajdzie, to nie musi po sklepach latać, karpia w reklamówce torturować i stresować się tym, co można mówić, a czego nie. Szalenie przyjemnie jest wstawać, o której się chce, iść na późne śniadanie, siorbać kawkę z przyjaciółmi w miłych okolicznościach przyrody, poznawać nowe miejsca albo eksplorować ciągle stare, podziwiać architekturę, wędrować po muzeach, upijać się od obiadu dobrym winem i generalnie robić to, na co ma się ochotę. Moja osoba bardzo to lubi i wciąga w ten szatański proceder kolejne. W tym roku zapakowaliśmy się do samolotu nie w dwie, nie w pięć, ale w dziewięć osób. Aż strach pomyśleć o kolejnych latach.

„Nie mogę uwierzyć, że przez czterdzieści lat nie wpadłem na to, żeby wyjechać na święta z Polski” – mówił wczoraj M., sącząc chłodny wermut z pomarańczą i grzejąc się w cudownym słońcu Walencji, gdzie w tym roku spędzamy święta. Cieszył się jak dziecko, opowiadając jednocześnie, że zakomunikowanie mamie tego faktu nie było już takie radosne. Bo jak można nie spędzić świąt rodzinnie przy wigilijnym stole? Otóż okazuje się, że można, choć pierwszy raz jest nieraz wyzwaniem. Ale potem jest już z górki. Potem jest to normalne tak samo, jak przybywanie na wigilię. Po prostu jedni wolą pożerać hiszpańskie oliwki, inni wolą lepić polskie pierogi. I bardzo dobrze. Chodzi jeno o to, by spędzać święta tak, jak się chce, czego wszystkim nam serdecznie życzę!

Mike Urbaniak
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę