Znaleziono 0 artykułów
26.02.2019

François Ozon: Oddać sprawiedliwość ofiarom

Francois Ozon ze Srebrnym Niedźwiedziem ( Fot. Andreas Rentz, Getty Images)

Nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem na zakończonym niedawno Berlinale film „Dzięki Bogu” opowiada o ofiarach Bernarda Preynata, oskarżonego o pedofilię księdza z Lyonu. – Mam nadzieję, że zrobisz o nas francuski „Spotlight” – mówili reżyserowi jego bohaterowie. Powstał film na miarę tamtego oscarowego, który ma szansę wstrząsnąć opinią publiczną jak w Polsce „Kler” Wojciecha Smarzowskiego.

Filmy oparte na faktach powstają co najmniej kilka lat po wydarzeniach, o których opowiadają. Ty nie chciałeś czekać. W „By the Grace of God” podejmujesz temat pedofilskiego skandalu z udziałem księdza Bernarda Preynata, choć we francuskim sądzie nie zapadł jeszcze w tej sprawie wyrok. Nie obawiałeś się, że za realizację filmu zabrałeś się za szybko?

Być może wykazałem się zbytnią beztroską, ale powiem ci szczerze, że w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Od pierwszego dnia zdjęć było dla mnie jasne, że nie zamierzam tracić czasu na kręcenie filmu publicystycznego. O sprawie księdza Bernarda Preynata, oskarżonego o molestowanie seksualne wielu chłopców, słyszeli we Francji niemal wszyscy. Sam Preynat nie wypiera się zresztą większości zarzucanych mu czynów. Mnie nie interesowała jednak perspektywa oprawcy, lecz ofiary. Chciałem pokazać, jak zmienia się życie ludzi, którzy znajdują w sobie odwagę, by opowiedzieć o traumie z przeszłości.

Poświęcasz też sporo miejsca na krytykę instytucji Kościoła.

Takie podejście było nieuniknione. Bierność Kościoła i opieszałość jego dostojników w wyjaśnianiu sprawy Preynata wpływa na moich bohaterów. Jednocześnie jednak chciałbym podkreślić, że historie takie jak ta dzieją się nie tylko w Kościele, lecz także w świecie sportu, w szkole i wszędzie tam, gdzie instytucja ma przewagę nad jednostką. Nieprzypadkowo aż 80 proc. przypadków pedofilii ma miejsce w obrębie rodziny, a więc grupy, w której obowiązują stosunki władzy.

Kadr z filmu "By the Grace of God" (Fot. Jean Claude Moireau, East News)

Z „By the Grace…” wynika, że Kościół wciąż jest w twoim kraju wpływową instytucją. Taki obraz przeczy rozpowszechnionemu na świecie stereotypowi liberalnej, laickiej Francji.

Francja jest krajem dużym i wewnętrznie zróżnicowanym. Obok regionów i miast, które są silnie zlaicyzowane, istnieją także miejsca z silnym wpływem Kościoła. Jednym z nich jest Lyon, w którym miały miejsce opisywane wydarzenia. Choć stanowi on drugie co do wielkości miasto Francji, w ogóle nie przypomina Paryża. Jego konserwatyzm i drobnomieszczańskość stworzyły idealne wręcz warunki dla pojawienia się postaci pokroju Preynata.

Plakat filmu "Dzięki Bogu" (Fot. Materiały prasowe)

W jednej ze scen „By the Grace…” wysoki rangą dostojnik kościelny stawia znak równości pomiędzy pedofilią a homoseksualizmem.

Ten moment jest dla mnie jednym z najważniejszych w filmie, bo pokazuje, że wielu kościelnych hierarchów jest oderwanych od rzeczywistości. Bronią oni tezy, które w dzisiejszym świecie wydają się już wyłącznie kompromitujące. Jednocześnie jednak doktryna kościelna daje im na to przyzwolenie. W jej świetle rzeczywiście nie ma przecież specjalnej różnicy między pedofilią a homoseksualizmem, bo jedno i drugie jest grzechem. Mam jednak nadzieję, że już wkrótce takie poglądy odejdą do lamusa nawet w Kościele, a optymizmem napawa mnie postawa papieża Franciszka, który – przynajmniej za sprawą niektórych gestów i wypowiedzi – sprawia wrażenie człowieka idącego z duchem czasu.

Nie obawiałeś się, że ze względu na poruszaną tematykę twój film sprowokuje we Francji szeroko zakrojone protesty?

Na etapie kręcenia filmu staraliśmy się zachować wszelkie środki ostrożności. Nie bez powodu większość zdjęć zrealizowaliśmy poza Francją – w Belgii i w Luksemburgu. Żeby nie wywoływać niepotrzebnych sensacji, do ostatniej chwili trzymaliśmy też w tajemnicy ostateczny tytuł filmu. Zamiast trochę prowokacyjnego „By the Grace of God” we wszelkich komunikatach używaliśmy niewskazującego na temat filmu tytułu „Alexandre”, od imienia jednego z głównych bohaterów.

Kadr z filmu "By the Grace of God" (Fot. Jean Claude Moireau, East News)

Niezależnie od tych środków ostrożności gotowy film wciąż może wywołać kontrowersje.

Nie mogę wykluczyć, że rozmowę o walorach czysto filmowych zdominuje płytka dyskusja światopoglądowa. Wierzę jednak, że tak się nie stanie. Jest przecież spore grono ludzi, którzy deklarują się jako wierzący, ale mają świadomość grzechów Kościoła i wiedzą, że przyznanie się do błędów prowadzi do oczyszczenia. Jestem pewien, że takie osoby nie tylko nie będą protestować, ale wręcz ucieszą się z powstania mojego filmu.

Mimo że poruszasz bardzo bolesny temat, trudno oprzeć się wrażeniu, że ostateczny wydźwięk „By the Grace of God” jest optymistyczny.

Dzieje się tak pewnie dlatego, że jednym z tematów mojego filmu jest rodzenie się poczucia wspólnoty. Proces ten od zawsze wydawał mi się fascynujący, bo łatwo jest zainicjować jakiś ruch, oprzeć go na silnych emocjach i wyrazistych postulatach. Dużo trudniej jednak utrzymać go w ryzach przez dłuższy czas, gdy między członkami zaczynają się pojawiać pierwsze zgrzyty, różnice celów, temperamentów, światopoglądów. Ludzie, o których opowiadam, byli w stanie pokonać te przeciwności.

Pod względem podejścia do zbiorowego bohatera „By the Grace…” przypomina inny francuski film – „120 uderzeń serca” Robina Campillo, który opowiadał o aktywistach z lat 90., walczących o prawa osób chorych na AIDS.

Bardzo lubię „120 uderzeń…” i myślę, że jego sukces dodał mi odwagi. Uznałem, że skoro Robinowi udało się zainteresować widza filmem, który trwa dwie i pół godziny, a jest oparty głównie na dialogach, nie jestem bez szans, jeśli zastosuję podobną formułę w „By the Grace…”.

François Ozon na planie filmu "By the Grace of God" (Fot. Jean Claude Moireau, East News)

Co jeszcze było dla ciebie istotne, gdy myślałeś o „By the Grace…” w kontekście filmowej formy?

Postanowiłem zastosować w tym filmie ryzykowny eksperyment, który przed laty udał się choćby Hitchcockowi w „Psychozie”. Zauważ, że Alexandre, który przez pierwszych 45 minut wyrasta na głównego bohatera, w pewnym momencie znika i potem przemyka na drugim planie w paru scenach. Gdy moi producenci się o tym dowiedzieli, chcieli wybić mi to z głowy, ale przekonałem ich, że ta decyzja przysłuży się opowieści. Dzięki niej „By the Grace…” staje się historią o efekcie domina i o tym, że problem pedofilii w takich instytucjach jak Kościół jest złożony, a jeden skandal zwykle pociąga za sobą kolejne.

Ozon odbiera Srebrnego Niedźwiedzia na tegorocznym Berlinale (Fot. Matthias Nareyek, Getty Images)

Niezależnie od zastosowanych przez ciebie wyrafinowanych zabiegów stylistycznych krytycy na festiwalu w Berlinie i tak porównywali twój film do hollywoodzkiego „Spotlight”.

To oczywisty skrót myślowy, ale jest on dla mnie zupełnie zrozumiały. Krytycy nie byli zresztą odosobnieni. Gdy po raz pierwszy spotkałem się z ofiarami pedofilii, które stały się pierwowzorami moich bohaterów, jeden z mężczyzn pożegnał mnie słowami: „Mam nadzieję, że zrobisz o nas francuskie Spotlight!”. Pomyślałem sobie wtedy, że gdyby mój film wywarł równie wielki wpływ na rzeczywistość i został w pamięci widzów tak długo jak tamten, nie miałbym absolutnie nic przeciwko temu.

Co jeszcze było dla ciebie ważne w kontakcie z ofiarami księdza Preynata?

Gdy tylko skończyłem pisanie, poprosiłem znajome ofiary Preynata o lekturę scenariusza. Miałem wtedy sporą tremę, bo wiedziałem, że ci ludzie pokładają we mnie wielkie nadzieję. Opowiedzieli mi o intymnych szczegółach swego życia, których nigdy wcześniej nie zdradzili dziennikarzom czy policji. W związku z tym wszystkim było dla mnie jasne, że jeśli scenariusz nie uzyska aprobaty samych zainteresowanych, nie będę miał po co robić filmu. Na szczęście wszyscy stwierdzili, że tekst im się podoba, bo jest jednocześnie szczegółowy, wnikliwy i pełen emocji.

Ozon z obsadą filmu "By the Grace of God" (Fot. Pascal Le Segretain, Getty Images)

Czy ofiary Preynata miały okazję zobaczyć już film?

Tak, zorganizowałem dla nich specjalny pokaz, który był dla mnie wielkim przeżyciem. Najbardziej się wzruszyłem, gdy jeden z mężczyzn powiedział mi: „François, w tym filmie jest trzech głównych bohaterów. Jeden reprezentuje tradycyjne wartości, drugi jest typem wojownika, a trzeci showmana, który dba o kontakty z mediami. W tej grupie brakowało kogoś, kto byłby w stanie spojrzeć na całą tę historię z boku i wykorzystać ją artystycznie. Okazało się, że to właśnie ty, więc jesteś jednym z nas”.

„By the Grace…” to już ósmy film, który zrealizowałeś w ciągu ostatniej dekady. Mało który współczesny reżyser jest w stanie utrzymać takie tempo i osiągać równie satysfakcjonujące rezultaty artystyczne. Jak udaje się to tobie?

Jestem niecierpliwy i ciekawy świata, a przede wszystkim wciąż uwielbiam opowiadać historie. Poza tym pracuję szybko, bo sam piszę sobie scenariusze, a to sprawia, że mam cały film w głowie. Wiem, co chcę osiągnąć, i nie tracę czasu na powtarzanie po 20 razy tego samego ujęcia, tylko od razu prę do przodu. A że praktycznie nie schodzę z planu? Wierz mi lub nie, ale kiedy nie kręcę filmu, jestem osobą leniwą, trochę znudzoną i kiepsko zorganizowaną. Dopiero gdy uruchamiam kamerę, naprawdę mogę poczuć, że żyję.

„By the Grace of God” wejdzie do polskich kin jesienią. Dystrubutorem filmu jest  Against Gravity.

Piotr Czerkawski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę