Znaleziono 0 artykułów
17.05.2020

Grimes: artystka zawsze niezależna

(Fot. Getty Images)

Właśnie zaczyna się nowy rozdział w życiu Grimes. Przypominamy historię alternatywnej artystki, która – nie schodząc z własnej ścieżki – koncertuje z Laną del Rey i współpracuje z Jayem Z. Dziewczyny, która nie poddaje się presji mediów, nawet w związku z Elonem Muskiem. – Nigdy się niczemu nie poddawałam, tak więc to było dla mnie duże poświęcenie – mówiła, gdy zaszła w ciążę. Dziecku nadała imię neutralne płciowo.

Formalnie nazywa się Claire Boucher, dla świata nazywa się Grimes, a dla przyjaciół c. Dlaczego? Bo nigdy nie ubiła swojego imienia, więc tak ją nazywali. Pisownia z małej litery nie jest przypadkowa, dzięki niej imię staje się symbolem prędkości światła.

(Fot. Getty Images)

Urodziła się pod koniec lat 80. w zamożnej rodzinie w Vancouver, jej mama była prokuratorem, a tata przedsiębiorcą. Wychowywała się z dwójką braci, z którymi wiecznie konkurowała, na boisku czy w grach wideo zawsze chciała być pierwsza. Może właśnie to doświadczenie ukształtowało jej zadziorną naturę ambitnej indywidualistki. Chłopackie zainteresowanie fantastyką zaszczepił w Grimes tata, który do snu zamiast bajek czytał dzieciakom „Władcę Pierścieni” i „Diunę”. Dziadek z kolei, z zawodu ślusarz, wpoił zamiłowanie do majsterkowania i eksperymentów. Jaki wpływ na jej osobowość wywarła mama? O tym milczy.

Niecierpliwa 

Katolicka szkoła, do której została wysłana jako dziecko, była dla niej traumatycznym doświadczeniem. Dyscyplinę i hierarchię wspomina jako koszmar, podobnie jak lekcje gry na skrzypcach, z których podobno nic nie wyniosła. W dodatku, gdy miała 12 lat, rodzice rozwiedli się. To wszystko sprawiło, że Grimes dojrzewając, zdetonowała pokłady swojego buntu w klasycznym autodestrukcyjnym stylu – stany depresyjne, samookaleczenia, zatargi z prawem, jazda bez świateł po autostradzie… Przyznaje, że miała dużo szczęścia. – Wielu moich znajomych z tamtego czasu już nie żyje – mówi w wywiadzie dla „Rolling Stone”.
W tym burzliwym etapie, na początku nowego milenium, znalazła też pomysł na wizerunek – radykalny gotycki styl, który w dużym stopniu towarzyszy jej do dziś: ciężkie buty i płaszcze, kolorowe włosy, kolczyki i blada cera.

(Fot. Getty Images)

Grimes nie miała problemów z nauką, po maturze dostała się na prestiżowy uniwersytet McGill w Montrealu i studiowała równocześnie rozbieżne kierunki – rusycystykę i neurobiologię. W ramach zajęć z psychoakustyki nauczyła się obsługi profesjonalnego programu do produkcji muzyki, a kiedy usłyszała, co z dźwiękiem wyprawia Animal Collective, zaczęła własne eksperymenty. Nie miała przygotowania muzycznego, ale też żadnych kompleksów. Była ciekawa i niecierpliwa – zamiast uczyć się pokornie gry na instrumencie wykorzystywała komputer i zgrywała akordy, które potem edytowała i zapętlała na wszystkie możliwe sposoby.
Studiów nie zdążyła skończyć.

Bezkompromisowa

W 2007 r. założyła konto na popularnej wtedy platformie MySpace, gdzie wciąż można znaleźć jej wczesne nagrania. Wtedy też dość przypadkowo obrała pseudonim Grimes. Jak twierdzi – zainspirował ją enigmatyczny gatunek muzyczny „grime”, z którym nie miała wiele wspólnego, a może też gra słów „grime”, z angielskiego „brud”. 
Śpiew przyszedł trudniej, odkryła swój głos trochę przez przypadek. Kiedy towarzyszyła znajomemu Seanowi Nicholasowi Savage’owi w nagraniu płyty, muzyk namówił ją do zgrania chórków. Wyszło na tyle dobrze, że Grimes potraktowała swój głos jako kolejny instrument i włączyła do eksperymentów. 
W 2010 r. w montrealskiej wytwórni Arbutus Records wydała dwa albumy „Geidi Primes” i „Halfaxa”, w bardzo ekscentrycznym stylu – na kasetach. 
Choć była wielozadaniowa i twórczość traktowała totalnie, jako sposób przeżywania świata – rysowała, pisała powieść, sprawdzała, co może w modzie – to właśnie muzyka okazała się jej główną ścieżką. – Szczęśliwie osiągnęłam na tym polu taki sukces, że nie muszę robić nic innego – przyznała w rozmowie z magazynem „i-D”.

(Fot. Getty Images)

Oryginalność, konsekwentna wizja i autentyczny, bezpretensjonalny styl dały jej siłę przebicia. Mimo braku doświadczenia i obycia scenicznego została zaproszona jako suport na amerykańską trasę Lykke Li. W 2012 r. wydała kolejny album, tym razem w prawdziwej kuźni talentów – wytwórni 4AD. Płyta „Visions”, z takimi hitami jak „Genesis” czy „Oblivion”, przyniósł jej świetne recenzje, deszcz nagród i rozpoznawalność.

W wywiadach opowiadała o skrajnych warunkach, jakie stworzyła sobie do nagrywania muzyki – dziewięć dnia życia w izolacji, bez ludzi, jedzenia i snu. Z zaciemnionymi oknami, bo nie umie pracować za dnia i „tonami amfetaminy”. W późniejszych wypowiedziach potępiała zażywanie twardych narkotyków, ale zdążyła zbudować mit – współczesnej wiedźmy, żyjącej na krawędzi światów genialnej artystki.
– Zaczęłam odnosić wrażenie, że przekierowuję duchy. Byłam przekonana, że moja muzyka jest darem od Boga. To było tak, jakbym wiedziała dokładnie, co jest dalej, jakby moje piosenki były już napisane – relacjonowała w „The Guardian” swoje doświadczenia z tworzenia „Visions”.
Jej kontrowersyjne dla prasy uduchowienie było, wbrew pozorom, szczere. Podobnie jak aktywizm objawiający się m.in. otwartą krytyką branży za seksizm. 

Startując w przemyśle muzycznym, była idealistką. Oczekiwała wolności, która pozwoli jej działać tak, jak do tej pory, czyli samodzielnie i intuicyjnie. Chciała sama pisać muzykę, odpowiadać za produkcję, kreowanie swojego wizerunku, oprawę graficzną i kręcenie klipów. Zamierzała stać się zarówno twarzą, jak i mózgiem swojego własnego projektu zatytułowanego Grimes. Musiała być naprawdę przekonująca, skoro na jej drodze pojawił się Jay Z. i zabrał do Los Angeles.

(Fot. Getty Images)

Kolejne lata to pasmo twórczych eksperymentów i sukcesów. Grimes wzięła na warsztat piosenkę odrzuconą przez Rihannę i przekuła ją w złoto – „Go”. Zrealizowała własne klipy, jeździła w międzynarodowe trasy koncertowe, m.in. z Laną del Rey, wydała kolejne albumy „Art Angels” (2015) i „Miss Anthropocene” (2018) i cały czas miała w sobie świeżą energię i zuchwałość, która pchała ją do przodu. Bawiła się estetyką mangi i choć zbliżała się do trzydziestki wciąż miała wygląd dziewczynki. Przy tym była niezłomna w swojej konsekwencji. Jej wysoki głos zlewał się z elektroniką tak, że tekst prawie się zacierał – to nie są radiowe hity. Jej twarz – choć śliczna i młoda – nie przypominała popowych gwiazd. Grimes nie zasłaniała lekko odstających uszu ani okrągłego noska. Była wegetarianką, która w wywiadzie przyznała, że w trasie nie grymasi, je to, co jest dostępne, bo nie zamierza głodować. Była otwarta i szczera. Bez cienia gwiazdorskiej pozy.

Transformacja

Świetnie czuła się w szufladce „artystki muzyki alternatywnej” i pewnie żyłaby w niej do dziś, gdyby nie plotkarskie media, które wiosną 2018 r. ujawniły, że Grimes i Elon Musk (jeden z najbogatszych ludzi na świecie, dyrektor generalny Tesli) są parą. On o 16 lat starszy, miał już sześcioro dzieci z wcześniejszego związku. Podobno pierwszy napisał do Grimes na Twitterze, kiedy zobaczył, że zamieściła dziwaczny kalambur o bazyliszku Roko. Żart dotyczył oczywiście sztucznej inteligencji.

(Fot. Getty Images)

Po dwóch miesiącach randek pokazali się publicznie – na gali Met. Musk komplementował w sieci teledyski swojej dziewczyny, a Grimes czy tego chciała, czy nie, stawała się celebrytką. – Nikt mi w to nie wierzy, ale nie miałam pojęcia, w co się pakuję – wyznała w rozmowie z „Rolling Stone”. Jej miłość kwitła, ale wymagała ofiar. 
Po pierwsze, niepokorna indywidualistka stała się dla popkultury dziewczyną geniusza. Ekscentrycznym kwiatkiem, ozdobą do życia kogoś, kto ma do zrealizowania prawdziwą misję rozwoju cywilizacji. W tej narracji jej muzyka odpłynęła na dalszy plan.
Po drugie, Grimes zaszła w ciążę. – Dla dziewczyny to poświęcenie ciała i wolności. Tak, jakbym skapitulowała. A przecież całe życie unikałam takich sytuacji. Nigdy się niczemu nie poddawałam, tak więc to było dla mnie duże poświęcenie – mówiła w „Rolling Stone”. 

Przechodząc tak wielką transformację, wciąż jednak była sobą – farbowała włosy na szalone kolory jak nastolatka, a gotycki styl zręcznie mieszała za streetwearem. Dziennikarzy witała w T-shirtach Marvela, a w mediach społecznościowych założyła enigmatyczne konta cyfrowego tworu nazwanego War Nymph, które wiele osób zinterpretowało jako artystyczną kreację jej alter ego albo nienarodzonego dziecka. I choć nie wiadomo, czemu służy eksperyment na pewno wyznacza nowy punk na horyzoncie działań Grimes. W autorskim radiu na Spotify War Nymph cieniutkim głosem zapowiada „muzykę science fiction dla dzieci – elektronikę i muzykę eksperymentalną, która rozwija ludzki mózg”.

4 maja 2020 r. Elon Musk zatweetował, że dziecko i mama czują się dobrze. Rodzice zdecydowali się na imię X Æ A-12, tłumacząc, że „Æ” wymawia się „ash”, a „A-12” to hołd złożony samolotowi rozpoznawczemu Lockheed A-12.
Podkreślili też, że imię jest neutralne płciowo, bo dziecko samo określi swoją tożsamość, kiedy będzie na to gotowe. Tak zaczyna się zupełnie nowy rozdział w życiu Grimes. 

 

Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę