Znaleziono 0 artykułów
21.03.2020

Historia mody w sztuce: Jean-Jacques Manget „Traktat o zarazie”

Uczestnicy karnawału w Wenecji (Fot. Giacomo Cosua/NurPhoto via Getty Images)

Na ilustracji rozpoczynającej „Traktat o zarazie” widzimy postać odzianą od szyi do kostek w długą, zakrywającą ciało luźną szatę. Głowa wygląda, jakby należała do monstrualnego ptaka z gigantycznym dziobem. To jednak nie jest postać z fantastycznego bestiarium, a dość wiernie odwzorowana odzież ochronna. O niej właśnie pisze w nowym odcinku swojego cyklu kierownik Katedry Mody Wydziału Wzornictwa warszawskiej ASP.

Tym razem opowiem o postaci, która zamieszkuje naszą wyobraźnię – wiem, sprawdziłem to w telefonicznych rozmowach z bliższymi i dalszymi znajomymi – której wizerunek mamy w pamięci, a którą trudno jest nam przypisać jakiemuś jednemu konkretnemu dziełu. Często nawet traktujemy ją jako postać raczej wyimaginowaną niż realną.

Nie kryję, że na jej trop naprowadziła mnie sytuacja, w jakiej wszyscy się obecnie znajdujemy.

Jeden z najstarszych udokumentowanych wizerunków tej postaci umieszczony został na frontyspisie wydanego w roku 1721 dzieła pochodzącego z Genewy lekarza Jean-Jacquesa Mangeta „Traité de la Peste” („Traktat o zarazie”). Na zamieszczonym tam rysunku widzimy postać odzianą od szyi do kostek w długą, zakrywającą całe ciało luźną szatę. Postać ta ma na nogach ciężkie buty, na dłoniach obszerne, zdaje się sztywne i twarde rękawiczki. W jednej ręce trzyma coś, co przypomina kij, na głowie ma kapelusz z szerokim rondem. Głowa wygląda, jakby należała do monstrualnego ptaka z gigantycznym dziobem.

"A Plague Doctor" Jean-Jacques Manget, 1721 rok

Wydawać by się mogło, że to postać z jakiegoś fantastycznego bestiarium, gdy tymczasem rysunek w miarę wiernie przedstawia pewien strój. Ubranie, które zostało wymyślone i szczegółowo zaprojektowane jako odzież funkcjonalna kilkadziesiąt lat przed wydaniem „Traktatu o zarazie”.

Za autora projektu uważany jest Charles de L’Orme. Lekarz – jeden z najsłynniejszych w historii francuskiej medycyny, sprawował opiekę medyczną nad królami i wysokimi urzędnikami. I on właśnie wymyślił tzw. odzież ochronną przeznaczoną dla medyków pracujących w lazaretach – miejscach izolacji i kwarantanny tych, którzy padli ofiarą zarazy. Odzież ochronna jego projektu była używana podczas kolejnych epidemii w wielu krajach Europy. Trzeba bowiem pamiętać, że w samym tylko XVII w. epidemie dżumy wybuchały dwa razy we Włoszech, dwa razy w Anglii, dwa razy w Hiszpanii, w Holandii, we Francji, na Malcie i w Austrii. A wymieniam tu tylko Europę, bez kolonii, bez krajów Ameryki i Azji.

Pomysł na zakrywającą całe ciało odzież ochronną izolującą lekarzy od zarażonych pacjentów datowany jest na rok 1619. O jego użyciu dowiadujemy się z „Traktatu o zarazie”, w którym Manget opisuje używanie tego rodzaju strojów podczas epidemii w Nijmegen (w Holandii) w latach 1636-1637. Ale stosowano go także w Wenecji, Neapolu i Rzymie podczas epidemii wybuchających w tych miastach między 1630 a 1656 r. Z Włoch wędrował razem z epidemią do kolejnych krajów.

Historyczne ubranie ochronne z 1665 rok (Fot.General Photographic Agency/Getty Images)

Pomiędzy pierwszą a drugą częścią traktatu Mangeta znajdujemy komentarz do otwierającego dzieło rysunku, w którym Manget tłumaczy szczegóły stroju. Zacznijmy od rzeczy najbardziej charakterystycznej i najbardziej rzucającej się w oczy, czyli maski. Zakrywała ona całą głowę i była wyposażona w szklane okulary oraz potężny nos przypominający ptasi dziób. Był to rodzaj filtra, którego zadaniem była ochrona układu oddechowego przed miazmatami morowego powietrza. Umieszczano w nim suszone kwiaty, jak róże czy goździki, a także zioła i przyprawy, jak mięta, kamfora lub gąbka octowa, których aromat miał chronić przed zarazkami. Strój ten pochodzi bowiem z czasów, w których wierzono, że źródłem zarazy jest skażone powietrze.

Długi, zakrywający całe ciało płaszcz zrobiony był z marokinu, czyli wytwarzanej w Maroku koźlej skóry garbowanej sumakiem. Pod płaszcz nakładano kolejną warstwę ochronną składającą się z koszuli (koniecznie wkładanej do spodni) i spodni (koniecznie wkładanych do butów). I koszula i spodnie uszyte były z woskowanej skóry.

Historyczna maska (Fot. Peter Macdiarmid/Getty Images)

Buty, rękawiczki i kapelusz wykonane były również z marokinu, ale – o ile buty i rękawiczki pełniły funkcję ochronną, o tyle kapelusz z szerokim rondem miał raczej znaczenie symboliczne. Cały ubiór był rodzajem zbroi (wzorowanej, jak przyznawał Charles de L’Orme, na zbroi rycerskiej), ale kapelusz miał być symbolem nauki, wiedzy, uczoności, która charakteryzuje tego, kto się pod tą zbroją skrywa.

Lekarze w kombinezonach (Fot. BSIP/UIG Via Getty Images)

Historia jednak nieco zaburzyła tę zaprojektowaną dystrybucję symbolicznych znaczeń i na plan pierwszy wysunęła przejmującą grozą ptasią maskę. Trzeba przyznać, że nie odbyło się to bez udziału samych użytkowników stroju.

Uczestnik karnawału w Wenecji (Fot. DeAgostini/Getty Images)

Otóż w praktyce był to strój zarezerwowany tylko dla tych, którzy byli oddelegowani do opieki nad chorymi dotkniętymi epidemią. Zwali się oni po włosku il medico della peste, przeszli do historii powszechnej pod angielską nazwą doctor plague, a my spróbujmy przetłumaczyć to na język polski jako „lekarz zadżumionych”. Były to osoby zatrudniane przez miasta specjalnie do kontaktu z chorymi dotkniętymi przez zarazę. Znalazły się wśród nich oczywiście postaci wybitne, ale większość stanowili lekarze bez praktyki, doświadczenia, a czasem nawet medycznego wykształcenia. W czasie szczytu epidemii ich zadaniem było nie tyle leczenie chorych, ile liczenie zmarłych. Jawili się więc chorym nie tyle jako przynoszący ulgę uczeni mędrcy, ale jako złowieszcze ptaki śmierci. Zakrzywiony dziób wygrał walkę na symboliczne znaczenia z dostojnym kapeluszem.

I taka właśnie postać trafiła później do kultury popularnej – w commedia dell’arte, wśród karnawałowych masek, w końcu w kostiumach na Halloween. Wraz z przejściem do popkultury straciła zarówno swoje znaczenie medyczne, jak i złowieszczą symbolikę. Stała się przebraniem. Jej kostiumowo-groteskowy charakter nie bardzo pasuje do mody, która lubi traktować siebie z – nomen omen – śmiertelną powagą, a jej popkulturowa powierzchowność nie pasuje z kolei do sztuki, która lubi widzieć w swoich dziełach głębię. Niemniej od czasu do czasu nad obiema tymi dziedzinami pojawia się cień ptasiego dzioba jakby przeniesionego z postaci doktora Plagi.

Thom Browne jesień-zima 2015-2016 (Fot. AFP/EAST NEWS)

Ekscentryczny amerykański projektant mody Tom Brownie w 2015 r. zaprezentował męską kolekcję w formie pogrzebowego spektaklu, podczas którego modele zamienili się w żałobników. Przechodzili przez wybieg w smętnym kondukcie, w powolnym rytmie Sarabandy z Suity d-moll Jerzego Fryderyka Haendla. Ubrani na czarno, w fikuśnych kapeluszach na głowach, ze złożonymi, ale niedopiętymi parasolami w rękach i z woalkami na twarzach mieli w sobie coś ptasiego, nierzeczywistego, surrealistycznego i rysunkowego. Stawali się jedynie formą, powierzchnią, tak jak postać „lekarza zadżumionych”. Zmieniona w żałobny kostium moda stawała się na tym wybiegu czymś w rodzaju karnawału śmierci. Odbierała jej powagę. Czyniła z niej teatralny gest. Kampową zabawę. Śmierć i życie, moda i ubiór stały się tu jedynie maską, przebraniem. Czymś w rodzaju niezwykle wyrafinowanego Halloween.

Zaprojektowana przez Charlesa de L’Orme odzież ochronna całkowicie zatraciła swoje funkcjonalne znaczenie. Zamieniła się w ptaka, w maskę, w dziwną ilustrację z dawnych czasów. Ale Charles de L’Orme pozostał w historii tym, który wymyślił w ogóle idee odzieży ochronnej na czas zarazy. Ubrania, które chroni całe ludzkie ciało i wyizolowuje je ze świata. I to nie tylko samo ciało, lecz także jego funkcje, łącznie z oddychaniem. Sam pomysł się przyjął i jest stosowany do dziś, choć zmieniła się całkowicie forma takiej odzieży. Musiała ona bowiem odzyskać utracone i zdewaluowane znaczenia kapelusza. Dzisiaj odzież ochronna nie może nas straszyć ptasim dziobem. Jej symbolika odsyła skojarzenia do naukowych eksperymentów, zaawansowanych technologii, wyposażenia laboratoriów. Kombinezony, kaski, gogle sprawiają, że ubrani w nią ludzie zdają się reprezentować wyabstrahowane prawa nauki, które dzięki technologicznemu zaawansowaniu mogą z łatwością opanować prawa natury.

Thom Browne jesień-zima 2015-2016 (Fot. PIXELFORMULA/SIPA/EAST NEWS)

Takie znaczenia odzieży ochronnej przejęła też moda. W przypadku marki Maison Martin Margiela stała się ona nawet znakiem rozpoznawczym. Pomalowane na biało sklepy i ubrani w nieskazitelnie białe fartuchy sprzedawcy mieli reprezentować modę opartą na zaawansowanej myśli technicznej, modę, która współgra z nowoczesnym obliczem industrialnego świata. Taka moda musi mieć w sobie powagę nauki i chłód techniki.

Janusz Noniewicz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę