Znaleziono 0 artykułów
03.03.2019

Katarzyna Jagiełło: Zostań swoją sojuszniczką

Katarzyna Jagiełło (Fot. Luka Łukasiak)

Kiedyś konfrontowała się ze wszystkimi swoimi ograniczeniami. Popłynęła nawet na Antarktydę, żeby udowodnić sobie, że potrafi. Dziś lubi swoją siłę, ale pozwala sobie też na słabość. Działaczka Greenpeace Katarzyna Jagiełło sobie sprzed lat doradziłaby więcej wyrozumiałości.

Jakiej rady udzieliłabyś sobie sprzed lat?

Powiedziałabym: „Nie męcz siebie samej tak bardzo. Bądź dla siebie czuła. Pamiętaj, proszę, że wszystko się zmienia. I nieważne, czy jest niezwykle przyjemnie i wspaniale, czy niezwykle boleśnie i okropnie. Jedno i drugie minie, więc warto trzymać dystans, nie przywiązywać się za mocno. Nie znaczy to, żeby nie cieszyć się z rzeczy, które są dobre, ale też nie należy dawać się ponieść nerwowej ekscytacji, bo ona nie będzie wieczna. I trudniejsze czasy prędzej czy później przyjdą. A gdy pojawią się chwile mroczne i trudne, to też trzeba pamiętać, że miną. Nie ma więc powodu, żeby pogrążać się w głębokim smutku”.

Pamiętasz takie momenty w życiu, gdy zatracałaś się w wielkiej ekscytacji albo w dojmującym smutku?

Przez wiele lat tak było, a świat to bardzo podkręcał. Wysyłał sygnał, że wszyscy mamy być wspaniali, niezwykle skuteczni, rozwijać się i poznawać nowe rzeczy. Presja jest ogromna, a jednocześnie, mam wrażenie, podszywa ją lęk. Bo może się okazać, że jesteśmy nieadekwatni, nie tak szybcy, wspaniali, dowcipni i bystrzy. Przez jakiś czas żyłam w Azji, gdzie uczyłam nurkowania. Kochałam ten mój malutki kraik na końcu świata tak bardzo, że byłam w stanie powiedzieć, że już zawsze będę to robić. Wydawało mi się, że to jest mój sposób na życie, najlepsze rozwiązanie, jakie może istnieć, bo mieszkam w miejscu, które mogę nazwać rajem. A potem się zorientowałam, że nie ma wysp szczęśliwych. Że gdy się gdzieś wystarczająco długo pomieszka, to zawsze się okaże, że ludzie są tylko ludźmi, a rzeczywistość rzeczywistością. I że wszyscy, gdziekolwiek żyjemy, przeżywamy ból z powodu złamanego serca albo szczęście z powodu narodzin dzieci. Po prostu nie warto działać na takich ekstremalnych wychyleniach wahadła.

Katarzyna Jagiełło (Fot. Luka Łukasiak)

I gdy to do ciebie dotarło, co zmieniłaś w swoim życiu?

Przeszłam z biegów sprinterskich na długie dystanse.

Co to znaczy?

Zaczęłam planować. Kiedyś wydawało mi się, że wybieranie najważniejszych rzeczy, którymi muszę się zająć, pozbawia mnie spontaniczności. Że to spowoduje, że nie zauważę czegoś, co się nagle, znienacka otwiera, bo będę zafiksowana na czymś, co postanowiłam, że musi się wydarzyć. A teraz rozumiem, że głębokie i mądre rzeczy, które chcę robić, bardzo często wymagają po prostu przygotowania. I to jest ta różnica pomiędzy krótkim a długim dystansem. Jeżeli już trzymamy się metafory ultramaratonu, to żeby go przebiec, trzeba się naprawdę dobrze przygotować.

I do czego się tak ostatnio przygotowałaś?

W zeszłym roku płynęłam malutką łódeczką na Antarktydę. Siedem osób na jachcie o długości 14 metrów. Niezwykle poważne wyzwanie. I zwyczajnie niebezpieczne. Po raz pierwszy w życiu przygotowałam się w taki sposób, że zrobiłam arkusz w Excelu, w którym bardzo dokładnie, różnymi kolorami, zaznaczałam, co powinnam mieć ze sobą, co mogę pożyczyć, co muszę kupić. To była taka podróż i taki dystans, że nie mogłam pozwolić sobie na dopychanie plecaka kolanem, pięć minut przed wyjściem na lotnisko, i zapominanie o czymś ważnym albo zabranie zbyt wielu rzeczy. Tym razem na dobre musiałam pożegnać się ze swoją spontanicznością, co, ku mojemu zaskoczeniu, bardzo mi się spodobało. Podróż na Antarktydę spowodowała, że doceniłam dokładne planowanie, bo to pozwala oszczędzić energię.

Katarzyna Jagiełło (Fot. Luka Łukasiak)

A co dawała ci wcześniej spontaniczność?

Mam nadzieję, że nadal ją mam! Jest świetna, bo pozwala na twórczość i kreatywność. Tyle że teraz to spontaniczność w ramach szerszego planu. Spontaniczność przydaje mi się bardzo w podróżach. Nadal, gdy gdzieś wyjeżdżam, uczę się kilku fraz w danym języku, czytam książki o kulturze, historii, przyrodzie, a potem trzymam się z dala od miejsc, o których piszą przewodniki. Czasem wybieram kierunek, korzystając z Google Maps, a innym razem słucham podpowiedzi przypadkowo poznanych osób. Tak na przykład trafiam do wioski rodzinnej nowych znajomych, mogę poznać życie w niej, zupełnie spontanicznie decydując się na zmianę trasy i planów. Chociaż w sumie, kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że taka moja otwartość powodowała, że nie musiałam wybierać. Rzeczy się toczyły, a ja mogłam w nie wejść lub nie. Polubiłam podejmowanie decyzji. A stało się tak, bo zaakceptowałam siebie. Wiem, kim jestem, znam swoje wady i zalety, lubię swoją siłę i pozwalam sobie na słabość. Zaczęłam obserwować siebie, przestałam racjonalizować swoje wybory i niechęć do podejmowania decyzji w życiu. Wybór jest dla mnie świadomym wyborem określonej ścieżki, a nie zamknięciem miliarda możliwości. Zastanawiam się, czego chcę i nie chcę, co jest moim przekonaniem, a co płynie z zewnątrz, wynika z presji albo cudzych oczekiwań.

Katarzyna Jagiełło (Fot. Luka Łukasiak)

Po co popłynęłaś na Antarktydę?

Ktoś, kogo kiedyś bardzo kochałam, popłynął tam kilka lat wcześniej. Powiedział mi wtedy, że ten rejs byłby dla mnie za trudny, że by mi się nie spodobał. Zdecydował za mnie. Bardzo długo o tym myślałam, aż w pewnym momencie pojawiła się możliwość, żebym i ja popłynęła na Antarktydę żaglówką. Prawda jest taka, że boję się żeglowania. Jestem instruktorką nurkowania, lubię głębię i ona mnie nie przeraża. Ale świadomość, że jestem na łódce, która jest kruchą, targaną falami łupinką na powierzchni oceanu, jest dla mnie trudna. Niemniej zdecydowałam się na ten rejs. Ale stało się to dopiero wtedy, gdy się upewniłam, że płynę tam, bo chcę zobaczyć miejsce na planecie, które jest najmniej przekształcone przez człowieka. Gdzie nigdy nie było stałego osadnictwa, gdzie jest dzika przyroda. A nie dlatego, że ktoś kiedyś powiedział mi, że nie mogę tam popłynąć, i teraz muszę mu udowodnić, że się mylił. Nie chciałam już ani sobie, ani nikomu innemu udowadniać czegokolwiek. Już tego nie potrzebuję.

I co poczułaś, jak dopłynęłaś na miejsce?

Gdy pierwszy raz zeszłam na ląd, popłakałam się. Zobaczyłam ogromną kolonię pingwinów, stary szkielet wieloryba i obok szkielet łódki. Niemalże nie różniły się kolorem, bo drewno wraku było wysmagane wiatrem i solą. Wokół krążyły uchatki, przed którymi musiałam uciekać, bo potrafią być dość złośliwe. Poczułam wtedy moc swojej decyzji, którą świadomie podjęłam i zrealizowałam od początku do końca. Kilka lat wcześniej trudno byłoby mi to sobie wyobrazić. Ja nawet nie lubiłam zimna. Zawsze mówiłam, że jestem kobietą, która kocha upał, dobrze znosi wysokie temperatury, w których czuć oddech ziemi. A okazało się, że ja po prostu kocham życie i potrafię być szczęśliwa nawet w warunkach, które są niesprzyjające.

Musiałaś płynąć na Antarktydę, żeby się tego dowiedzieć?

Nie, nie musiałam. Nie potrzebowałam jechać na koniec świata, żeby się przekonać, kim jestem, i na pewno nie powiem, że rejs na Antarktydę spowodował, że lepiej zrozumiałam siebie. Po prostu sprawił mi przyjemność i dobrze było skonfrontować się ze swoim oporem i lękiem. Za każdym razem, gdy słyszę, jak jakiś podróżnik albo podróżniczka mówią, że odnaleźli siebie albo sens życia na końcu świata, to się niepokoję. Nie trzeba do tego pokonywać ogromnych odległości. Ważna jest droga, a nie cel. Dla mnie popłynięcie tą łódką było możliwością obejrzenia siebie, w tym także swoich lęków. Mam świadomość, że czasami się boję, i lubię się temu przyjrzeć, żeby rozumieć, co właściwie napawa mnie niepokojem. Dawniej łamałam się, żeby przezwyciężyć lęk, zamiast zrozumieć, gdzie leży jego źródło.

I co wtedy robiłaś?

Kiedy byłam dzieckiem, bałam się cmentarzy. Więc żeby oswoić ten strach, późnym wieczorem, kiedy było już ciemno, przełaziliśmy z kolegą przez mur, żeby pospacerować między nagrobkami. Bałam się pająków i żab, więc brałam je na ręce. Myślę, że miałam w sobie wiele lęku, a nie chciałam go czuć. Dlatego wydawało mi się, że jeśli będę się z nim konfrontować, to zniknie. Może wzięło się to stąd, że gdy byłam mała, czytałam dużo książek o Indianach. Odwaga była tam ceniona i chwalona. Uwielbiałam też „Opowieści z Narnii”, w których bohaterowie konfrontowali się ze swoimi ograniczeniami, więc robiłam to, co oni. Kolejna rzecz, którą powiedziałabym sobie młodszej: „Zawsze stój po swojej stronie i bądź swoją sojuszniczką”.

Katarzyna Jagiełło (Fot. Luka Łukasiak)

Rozumiem, że nie zawsze nią byłaś?

Nie. Wydaje mi się, że przedkładałam dobro innych nad swoje własne. Było to dla mnie oczywiste, że dobra osoba to taka, która się poświęca. Nie chciałam złości w swoim życiu, nie chciałam pretensji. Uważałam je za małostkowe.

Skąd taki pomysł?

Nie chciałam być samolubna, a złość kojarzyła mi się z samolubnością. Byłam harcerką, a w harcerstwie wartościami są dzielenie się, pomaganie, dbanie o innych. Stałam się bardzo poważnym dzieckiem, a potem bardzo poważną nastolatką. Pamiętam taką scenę ze szkoły, kiedy w pierwszej klasie liceum weszłam na ławkę, żeby przekrzyczeć moją rozwrzeszczaną klasę, i powiedziałam im, że w głowie im tylko miłostki i picie alkoholu, a trzeba myśleć o tym, czym jest życie, robić rzeczy, które przekraczają nas samych i w związku z tym niech się ogarną.

To ci chyba nie przysporzyło popularności w klasie?

Byłam tylko na jednej osiemnastce. Reszta mnie nie zaprosiła.

Pożałowałaś później, że weszłaś na tę ławkę i tak się do nich odezwałaś?

Trochę tak. Chciałam być akceptowana, a jednocześnie widziałam rzeczy inaczej niż wielu moich kolegów i koleżanek. W harcerstwie odnajdywałam się dobrze, a w tej rzeczywistości nastolatków gorzej. Moje liceum było dosyć elitarne, chodziły do niego dzieci, których rodzice byli majętniejsi od moich. Pamiętam rozmowę z moją mamą o tym, czy powinnam je wybrać. Powiedziałam jej, żeby się nie martwiła, bo po prostu zostanę punkiem. Chodziło mi o to, że wtedy nie będzie musiała przejmować się tym, że nie mam pieniędzy na ubrania. Ale, choć nie chciałam się do tego przyznać, to jednak przeżywałam tę swoją odmienność na tle klasy.

W jaki sposób?

Mój tata jeździł wtedy małym fiatem. Nikt już wtedy nie miał takiego samochodu, a na pewno nie w moim liceum. Gdy podwoził mnie do szkoły, prosiłam go, żeby zatrzymał się kilka ulic wcześniej. I szłam dalej na piechotę. Dziś patrzę na to z ogromną czułością. Gdybym mogła zrobić jeszcze jedną rzecz dla siebie z przeszłości, to bym się bardzo mocno przytuliła i dałabym sobie dużo czułości. Powiedziałabym sobie, że naprawdę nie muszę się przejmować, że mój tata jeździ maluchem. To nic nie mówi ani o nim, ani o mnie, a już na pewno nie świadczy o tym, czy jestem mądra i wartościowa. Kiedyś przeczytałam w piśmie dla młodych dziewczyn wypowiedź mądrego psychologa, który odpowiadał na pytanie, co czyni dziewczyny atrakcyjnymi. Odparł, że ciekawość i uśmiech w oczach. Zapamiętałam to zdanie i myślałam o nim długo. Mam nadzieję, że dzisiaj, tyle lat później, mam spokojną i uśmiechniętą ciekawość w oczach. I widać ją, gdy kroczę przez świat.

Dziękujemy kawiarni Etno Cafe za pomoc w realizacji sesji zdjęciowej.

Nina Harbuz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę