Znaleziono 0 artykułów
21.10.2018

Kwiaty zła

Serge Lutens (Fot. Ran Reuveni)

Najbardziej pociąga mnie to, co zakazane – mówi Serge Lutens. Twórca niszowych perfum otwarcie przyznaje, że nie interesuje go rzemiosło perfumeryjne. Kochający czerń autor jednej z największych rewolucji w perfumiarstwie i makijażu był też fotografem, literatem, fryzjerem, filmowcem, charakteryzatorem i  projektantem. Swoją skrajną bezkompromisowością zainspirował artystów kilku generacji.

Niektórzy ludzie po siedemdziesiątce są zadowoleni z tego, że ich życie zwalnia. Serge Lutens do nich nie należy. Wciąż marzy o przygodach. Nadal rozpiera go ambicja. Od ponad 20 lat mieszka w Marrakeszu. To miasto stało się jego miejscem na ziemi, odkąd przyjechał tu po raz pierwszy w 1968 roku. Zapachy, dźwięki, kolory i światło sprawiły, że wręcz się od niego uzależnił. To Marrakesz obudził jego węch. Wcześniej nie bardzo interesowały go perfumy. – Miasto jest zarówno czarownicą, jak i alchemikiem. Jest to szafka z trucizną, w której możesz znaleźć coś cudownego – mówi z pasją. Mimo dojrzałego wieku Lutens dużo podróżuje. Do Paryża stara się wprawdzie przyjeżdżać tak rzadko, jak się da, ale za to zawsze wybiera tam jedno miejsce, więc paradoksalnie to właśnie we francuskiej stolicy najłatwiej go spotkać. Jeśli w Hotelu Ritz zobaczycie szczupłego, niesłychanie wytwornego pana z siwymi włosami zaczesanymi gładko do tyłu, ubranego w nieskazitelnie czarny garnitur i oślepiająco białą koszulę, to całkiem prawdopodobne, że to właśnie Lutens. Pozostał tak samo ekscentryczny, wybredny i okrutnie szczery. Nadal twierdzi, że jego podejście do rzemiosła perfumeryjnego jest bardziej filozoficzne niż komercyjne, a każdy zapach to złożony komunikat, swoista wiadomość w butelce zaadresowana wcale nie do świata ale do… niego samego. Kochają go artyści, nienawidzą ci, którzy muszą załatwiać z nim sprawy biznesowe. Jedno jest pewne: to on dokonał rewolucji w przemyśle perfumeryjnym i stworzył nurt niszowych zapachów. – Niszowe perfumy? Zacząłem ten ruch w 1992 roku. Reszta po prostu mnie naśladuje. Nisza sama w sobie nie jest żadną formułą. Musi być powiązana z konkretną osobą. Inaczej to po prostu kolejny pomysł na marketing. A to strasznie mnie nuży… Uważam, że w kwestii zapachów niszowych ja byłem pierwszy, potem pojawił się Frédéric Malle. I na tym koniec. Tak jest do dziś – strzela jak z karabinu w jednym z wywiadów.

Serge Lutens (Fot. materiały prasowe)

Portret artysty z czasów młodości

Jego historia to opowieść o samotności chłopca, poszukiwaniu własnej tożsamości i poczucia bezpieczeństwa. Jako niemowlę Lutens został odłączony od matki. Całe dzieciństwo spędził, błąkając się między rodzinami zastępczymi. – Urodziłem się w czasie drugiej wojny światowej (w marcu 1942 roku, w Lille). W tym czasie moja matka była zamężna i powstała skomplikowana sytuacja. Była niewierna żoną – tłumaczył. Brak obecności matki odcisnął na Lutensie piętno. Co nie znaczy, że nie potrafi mówić o przeszłości. – Mój tata nie jest Niemcem – żartuje w wielu rozmowach. – Pozwólcie, że wyjaśnię. Mama musiała mnie oddać, ponieważ gdyby tego nie zrobiła, według prawa zostałaby ukarana jako cudzołożnica. Zrobiła to, by chronić mnie i siebie. Przez całe życie przechodziłem z jednej rodziny zastępczej do drugiej, ale ta niestabilność dawała mi możliwość pracy nad sobą. Szczerze mówiąc, kiedy byłem w szkole, byłem trochę autystyczny – przyznaje otwarcie. – Używałem raczej intuicji oraz instynktów niż wiedzy. 

Czasem wspomina zapach Lille z czasów dzieciństwa. Na tej olfaktorycznej pocztówce widać czarne miasto pod szarym niebem, zmartwienie, zimno, pieczone kasztany rozgrzewające dłonie i chleb prosto z pieca, ciepły jak pocieszający pocałunek. Ale wspomnienia muszą być według Lutensa  pozbawione przesądów i sentymentów, które podświadomie je zmieniają. Wyidealizowane wspomnienia stają się zwykłym kłamstwem. W wieku 14 lat Lutens dostał pracę w najlepszym salonie piękności w Lille. – Zostałem fryzjerem, choć wcale tego nie chciałem. To absolutny koszmar – mówił. Chociaż mówi, że wolałby być aktorem, a nawet ogrodnikiem, w ciągu kilku lat stworzył własny styl i estetykę – malował oczy, miał nieskazitelną, bladą cerę i gładko zaczesane włosy. Robił zdjęcia i zawsze ubierał się na czarno. Po dwóch latach podawania gorących wałków i przyjmowania żałosnych napiwków, nagle usłyszał od szefowej: „Serge, ułóż włosy tej młodej damie…”. – Mam 16 lat. Wokół mnie tłum. Ona jest smutna tak jak ja. Blada. Zbyt blada. A mi się to u chłopców i dziewcząt podoba. Stoję przed lustrem i widzę odbicie naszych twarzy zamrożonych w czasie. Ja z nożyczkami w ręku wycinam pierwsze pasma. Za dużo na tamtą erę i na gust obserwujących mnie ludzi. Cisza wokół mnie jest jeszcze bardziej uciążliwa, bo próbuję ukrywać odgłosy i szepty. Wiem, że jeśli się odwrócę i zwrócę na to uwagę, nie zakończę tego cięcia. Tak więc: nożyczki, moja ręka, mój gniew, mój wiek, społeczeństwo, śmierć i mój strach odcinają kolejną sekcję. Wypowiadam wojnę ludziom, których nazywam dupkami – tak Lutens wspomina tamten przełomowy moment. W wieku 18 lat został powołany do wojska, bo trwała wówczas wojna z Algierią. Gdy wrócił, podjął decyzję o wyjeździe z Lille. 

I tak w 1962 roku znalazł się w Paryżu. Chodząc z odbitkami swoich zdjęć, mimo niepewności i braku zainteresowania, w końcu skontaktował się z „Vogue’iem”. Dla niego ten magazyn reprezentował esencję piękna. Niczym świątynia. Kilka dni później współpracował już przy świątecznym wydaniu paryskiej edycji. W 1967 roku dom mody Christian Dior poprosił go o pomoc w tworzeniu kolekcji makijażu, a na początku lat 70. Diana Vreeland, redaktor naczelna amerykańskiej edycji, napisała: „Serge Lutens, Rewolucja w makijażu!”. Stał się symbolem wolności w myśleniu o makijażu i ikoną dla całej generacji. Współpracował z największymi fotografami (między innymi Richardem Avedonem i Irvingiem Pennem) i topowymi magazynami. Rozpędził się i nie zamierzał zwolnić. W tym okresie dużo też podróżował, głównie do Maroka i Japonii. Wyjątkowo intensywne, choć całkowicie odmienne kultury tych krajów, miały ogromny wpływ na kształtowanie się jego estetyki. Japonia powróciła kilka lat później, w 1980 roku, kiedy podpisał kontrakt z  marką Shiseido. Współpraca z nim umożliwiła japońskiej firmie kosmetyków, do tej pory nieznanej na arenie międzynarodowej, stworzenie tak silnej tożsamości wizualnej, że stała się jedną z największych na świecie. Shiseido stało się czołowym graczem na rynku kosmetycznym w latach 80. i 90. Maroko natomiast wsiąkło w niego głęboko i na zawsze stało się cząstką jego osobowości i duszy. 

Zapach Le Fille de Berlin (Fot. materiały prasowe)


Odkrycie kobiecości 

W 1982 roku stworzył dla Shiseido zapach Nombre Noir. Perfumy, ubrane w lśniącą i matową czerń, były zapowiedzią lat dziewięćdziesiątych. „New York Times” napisał, że „wypaliły dziurę w zbiorowej pamięci” i „były zbyt piękne, by ująć je w słowa”. Jednak przełomem był kolejny zapach, Feminite du Bois. – Kiedy zrozumiałem, że powinien teraz odsunąć się od świata obrazów, poczułem się upokorzony. Właśnie wtedy stworzyłem Feminite du Bois, kobiecy zapach bazujący na nutach drzewnych. Drzewo zawsze dotąd było utożsamiane z mężczyzną. To był mój krok do odkrycia własnej tożsamości – wspomina Serge Lutens. – Kobiecość jest we mnie tak potężna, że wpływa na wszystko. Ten zapach to było lustro – dodaje perfumiarz. Kontynuując współpracę z Shiseido, w 1992 roku Lutens założył Les Salons du Palais Royal. Przekształcił dawną księgarnię w paryskim Jardins du Palais Royal w dom perfumeryjny. Niedostępna lokalizacja została świadomie wybrana przez Lutensa, by „przyciągać koneserów, a nie przypadkowych klientów”. Niedługo po Feminite des Bois stworzył kolejny zapach, Ambre Sultan. To była jego własna droga do świata arabskiego. – Pomimo tego, że moi rodzice byli Francuzami, ja zawsze czułem, że należę do arabskiego świata. Utwierdziłem się w tym podczas mojej służby wojskowej w Algierii. Stąd bierze się moja pasja do ciemności, zła. Stąd  kolor czarny, który chroni mnie przed niebezpieczeństwem. Używam go do obrony – zwierza się w jednym z wywiadów.

Logiczną kontynuacją rozwoju Serga Lutensa było stworzenie w 2000 roku własnej marki, która wyraża jego bezkompromisowy styl. Perfumy oraz makijaż (Nécessaire de beauté) są dziś sprzedawane poprzez wyspecjalizowaną i selektywną dystrybucję oraz butik Palais Royal-Serge Lutens. Choć jego ekskluzywne perfumy (kolekcje Numbered Limited Edition, Selection d’or, anty-perfumy L'Eau Serge Lutens, Collection Noir) wciąż noszą miano kultowych, jego nazwisko wciąż jest sławne i rozpoznawalne, on mówi głośno, że „świat kosmetyków i perfum zupełnie mnie nie interesuje”. – Moim celem jest połączyć się z moją kobiecością, moją fortecą. Nie prowadzę żadnych działań marketingowych ani badań rynkowych. To nic dla mnie nie znaczy. Chcę tylko nadać znaczenie temu, co robię. Każdy z moich zapachów jest pochodną długiej ciszy, która znajduje swój głos – mówi. 

Światło w sobie

Nie jest człowiekiem ostentacyjnym. Żyje stosunkowo skromnie. Mawia, że ​​może przetrwać bez „prawie wszystkiego, może z wyjątkiem przyjaźni”. Lutens uważa, że perfumy nie powinny być dostępne i nie każdy może je posiąść. Nosząc perfumy, dajemy sobie broń, przemieniamy słabość w siłę, chronimy siebie, wzmacniając wewnętrzne „ja”. Perfumy mogą być niebezpieczne w rękach niebezpiecznego człowieka. Poza tym, podkreśla, że „wszyscy chcą luksusu, a luksus nie jest po to, by ukrywać niechlujstwo. Przede wszystkim warto się częściej myć”. By w tym pomóc Lutens wypuszcza na rynek glicerynowe mydełko z napisem, którego treść można parafrazować: „Towar luksusowy. Do oczyszczania”.

Najpiękniejsze zapachy to według niego aromat roślin, wiatru, ziemi. Wonie natury. Modernizacja jego marokańskiego domu miała na celu stworzenie ogrodu, a właściwie dżungli, w której mógłby bez końca spacerować. Być z naturą. Zainteresowanie roślinami było w nim od zawsze. Przygotowując perfumy, badał twarde rośliny pustynne żyjące w cieniu wydm i potrafiące się nawodnić z wykorzystaniem różnicy między temperaturą dzienną a nocną. – Oczywiście znów chodziło o mnie, o moją zdolność do przetrwania w nieprzyjaznym środowisku – opowiada Lutens. – Mój ogród nie jest wypielęgnowany, raczej pozostawiony sam sobie. Zatracam się podczas poszukiwania wody lub korzeni pewnych roślin lub rozmyślając nad pączkiem niezdolnym do zakwitnięcia, wyschnięcia, szczelnie zamkniętym w sobie. Mój ogród jest zarówno żłobkiem, jak i cmentarzem. Interesuje mnie jego trwałe odnawianie się, odradzanie – dodaje. Na jednym oddechu Lutens wyrzuca z siebie: – Musisz stworzyć własne szczęście, jesteśmy kluczem do naszego własnego szczęścia. A w następnym wywiadzie mówi: – Bardzo niebezpiecznie jest wierzyć w taki banał. Co z tego jest prawdą? A czy to ma jakieś znaczenie? Liczy się tylko on, genialny Serge Lutens. 

Maja Mendraszek-Goser
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę