Znaleziono 0 artykułów
27.10.2019

Lady Łazarz

Sylvia Plath (Fot. Getty images)

Umieranie jest sztuką, jak wszystko. Robię to doskonale – napisała Sylvia Plath w wierszu „Lady Łazarz”. Wkrótce potem podjęła ostatnią z wielu prób samobójczych. Tym razem udaną. Twórczość poetki, która rozsadzała społeczne ramy, została doceniona dopiero po jej śmierci. Dziś obchodziłaby 87 urodziny.

W swoich prowadzonych nieprzerwanie od 22. roku życia dziennikach Sylvia Plath pisała, że była szczęśliwa do chwili, w której zmarł jej ojciec. Prawda jest jednak taka, że urodzona 27 października 1932 roku poetka i pisarka (dziś obchodziłaby 86. urodziny), pochodziła z rodziny z historią chorób psychicznych. Na silne odmiany depresji cierpiały babka, matka, siostra i siostrzenica ojca Sylvii, Ottona Platha. I o ile śmierć rodzica musiała być dla ośmioletniej wówczas Sylvii ciosem, stała się raczej punktem zapalnym, niż przyczyną jej choroby. Genialna poetka pisała wiersze już jako dziecko, ale jednocześnie już jako młoda osoba zmagała się ze stanami lękowymi i depresyjnymi na przemian z okresami manii. To, że Sylvia miała kruchą psychikę, nie oznaczało jednak słabości. W czasach, gdy powszechnie uważano, że miejsce kobiety jest w kuchni, ona domagała się własnego głosu. Macierzyństwo i życie rodzinne chciała łączyć z literacką pasją. Nie godziła się na zdrady męża, nie była bierną ofiarą, potrafiła się postawić. Ale wszystko to – konieczność ciągłej walki i wiążące się z nią poczucie wyobcowania – odciskało na niej piętno, zbliżając do nieuniknionego, tragicznego finału.

Sylvia Plath (Fot. East News)

Upiorne lato

Sylvia Plath przyszła na świat w sennym amerykańskim miasteczku Jamaica Plain pod Bostonem. Jej pochodzący z Niemiec ojciec, Otton był światowej sławy znawcą pszczół i profesorem Harvarda. Matka, Aurelia, miała austriackie korzenie. Mała Sylvia już w wieku ośmiu lat pisała wiersze, jeden z nich ukazał się nawet w dziale dziecięcym dziennika „Boston Herald”. Pierwszy literacki sukces zbiegł się w czasie z wielką tragedią rodzinną – chorujący na cukrzycę Otton nie przeżył amputacji nogi. Śmierć ojca była dla Sylvii wielką traumą. Wydana w 2013 roku biografia pisarki „Mad Girl’s Love Song” autorstwa Andrew Wilsona ujawnia, że pierwszą próbę samobójczą Plath podjęła już jako dziesięcioletnia dziewczynka. Cztery lata później próbowała sobie pociąć twarz. Ale w purytańskich Stanach lat 40. takie sprawy zamiatało się pod dywan. Pierwsze symptomy choroby Sylvii bagatelizowano i pozornie dziewczyna prowadziła życie typowej amerykańskiej nastolatki. Może trochę bardziej wrażliwej i egzaltowanej niż koleżanki, ale te cechy zrzucano na karb artystycznej duszy świetnie się zapowiadającej pisarki i poetki. 

Kolejne sygnały, że z Sylvią dzieje się coś niedobrego, pojawiły się, gdy dziewczyna trafiła do Nowego Jorku. Wyjazd był nagrodą za opowiadanie „Niedziela u Mintonów” przesłane na konkurs do magazynu „Mademoiselle”. Redakcja zaprosiła Sylvię do pracy nad wakacyjnym numerem. Sylvia z małego miasteczka trafiła do kipiącej życiem metropolii. Chodziła na pokazy mody i organizowane przez magazyn lunche. W redakcji prymuska zrozumiała, że są lepsi od niej. Dla perfekcjonistki Sylvii był to cios, z którym nie potrafiła sobie poradzić. W dodatku nie dogadywała się z koleżankami, bo dla większości z nich praca nie była sposobem na rozwój kariery, a okazją na zapoznanie dobrej partii i zamążpójście. A na ustach wszystkich był wykonany na skazanym za szpiegostwo małżeństwie Rosenbergów wyrok śmierci. Wszystko to sprawiło, że u Sylvii pojawiły się pierwsze symptomy załamania nerwowego. Młoda kobieta pocięła sobie kolana, żeby sprawdzić, czy starczy jej odwagi, żeby odebrać sobie życie. „Upiorne to było lato, dziwne lato, w którym stracono Rosenbergów, a ja siedziałam w Nowym Jorku i nie bardzo wiedziałam po co i dlaczego” – napisze później Plath na początku swojej, w dużej mierze autobiograficznej powieści, „Szklany klosz”. 

Powrót z Nowego Jorku okazał się dla Sylvii bardzo twardym lądowaniem. O ile tam, chociaż pozornie dawała sobie radę, w domu jej choroba w pełni się rozwinęła. Plath cierpiała na bezsenność oraz stany lękowe i depresyjne. Pewnego dnia połknęła 50 tabletek nasennych i zaszyła się w przydomowym schowku. Dawka była jednak za duża i Sylvia zwróciła tabletki. Po dwóch dniach poszukiwań znaleziono ją nieprzytomną. Trafiła do kliniki, gdzie poddano ją powszechnie wówczas stosowanej terapii elektrowstrząsowej. Wydawało się, że leczenie przyniosło pożądany efekt. Sylvia nie tylko z wyróżnieniem skończyła studia, ale też została laureatką stypendium Fulbrighta i wyjechała do Cambridge uczyć się dalej. 

Pani Hughes

W Cambridge Sylvia postawiła na rozwój kariery literackiej – pisała wiersze i chodziła na wieczorki poetyckie. Korzystała też z życia. Jej terapeuta zachęcił ją zresztą, żeby uprawiała seks bez zobowiązań, co miało jej pomóc ostatecznie rozprawić się z demonami. Na jednym z przyjęć Plath zakochała się od pierwszego wejrzenia. W Tedzie Hughesie urzekł ją przede wszystkim jego wzrost. Mierząca 175 cm Sylvia miała problem ze znalezieniem chłopaka, od którego w szpilkach nie byłaby wyższa. Ona też wpadła w oko Hughesowi. Szybko zostali parą. Jeszcze w tym samym roku wzięli ślub. Mówiąc „tak”, panna młoda zalewała się łzami wzruszenia.

Wydawać by się mogło, że małżeńska stabilizacja dobrze Sylvii zrobiła. Para osiedliła się w Ameryce, gdzie Plath zaczęła wykładać literaturę angielską. Na pozór była przykładną żoną. Ale tak naprawdę wciąż była o włos od tragedii. Na wskroś ambitna Sylvia chciała być perfekcyjną panią domu, ale jednocześnie realizować się literacko. Miała obsesję, że nie wykłada dość dobrze. Nie potrafiła się pogodzić nawet z najmniejszą porażką. Gdy przypaliła pieczeń dla męża, przepłakała cały wieczór. Rywalizowała z Tedem, chciała pisać lepsze wiersze niż on. Ponieważ oboje małżonkowie nie mieli łatwych charakterów, szybko zaczęło dochodzić pomiędzy nimi do karczemnych awantur. Sytuacja jeszcze się pogorszyła, gdy Sylvia odkryła, że Ted ją zdradza. Do kłótni doszły rękoczyny – Sylvia rozdrapywała mężowi twarz, ten okładał ją pięściami.

Plath ostatecznie nie zostawiła niewiernego męża, rzuciła natomiast pracę wykładowczyni. Doszła do wniosku, że ucząc, nie jest w stanie w pełni realizować swojego literackiego potencjału. Jej wiersze zaczęły się pojawiać w brytyjskich i amerykańskich czasopismach, min. w „New Yorkerze”. Zaczęła nawet na nich zarabiać. Niestety honorarium nie wystarczało na wszystkie potrzeby, a Ted nie kwapił się, by robić cokolwiek, co odciągałoby go od własnej twórczości. Plath znowu musiała więc iść do pracy, tym razem jako sekretarka. A kiedy wracała do domu, pełniła tę samą funkcję, tyle, że za darmo. Wieczorami przepisywała wiersze Teda na maszynie, pisała w jego imieniu do krytyków i wydawców. Nie zostawiało jej do zbyt wiele czasu na własną twórczość. Szczególnie, że mąż awanturował się, gdy zacerowała mu skarpet albo zapomniała przygotować kolację. Wszystko to sprawiło, że depresja Sylvii powróciła. Młoda kobieta po raz kolejny trafiła do bostońskiej kliniki.

Ted Hughes i Sylvia Plath (Fot. East News)

Ta trzecia

Podczas gdy magazyny odrzucały kolejne wiersze Sylvii, kariera Teda zaczęła się rozwijać. Jego tomy „Jastrząb w czerwcu” i „Lupercal” odniosły sukces. Jako że największy zachwyt wzbudzały u brytyjskich krytyków, para zdecydowała się przenieść do Londynu. Hughes zaczął zarabiać na tyle dobrze, że Sylvia mogła poświęcić się pisarstwu. Zaszła też w ciążę. 1 kwietnia 1960 roku urodziła córkę Friedę. Wyglądało na to, że kryzys minął – zarówno małżeński, jak też twórczy. W tym samym roku Plath wydała, dedykowany Tedowi, tomik wierszy „Kolos”. Niestety książka nie odniosła sukcesu. Niezwykle osobiste, bazujące na własnych doświadczeniach, utrzymane w nurcie poezji konfesyjnej wiersze nie przypadły do gustu czytelnikom. Nie pomogły nawet pozytywne recenzje. Nie udało się sprzedać nawet tysiąca egzemplarzy. 

Małżonkowie zdecydowali, że głośny i chaotyczny Londyn nie jest dobrym miejscem ani dla nich i ich twórczości, ani dla córeczki. Przenieśli się do domu na wsi w hrabstwie Devon. Dzielili się opieką nad Friedą, oboje pisali. 17 stycznia 1962 roku Sylvia urodziła syna Nicholasa. Gdy odwiedziła ją matka, Sylvia mówiła, że czuje się szczęśliwa i spełniona. Ale Aurelia wyczuwała między małżonkami pewne napięcie, obawiała też się o stan psychiczny córki. Szybko okazało się, że jej niepokój był uzasadniony. Ted nie wytrzymał długo w roli przykładnego męża i ojca. Uległ wdziękom Assi Wevill, żony kolegi. Gdy Sylvia dowiedziała się o romansie, zabrała dzieci i uciekła do przyjaciółki. Następnego dnia wróciła i rozpaliła wielkie ognisko w ogrodzie. Najpierw spaliła nieukończony jeszcze rękopis „Szklanego klosza”, a później wszystkie wiersze i listy Teda, jakie udało jej się znaleźć. Podczas gdy ogień trawił twórczość niewiernego męża, Sylvia tańczyła wokół ogniska i opętańczo śpiewała.

Wszystko wskazywało na to, że małżeństwa nie da się już uratować. Sylvia zabrała dzieci i wyprowadziła się do Londynu, do domu, w którym kiedyś mieszkał poeta W.B Yeats. Wcześniej miała wypadek samochodowy, który uznano za kolejną nieudaną próbę samobójczą. Jak łatwo się domyślić, rozpad małżeństwa nie wpłynął dobrze na kruchą psychikę Plath. Znów zaczęła cierpieć na bezsenność i stany lękowe, pogłębiała się jej depresja. Nocami przerażona chodziła po domu, a w ciągu dnia poświęcała się pracy i opiece nad dziećmi. Powstały wówczas wiersze, które ukazały się w wydanym pośmiertnie tomie „Ariel”. Niezwykle szczere i intymne wreszcie przyniosły Plath sławę. Poetka tego jednak nie doczekała.

Sztuka umierania

Pomimo złego stanu psychicznego, Sylvia starała się stwarzać dzieciom pozory normalności. Urządziła mieszkanie, kupiła meble, pomalowała ściany na biało. Pracowała znów nad „Szklanym kloszem”. Powieść ukazała się w Anglii w styczniu 1963 roku pod pseudonimem Victoria Lucas. Niestety również i ta książka, pomimo przychylnych recenzji, nie spotkała się z pozytywnym odbiorem czytelników, a amerykańskie wydawnictwo ją odrzuciło. Kolejna porażka jeszcze pogorszyła stan psychiczny Plath. Na domiar złego, zima na przełomie 1962 i 1963 roku była w Anglii niezwykle mroźna. W mieszkaniu wciąż wysiadał prąd, psuło się ogrzewanie. Dzieci były wiecznie przeziębione i wymagały stałej opieki. Sylvia, która choć przygotowywała dzieciom posiłki, sama nie dojadała. Była wycieńczona – fizycznie i psychicznie. A odwiedzający co tydzień Friedę i Nicholasa Ted tryskał energią. Sylvia nie mogła znieść, że mąż bez niej dobrze sobie radzi.

„Umieranie jest sztuką, jak wszystko, robię to doskonale. Robię to tak, że okropnie boli. Tak, że staje się prawdziwe” – pisała Sylvia Plath w wierszu „Lady Łazarz”. W ostatnich tygodniach życia poetka pozostawała w leczeniu psychiatrycznym. Brała przepisane antydepresanty, które jednak nie odnosiły zamierzonego skutku. Z czasem uodporniła się na leki tak, że działały tylko przez chwilę, a potem stany lękowe wracały ze zdwojoną siłą. Z Sylvią było z dnia na dzień coraz gorzej. Pewnego dnia w szale dobijała się do drzwi sąsiada, krzycząc, że umiera. Pobiła i zwolniła opiekunkę do dzieci, bo uznała, że ta ją okrada i nie wywiązuje się ze zobowiązań. Psychiatra, dr Horder chciał ją umieścić w szpitalu, ale nie zdążył znaleźć miejsca.

Gdy Sylvia po raz ostatni spotkała się z Tedem, zrozumiała, że mąż związał się na stałe z Assią i nigdy już do niej nie wróci. Po rozmowie z nim pojechała z dziećmi do przyjaciół, Gerry’ego i Jillian Beckerów. Zdecydowała się jednak wrócić na noc do domu. Ci widząc, że jest roztrzęsiona, początkowo nie chcieli jej wypuścić. Ulegli dopiero, gdy psychiatra obiecał rano przysłać do Plath pielęgniarkę. Dotarłszy do domu, Sylvia przygotowała dzieciom śniadanie, a do wózka synka przyczepiła kartkę proszącą, by zadzwonić do doktora Hordera, jej psychiatry. Następnie otworzyła w pokoju dziecięcym okno. Drzwi zamknęła i uszczelniła kocami. Na swoim biurku umieściła przygotowany do druku tom wierszy „Ariel and Other Poems”. Potem wróciła do kuchni, dokładnie zamknęła drzwi i okna, odkręciła gaz w piekarniku i uklękła z głową na drzwiczkach. Tak rankiem 11 lutego 1963 roku znalazła ją pielęgniarka. Plath nigdy nie rozwiodła się z Tedem Hughesem i nie zostawiła testamentu,  więc mąż odziedziczył prawa do jej twórczości. Kiedy w 1971 roku w Stanach wydano „Szklany klosz”, książka przez pół roku utrzymywała się na liście bestsellerów „New York Timesa”. W 1982 roku Sylvia Plath została uhonorowana nagrodą Pulitzera. Sławy za życia jednak nie doczekała. 

Natalia Jeziorek
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę