Znaleziono 0 artykułów
03.08.2019

Love Me Tinder: 50 pierwszych randek

(Ilustracja: Izabela Kacprzak)

– Traktuję Tindera jak lekcję. Można nauczyć się flirtu. Sprawdzić, kto ci się podoba. Nabrać pewności siebie. Kiedyś wydawało mi się, że jestem nieatrakcyjna. Dzięki randkom poczułam się piękniejsza, pożądana, kobieca. To świetna terapia – mówi kolejna bohaterka naszego cyklu, która do Tindera podeszła zadaniowo. Postanowiła umówić się na 50 randek, z przekonaniem, że spotka prawdziwą miłość.

Jak trafiłam na Tindera? Cztery lata temu rozstałam się z chłopakiem, z którym spotykałam się od początku studiów. Chciałam wyleczyć złamane serce. Nie wiedziałam jednak, jak kogoś poznać, bo ostatnio na randce byłam 10 lat wcześniej, a na imprezach, w barach ani na ulicy nikt mnie nigdy nie zagadywał. Najpierw myślałam, że na Tinderze jestem tylko dla zabawy. Z czasem odkryłam, że szukam miłości. I już samo to, że lepiej zrozumiałam siebie, jest zasługą tej aplikacji. Kilka szans na związek z fajnymi ludźmi straciłam, bo deklarowałam, że nie szukam niczego poważnego. Gdy zaczęłam mówić, że jestem tu, bo chcę poznać kogoś na dłużej, potencjalnych partnerów to wcale nie odstraszyło. Wielokrotnie zdarzało mi się rozmawiać na randkach o planach na przyszłość – rodzinie, domu, dzieciach. Mężczyźni wcale nie są tak zablokowani emocjonalnie, jak mi się wydawało.

(Ilustracja: Izabela Kacprzak)

Najpierw musiałam pokonać wstyd. Nie lubię publikować swoich zdjęć, jestem raczej introwertyczna, miałam obawy, że ktoś znajomy mnie tu zobaczy. Wybrałam trzy selfie, na których widać było tylko moją twarz. Większość chłopaków w pierwszych kilku zdaniach prosiła o zdjęcia całej sylwetki. Czy umówiliby się ze mną, gdybym była grubsza? Nie wiem, pewnie nie. Szybko pada też pytanie o to, czego szukasz na Tinderze. Tak naprawdę pytają, czy chodzi ci tylko o seks. 

Od rozmowy do randki jeszcze daleka droga. Gdy ja do kogoś pierwsza zagadałam, nie odpisywali. Jeśli nie napiszą od razu po matchu, później też się raczej nie odezwą. To oni muszą zagadać. Oni muszą wyjść z inicjatywą. Oni muszą komplementować. Najczęściej moje piegi. Kiedyś ich nie znosiłam, dzięki Tinderowi udało mi się je polubić. Często gdy nie miałam czasu na spotkanie od razu, rozmowa utknęła w martwym punkcie. Moi rozmówcy byli zdziwieni, że już mam plany. Dziewczynie zawsze powinno przecież zależeć na spotkaniu.

Piątki na Tinderze to ciężka praca. Zaczynałam swipe’ować już od rana, żeby umówić się na weekendowe randki. Z kilkudziesięciu matchy, a potem kilkunastu rozmów wychodzi najczęściej jedno spotkanie. Na tę samą osobę dwa razy nie trafisz. Wielokrotnie dotarłam na krańce Tindera. Pokazywała mi się wtedy informacja, że nikogo innego już w mojej okolicy nie ma. Tinder to sposób na wyjście poza bańkę. Aplikacja pokazuje ci osoby o innym wykształceniu, kręgach znajomych, zainteresowaniach. Łączy ich to, że próbują ci zaimponować. I mają kompleksy. Największy to wzrost. Wysocy piszą na profilu, ile mierzą. Niscy pytają o twój wzrost. Mój obecny chłopak ma 175 cm. Mówił mi, że dla niektórych dziewczyn to było za mało.

Podobne artykułyLove Me Tinder: Bez złudzeńMonika Powalisz Przed randką czujesz tremę. Denerwujesz się jak przed egzaminem. Spotkanie zawsze oznacza wyjście ze strefy komfortu. Na początku bałam się, że coś mi się stanie. W końcu spotykałam się z nieznajomym. Na początku dawałam znać mojej siostrze, gdzie jestem. Na szczęście nic złego mnie nie spotkało. Co nie znaczy, że nie przeżyłam zawodu. Rozczarowanie jest wpisane w doświadczenie Tindera. Bo każdy ściemnia. Na temat sytuacji zawodowej, doświadczeń w związkach, wyglądu. Dziewczyny retuszują zdjęcia, a chłopaki wybierają tylko kilka, na przykład w okularach przeciwsłonecznych, z oddali albo z psem. Tak naprawdę ich na tych kadrach nie widać. Zazwyczaj na żywo wyglądają gorzej.

Na pierwszą randkę, cztery lata temu, umówiłam się pod palmą. Nie była ani udana, ani nieudana, poprawna. Przez pierwszych kilka spotkań z kolejnymi chłopakami odgrywałam role. Codziennie mogłam być kimś innym. I testować siebie. To było kuszące. Wiele osób twierdzi, że jestem nieprzystępna, więc podczas randek, gdy łapałam się na tym, że mam zamkniętą postawę, korygowałam ją. Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze umówić się w miejscu, gdzie dużo się dzieje. Albo gdzieś, gdzie i tak chciałaś iść. Im ciekawsze otoczenie, tym łatwiej się rozmawia. Nie będę oszukiwać, alkohol pomaga w rozluźnieniu. Gdy przychodziło do płacenia, pytałam, czy się dzielimy. Nie chcieli. Wiem, że część dziewczyn w ogóle o to nie pyta. Traktuje randki jako sposób na darmową kolację. 

Po dwóch latach sporadycznego randkowania zaliczyłam nieudany romans analogowy, który zaczął się jak komedia romantyczna, a skończył jak parodia. Wtedy podeszłam do Tindera zadaniowo. Postanowiłam, że umówię się na 50 randek, dopóki kogoś fajnego nie poznam. W tygodniu potrafiłam umówić się na cztery. Przestałam po prawie 40. Byli wśród nich bruneci i blondyni, prawnicy i mechanicy, przyjezdni z różnych miast Polski i obcokrajowcy spędzający weekend w Warszawie. Już na pierwszym spotkaniu po pięciu sekundach wiedziałam, czy coś z tego będzie. Ale nigdy nie uciekłam z randki, nawet tej najbardziej nieudanej. A gdy komuś na mnie zależało, mimo że ja nie byłam zainteresowana, dawałam drugą szansę. A co mroziło mnie natychmiast? Gdy on był nieuprzejmy dla obsługi. Odrzucałam też lekkoduchów, którzy po trzydziestce mieszkali jeszcze z kumplami w wynajmowanym mieszkaniu, nie mieli pracy i wcale jej nie szukali. Co mnie dziwi? Że nigdy już tych chłopaków nie spotykałam. Nasze kręgi znajomych nigdy się nie przecięły. Chciałabym, żeby z niektórymi dało się pozostać przyjaciółmi. Ale takiej opcji Tinder nie przewiduje.

Podobne artykuły Love Me Tinder: Doświadczyć jak najwięcejJoanna Jędrusik Nie ma też szans, żeby ktoś cię po drodze nie zranił. I ty zranisz kogoś. Zwłaszcza jeśli równocześnie umawiasz się z kilkoma osobami. Kolesie często umawiają się jednocześnie z kilkunastoma dziewczynami. Albo trzymają cię w zapasie, na wypadek gdyby nie wypaliło z dziewczyną, która podoba im się bardziej. Ja na początku chciałam być fair. Umawiając się z kimś, nie planowałam kolejnych randek. Potem to się zmieniło. 

Traktuję Tindera jak lekcję. Można nauczyć się flirtu. Sprawdzić, kto ci się podoba. Nabrać pewności siebie. Kiedyś wydawało mi się, że jestem nieatrakcyjna. Dzięki randkom poczułam się piękniejsza, pożądana, kobieca. To świetna terapia. Nawet jeśli kogoś odrzucasz, zainteresowanie poprawia ci samopoczucie. W żartach zdarzało mi się słyszeć wyznania. W pierwszej wiadomości chłopcy często piszą: „Szykuję pierścionek”, „Wyjdziesz za mnie?”, „Jesteś kobietą mojego życia”.

Najważniejsze relacje z Tindera? Jeden chłopak bardzo mi się podobał, ale był świeżo po rozwodzie. Rzeczy jego byłej żony były jeszcze w mieszkaniu. Nie chciałam wchodzić z nim w związek, bo czułam, że on nie jest gotowy. I nie chciałam krzywdzić tamtej dziewczyny. Najgorsze doświadczenie było jednocześnie najlepszym. To miał być one night stand z obcokrajowcem, który przyjechał w interesach do Warszawy. Seks był świetny, zostałam na dwie kolejne noce. Potem pisał, okazywał zainteresowanie, zapraszał do siebie. Zakochałam się. Poleciałam z nim na wakacje. Po dwóch tygodniach sielanki przestał odzywać się z dnia na dzień. Strasznie to przeżyłam. Ale gdy mówił mi, że jestem piękna, taka się poczułam.

Podobne artykułyLove Me Tinder: Zanim znajdziesz miłośćHania Kos Teraz jestem w związku. Poznaliśmy się na Tinderze za granicą, niedługo po zakończeniu tamtego romansu. Skasowałam aplikację. On też. A myślałam, że nic z tego nie będzie. Mam jednak przeczucie, że jeszcze na Tindera wrócę. Trzydziestolatkom mówi się, że jeśli szybko nie założą rodziny, to stracą szansę na szczęście. To nieprawda. Wystarczy się otworzyć. Ja też po rozstaniu z moją pierwszą miłością mówiłam, że nic mnie już nie spotka. Nie miałam racji. 

Problemem nie jest poznanie kogoś, tylko utrzymanie związku. Sporo ludzi nigdy nie przestaje tinderować. Bo wciąż im się wydaje, że za rogiem czeka coś lepszego. Jeśli poznasz 20 osób, w jednej z nich na pewno się zakochasz, a przynajmniej się nią zauroczysz. Niekoniecznie będziesz z nią do końca życia. Ale na jakiś czas zbudujesz związek. Kiedyś pracowaliśmy na tym samym etacie 30 lat, dziś zmieniamy pracę co roku. I tak samo podchodzimy do relacji. Nie myślę już o miłości na całe życie. Nie wierzę w to, że dla każdego z nas jest tylko jedna jedyna osoba. To nie znaczy, że nie potrafię być szczęśliwa w relacji, w której jestem teraz. Ale gdy obserwuję, jak bardzo się w ostatnich latach zmieniłam, trudno mi przewidzieć, jakie potrzeby będę miała za rok-dwa-pięć. I kto je będzie w stanie spełnić.

 

Wysłuchała Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę