Znaleziono 0 artykułów
10.11.2019

Maciej Stuhr: Warto mówić o własnych słabościach

Maciej Stuhr (Fot. Tadeusz Wypych/REPORTER)

Maciej Stuhr na festiwalu Tofifest zaprezentował swój krótkometrażowy film „II koncert na wiolonczelę i orkiestrę”. – Nie wiem, czy postawię krok dalej – mówi, gdy pytamy go, czy ma w planach reżyserię pełnego metrażu. Przy okazji opowiada, jak żyć w świecie, który chwieje się w posadach. 

Nakręcił pan cztery filmy krótkometrażowe. Czy to są pana przymiarki do pełnego metrażu?

Nie znam jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Bawię się z tą formą jak dziecko, ale nie wiem, czy postawię krok dalej. Mam z tego frajdę, bo szyld Akademii Teatralnej zapewnia mi wolność. Ponieważ są to filmy studenckie, zostawiamy sobie furtkę, że może nam nie wyjść. Boję się, że gdybym miał nakręcić film z dużym budżetem, brakowałoby mi tej wolności.

Chyba nie brakuje odważnych producentów?

„II koncert na wiolonczelę i orkiestrę” to w zasadzie film niemy do muzyki poważnej. Który producent zgodziłby się na realizację takiego pomysłu? W szkole nam przyklasnęli, ale gdybym poszedł z tym do producentów, musiałbym się gęsto tłumaczyć na starcie. Nie wykluczam jednak, że pokonam kiedyś te obawy.

Dużo mówi pan o wolności. Mam wrażenie, że to pojęcie przykleiło się do pana i rodziny Stuhrów. Kiedy poczuł pan po raz pierwszy, że wolność nie jest za darmo?

Przed premierą „Pokłosia”. Władysław Pasikowski długo szukał pieniędzy na ten film, ale nie mógł ich zebrać. Gdy przeczytałem scenariusz, wiedziałem, że to jeden z najważniejszych scenariuszy, jakie w życiu przeczytałem. Nie miałem wątpliwości, że ten film musi powstać, że to nasz obowiązek. Fakt, że przez wiele lat nikt nie chciał go sfinansować, dawał mi do myślenia. Zrozumiałem wtedy, że polska widownia dzieli się na dwie grupy. Pierwsza chce oglądać historie o tym, jak było i jak jest, druga woli oglądać historie tylko upiększone i takie, z których możemy być dumni. Po premierze „Pokłosia” od tej drugiej grupy usłyszałem, że zagrałem w filmie antypolskim, polakożerczym. Tymczasem ja zawsze stałem na stanowisku, że warto się zmierzyć ze swoimi słabościami, bo tylko w taki sposób możemy stać się lepszymi ludźmi. 

Nie lubi pan gloryfikacji?

Dobra gloryfikacja nie jest zła, ale w sztuce zwykle lepiej sprawdza się mówienie o słabościach. Mijają cztery lata „dobrej zmiany”. Podobał się panu jakiś film próbujący sprostać zapotrzebowaniu obecnej władzy na kino patriotyczne? Nie jest łatwo zrobić dobrze taki film ani przedstawienie. Sztuka karmi się nieszczęściem. Co by mi przyszło z tego, gdybym opowiadał wokół, jaki Maciej Stuhr jest wspaniały? Wolę mówić o tym, co mi nie wychodzi, i próbować to zmieniać. Artyści są z natury niepokorni, w wynajdywaniu bolących rzeczy dotykają prawdziwych emocji. Nie rozgrzewają nas laurki.

Kadr z filmu „II koncert na wiolonczelę i orkiestrę” (Fot. Materiały prasowe)

W tym roku skończył pan 44 lata. Minęło siedem lat od premiery „Pokłosia”. Co się przez ten czas zmieniło?

Przed premierą „Pokłosia” byłem chłopakiem z sąsiedztwa lubianym przez wszystkich. Nagle część fanów odwróciła się ode mnie. Nie powiem, że się tego nie przestraszyłem. Zastanawiałem się, czy dobrze zrobiłem, stając do walki. Ale okrzepłem w ogniu i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mężczyźnie dobrze robi, gdy się czasem opowie po jakiejś stronie, gdy walczy o ważną według niego sprawę.

Ostatnio media obiegła informacja, że został pan abstynentem. Skąd taka decyzja?

Zbierałem się do niej parę lat. Obserwowałem swoje życie z coraz mniejszym entuzjazmem. Alkohol przestał pełnić funkcję, którą pełnił, gdy miałem 20 czy 30 lat. Nie jest tajemnicą, że w moim środowisku sporo się pije, ale zauważyłem, że z wiekiem alkohol sprawia mi coraz mniej przyjemności. Coraz częściej czułem, że picie jest wymuszone przez różnego rodzaju okazje. Urodziny, premiery, bankiety, chrzciny. Kiedyś mądry człowiek mi powiedział: „Panie Macieju, są tylko dwa powody, dla których ludzie piją: albo że ptaszek przeleciał za oknem, albo że ptaszek nie przeleciał za oknem”. Zawsze jest powód, żeby się napić. Mnie to picie wychodziło coraz gorzej i teraz widzę, że byłem więźniem alkoholu. Żeby było jasne, nie staczałem się, ale moją głowę często zajmowała myśl o tym, czy się dzisiaj mogę napić, czy nie. Od czasu, gdy podjąłem decyzję o abstynencji, czuję się bardziej wolnym człowiekiem. Jeden problem mam z głowy.

Czy jako abstynentowi jest panu trudniej w relacjach towarzyskich?

Jest trudniej od północy. Wtedy ludzie pijący zaczynają opowiadać w kółko te same rzeczy. Wtedy zazwyczaj się zwijam.

Nie brakuje panu pijackich zabaw?

Byłem kiedyś wesołym chłopakiem, tryskałem humorem, rozśmieszałem towarzystwo. Znam miliard dowcipów i anegdot, opowiedziałem je wszystkie i wszystkim. Śmiechom nie było końca. Ale czy taki chcę być przez całe życie? Pewnie kiedyś jeszcze będą rozśmieszał towarzystwo. Ale dziś jestem gdzie indziej.

Gdzie?

Wczoraj syneczek przyszedł do mnie i zasnął mi na brzuchu. To była przyjemność, której nie da się porównać do niczego innego. Może nie jest fajerwerkowa, ale dla mnie jest dużo głębsza i ważniejsza. Gdy syn kładzie się na mnie lub obok mnie i wspólnie łapiemy rytm oddechu, czuję superfizyczność, która zbliża mnie do metafizyki. 

Ma pan szczęście, że został pan znowu ojcem, gdy ojcowska opiekuńczość stała się nie tylko społecznie aprobowana, ale wręcz modna.

Więcej nawet: wymagana. Mężczyzna na poziomie powinien być zaangażowanym, uczestniczącym ojcem.

Maciej Stuhr (Fot. Bartosz KRUPA/East News)

Co chyba panu łatwo przychodzi?

Byłem najstarszy z rodzeństwa, niańczyłem dzieci od małego i zawsze się z nimi dobrze dogadywałem. Lubię wchodzić w dziecięcy świat. Moja żona jest fantastyczna we wciąganiu dzieci w świat dorosłych. One wtedy rosną, bo to je buduje i czują się ważne. Ja lubię wydurniać się z nimi pod stołem, na czworakach. 

Ale domyślam się, że są mężczyźni, którzy nie bardzo wiedzą, jak się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Przeciwko studiom genderowym protestuje Episkopat, czyli najbardziej męska i zhierarchizowana struktura na świecie, która domyśla się, że jeśli zacznie się kwestionować stare wzorce męskości, to ich los będzie wisiał na włosku. Nie rozumiem, co mają na myśli, gdy twierdzą, że LGBT jest zagrożeniem dla rodziny. Mam wielu przyjaciół gejów i żaden nie zagraża mojej heteroseksualnej, a nawet katolickiej rodzinie. To jest fikcyjny problem. Prawdziwa gra toczy się o to, czy przetrwa świat oparty na hierarchii, pieniądzu i sile. Ten świat trzęsie się teraz w posadach.

Komu zagrażają nowe wzory męskości?

Większość problemów ludzi, nie tylko mężczyzn, rodzi się wtedy, kiedy nie jest się pewnym wartości siebie i swoich przekonań. Z tego niepokoju rodzi się strach, a w niektórych przypadkach agresja. Człowiekowi, który wierzy w Jezusa Chrystusa, nie zaszkodzi obejrzenie „Żywotu Briana”. Jeśli w środku zaczynamy mieć poważne wątpliwości, a jednocześnie boimy się zmian w życiu, zaczynamy wierzgać i kopać. Jeśli jesteśmy patriotami, którzy wierzą, że nasz kraj może dać coś innym, to nie boimy się powiedzieć, co mamy za uszami. 

Pan nie boi się mówić, co ma za uszami?

Myśli pan, że jest mi przyjemnie mówić, że miałem jakiś problem z alkoholem? Przyznałem się do słabości. Nie byłem najlepszy w piciu. Za to teraz z dumą mogę powiedzieć, że jestem nie najgorszy w niepiciu.

Łukasz Knap
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę