Znaleziono 0 artykułów
27.06.2020

Marta Dymek: Przyjemność tworzenia

(Fot. Martyna Galla, zdjęcie dzięki uprzejmości wyd. Marginesy)

„Jadłonomia” miała być niszowym projektem, najpierw jako blog dla znajomych, później książką dla pasjonatów. Okazała się jednak iskrą wywołującą pożar wegańskiej rewolucji w Polsce. Wydana niedawno trzecia z serii „Jadłonomia po polsku” otwiera listy bestsellerów, wyprzedzając najbardziej poczytne kryminały. Kim jest Marta Dymek i dlaczego miesza nam w talerzach?

Babcia i mama gotowały, ale nie z pasji. Jak chyba w większości polskich domów to był dla nich obowiązek. Zawsze zupa i drugie danie – wspomina Marta. Mięso nigdy jej nie pociągało, więc nie pamięta dobrze smaku popisowych rodzinnych potraw, jak zrazy, pieczenie czy smalec przygotowywany przez tatę w specjalnych naczynkach. Dzieciństwo kojarzy jej się bardziej z czerwonym barszczem z uszkami. – To zabawne, bo babcia i mama nie używały zakwasu, kwaśny smak uzyskiwały cytryną albo kwaskiem. Dopiero ja po latach pokazałam im, że można inaczej – mówi.

(Fot. Martyna Galla, zdjęcie dzięki uprzejmości wyd. Marginesy)

Bez mięsa

Miała 16 lat, kiedy swój nastoletni bunt przeniosła do kuchni. – Ogłosiłam w domu, że przestaję jeść mięso. Na pewno po części dlatego, żeby podkreślić swoją odrębność, światopogląd, ale chodziło też o wolność. Nie chciałam jeść tego, co mi nie smakuje – wspomina. Smak był dla niej tak ważny, że jeździła na wagary do Berlina. Ponad 300 km z Wrocławia pokonywała stopem. W Berlinie poznawała nowe egzotyczne dania, jak np. niedostępne jeszcze w Polsce falafele.

Rodzina przyjęła deklarację o weganizmie jak fanaberię. – Mama powiedziała, że muszę sobie radzić sama, więc zaczęłam gotować – wspomina. W 2006 r. nie było wielu nowoczesnych wegetariańskich książek kucharskich, dlatego naukę zaczęła od biblii – wznawianej od 1954 r. „Kuchni Polskiej”. Wybierała rozmaite archaiczne przepisy – faszerowane pieczarki i papryki czy zapiekanki ziemniaczane, które łączyło to, że były strasznie pracochłonne. – Na początku organizacja pracy w kuchni przerastała mnie. Dlatego od początku starałam się coś upraszczać. Kotlety zamiast smażyć piekłam za jednym zamachem w piekarnikuczasem się udawały, a czasem były porażką. Dzięki temu dużo się uczyłam

Na szczęście przyspieszył internet, więc poszukiwania mogła przenieść do sieci. Poznała wegetariańską kulturę, zaczęła dowiadywać się, jak wygląda hodowla przemysłowa zwierząt, ale też, na czym polega zrównoważona dieta. Idolką Marty została Isa Chandra Moskowitz – autorka bloga „Post Punk Kitchen”, książek kulinarnych i restauratorka. Idąc w jej ślady, Marta też założyła bloga. – Tak było łatwiej dzielić się przepisami. Kiedy ktoś pytał, jak zrobić pasztet z soczewicy, zamiast po raz setny pisać wszystko na kartce, mogłam podesłać link – wspomina. Nie wiązała z „Jadłonomią” żadnych poważniejszych planów.

(Fot. Martyna Galla, zdjęcie dzięki uprzejmości wyd. Marginesy)

Do celu 

Studiowała kulturoznawstwo na MISH i gender studies. Jako ambitna studentka pojechała pogłębiać swoją wiedzę w Utrechcie. – Wydawało mi się, że spędzę na uczelni resztę życia. Ale kiedy przyjechałam do Holandii i nagle zorientowałam się, że wśród dziewczyn z zachodniego świata, jestem – mimo ministerialnego stypendium – najbiedniejsza, to poszłam do pracy w knajpie. To chyba był początek pewnej przemiany i refleksji.
Na początku zatrudniała się w przypadkowych restauracjach – włoskiej, hinduskiej, sycylijskiej. Priorytetem były pieniądze, a mięsa wprawdzie nie jadła, ale potrafiła z nim pracować.  Dopiero, gdy trafiła do wegańskiego bistro, poczuła, że jest u siebie. – Odkryłam, że wegańscy kucharze poza pracą w restauracjach gotują na squatach albo w organizacjach wspierających osoby bezdomne i uchodźców. Są aktywistami, a ich bezmięsna kuchnia świetnie się sprawdza. Dania z ryżu, strączków i warzyw są pełnowartościowe, a przy tym tańsze, łatwiejsze i bezpieczniejsze niż potrawy ze świeżego mięsa. Wtedy zrozumiałam, że kuchnia może być narzędziem zmian społecznych. Jest egalitarna, powszechnie dostępna i zrozumiała. Codziennie kształtuje naszą rzeczywistość

Wtedy zaczęła myśleć, że może warto byłoby po powrocie zaangażować się w gotowanie na poważnie. Po to, by zmieniać rzeczywistość. Miała ułatwione zadanie, bo okazało się, że weganizm jako nowy trend dociera właśnie do Polski i jest entuzjastycznie przyjmowany. W jej rodzinnym Wrocławiu otworzył się Falanster –pierwsza wegańska klubokawiarnia, a przy okazji fundacja zajmująca się nierównościami społecznymi i prawami kobiet. – Jadłam tam chyba pierwsze w Polsce wegańskie kanapki z humusem, spędzałam czas ze znajomymi i organizowałam warsztaty antyprzemocowe dla działającego obok Centrum Praw Kobiet – wspomina. 

Przeniosła się jednak do Warszawy, tu dokończyła studia, a po dyplomie dostała propozycję półrocznego stażu w korporacji. Przyjęła ją. To miała być próba „prawdziwego, dorosłego życia, w którym zarabia się pieniądze i chodzi w marynarkach na spotkania”. – Gotowanie wydawało mi się bardzo ryzykowne, może trochę wstydliwe. Koleżanka przypomniała niedawno, jak w tajemnicy wyznałam jej, że prowadzę bloga kulinarnego i zakazałam komukolwiek o tym mówić.

Jednak praca w biurze rozczarowała ją i tylko upewniła w przekonaniu, że powinna zająć się zawodowo czymś, w co wierzy. Czyli weganizmem. – Udało mi się odłożyć jakieś pieniądze i klamka zapadła. Uznałam, że spróbuję i zobaczę, co się stanie

(Fot. Martyna Galla, zdjęcie dzięki uprzejmości wyd. Marginesy)

Przyjemność tworzenia

Założyła firmę cateringową, organizowała warsztaty z gotowania dla dzieci i dla dorosłych, pisała bloga i starała się nawiązać współpracę z magazynami kulinarnymi. Przez pierwsze miesiące łapała każdą fuchę, żeby załatać budżet i szukała własnej ścieżki. – Moi rodzice byli załamani. W ich oczach zaprzepaściłam szansę na sukces w życiu – wspomina. Motywację i konsekwencję znajdowała w sobie.  – Napędzało mnie poczucie sprawczości i głębokiego sensu. Czułam, że w mikroskali sprawiam, że świat staje się lepszym miejscem. Może momentami bałam się, czy wystarczy mi na czynsz, ale jakoś nie doskwierało mi to. Otaczałam się zresztą ludźmi, którzy żyli podobnie – dodaje.

Praca w kuchni dawała Marcie coś jeszcze – czystą przyjemność tworzenia. – Przemiana prostych składników w potrawy to fascynujący i piękny proces – uśmiecha się, choć mówi poważnie. Od czasu swoich nastoletnich eksperymentów uwielbiała wydobywać smaki, a później obserwować, jak działają na ludzi – czy wywołują w nich marzenia, czy wspomnienia.

(Fot. Martyna Galla, zdjęcie dzięki uprzejmości wyd. Marginesy)

Bez kompromisów 

Przełom przyszedł w 2013 r. Wtedy „Jadłonomia” zwyciężyła w organizowanym przez Onet.pl konkursie na najlepszy blog. Dostała też specjalną nagrodę czytelników.

Nie mam pojęcia, skąd wziął się ten sukces. Na pewno zawsze starałam się używać łagodnego, otwartego języka, który w weganizmie nie był wtedy tak popularny. Unikałam oceniania, pouczania czy straszenia. Chciałam ośmielić ludzi do prób z kuchnią roślinną, pokazać, że to sposób jedzenia dla każdego – mówi. 
Najbardziej wtedy ucieszyła ją możliwość wydania książki, to była część nagrody. I choć po rozmowach z proponowanym wydawcą Marta wiedziała, że warunki współpracy jej nie odpowiadają, to znalazła nowy cel – napisać praktyczny przewodnik po wegańskiej kuchni, który będzie też pięknym przedmiotem i zaproszeniem do nowego stylu życia. – Bo książka kucharska to coś fascynującego – zbiór przepisów, instrukcja działania, album i opowieść w jednym. 
Po kilku miesiącach nakładem wydawnictwa Dwie Siostry ukazała się „Jadłonomia”. 

W książce nie poszłam na żadne kompromisy. Mimo sugestii wielu osób, w przepisach nie pojawił się ser, ryby ani jajka, dlatego byłam pewna, że to niszowa pozycja. Ale okazało się, że odpowiada na poszukiwania bardzo wielu osób – mówi. 
Przez sześć lat ukazało się kilkanaście dodruków, a przekład na niemiecki okazał się takim sukcesem sprzedażowym, że zadecydowano o dodatkowym nakładzie. Marta Dymek została ekspertką od weganizmu – ma autorski program w telewizji, pisze do prasy. Dwie kolejne części „Jadłonomii” też są bestsellerami. 

Na czym polega jej fenomen? Być może wyczuła nadchodzącą rewolucję. Bo dieta mięsna w XXI w. skompromitowała się na wielu płaszczyznach. Okazała się anachroniczna i niezdrowa dla organizmu, okrutna wobec zwierząt zabijanych w przemysłowych hodowlach i bardzo szkodliwa dla środowiska. Ale nawet jeśli Dymek wyczuła wiatr zmiany, to „Jadłonomią” rozpięła żagiel i poszybowała wysoko, zmieniając nam wszystkim perspektywę. Stworzyła własną kuchnię, a obok niej narrację – prostą, autentyczną i inspirującą. Jej osobiste zaangażowanie zadziałało jak magiczne zaklęcie, nadając cichym marzeniom realny kształt.
– Czy mam jakąś strategię na życie? Chyba nie, ale wierzę w ciężką pracę i zaangażowanie. Motywuje mnie wiara, że to, co robię, ma sens i wartość. Czasem to coś małego, jak na przykład dobry roślinny przepis na rodzinną kolację, a czasem coś większego, czyli nowe osoby przekonane do tego, że chcą jeść mniej mięsa – mówi.

Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę