Znaleziono 0 artykułów
22.02.2024

Książka „Dintojra” Sylwii Chutnik to studium bolesnych emocji

22.02.2024
Książka „Dintojra” Sylwii Chutnik to studium bolesnych emocji (Fot. Getty Images)

Istnieją przecież ludzie, którzy zawsze się dystansują, uciekają przed uczuciami. Ja jestem za emocją, nawet jeśli boli. Chcę pokazać, że bycie rozmazaną, zbeczaną, zawiedzioną też jest spoko i coś dobrego może jeszcze się z tego urodzić – mówi Sylwia Chutnik. Piewczyni Warszawy, jej kobiet i historii, przewodniczka miejska i literacka Sylwia Chutnik, właśnie wydaje nową książkę. Jej „Dintojra” to zbiór opowiadań o samotności, zawiedzionej miłości, sposobach na przetrwanie.

Twoja książka nosi tytuł „Dintojra", co sugeruje motyw zemsty, ale czytając, miałam poczucie, że może powinna nazywać się jak inny tekst w tym zbiorze, a mianowicie: „Po drugiej stronie”. Przypominam sobie też, że napisałaś kiedyś zbiór odnoszący się do „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla, zatytułowany „W krainie czarów”. Czy „Dintojra” to portret świata przekręconego na inną stronę?

To dobry trop. I oczywiście jest tu gra z „W krainie czarów” oraz z postacią mojej ukochanej Alicji. Ale też z moim pisaniem, bo za każdym razem, kiedy obiecuję sobie, że teraz już będę pisała realistyczną powieść epicką, nagle następuje zjazd w świat fantazji. Ja po prostu żyję po tej drugiej stronie lustra. Lubię skręt ku nierzeczywistości, rewersji tego, co jest, ale jednocześnie to też moja ucieczka.

Ucieczka w „świat czarów”, czyli świat wyobraźni?

Tak, uciekam w świat wyobraźni, ponieważ tylko tak potrafię funkcjonować. Jestem racjonalną, poważną osobą, ale... Chyba się nikt na to nie nabierze (śmiech)?

Mnie nie nabierzesz. Swój swego rozpozna. I to niekoniecznie zaraz ucieczka, raczej nurkowanie pod spód rzeczywistości. Która tylko po wierzchu wygląda na racjonalną, a pod spodem są żmijowiska, jak w „Stranger Things”. Wszystko się tam plącze i zagina.

Coś w tym jest. Nie siliłam się na to, żeby Dintojra z tytułu czy jakiekolwiek inne wyrażenie było patykiem do szaszłyka, na który nabiję wszystkie opowiadania. Myślę, że to by było sztuczne pisanie pod jeden temat, zwłaszcza że te historie powstawały w różnych momentach i dla różnych łamów. Mają wspólne cechy charakterystyczne dla mojego pisarstwa: jest Warszawa, są baby, dziwne osoby, groteska.

Czyli  dopisujemy do „Dintojry” podtytuł: „Dziwne osoby i baby z Warszawy" (śmiech).

Taki tytuł akceptuję!

Zapytam cię jednak o dintojrę z tytułu, czyli zawadiackie słowo rodem z gwary warszawskiego półświatka, oznaczające zemstę, rewanż. Czym jest zemsta w tych historiach?

Na pewno nie jest lataniem z siekierą. To nie zemsta z „Cwaniar”, na którą pewnie niektórzy czytelnicy liczyli. Tutaj zemstą jest przetrwanie. Wydaje się nam, że aby zachować siebie i swoją tożsamość, musimy się wciąż napierdalać – podjąć akcję, bronić się, być prowodyrką konfrontacji. Tymczasem często tym, co najbardziej wkurza naszych wrogów, jest fakt, że my po prostu nadal jesteśmy. Myślę na przykład o osobach z różnych mniejszości – queerowych i innych, które są po prostu zmęczone wieczną walką. Może to nie brzmi bardzo sexy, ale jednak na końcu to jest ta najcięższa robota – przetrwać. W środku ci wyje, a ty zwlekasz się z łóżka, powoli stawiasz krok za krokiem i idziesz po bułkę. A nie skaczesz z dachu i nie latasz z maczugą. To o wiele bardziej przyszłościowe (śmiech). Tak, przetrwanie to opcja minimum, ale uważam, że ono jest bardzo ważne zwłaszcza teraz, kiedy mnóstwo osób zmaga się z trudnymi stanami czy chorobami psychicznymi.

Myśląc o twoich opowiadaniach, dochodzę do wniosku, że właściwie każde z nich to ćwiczenie ze schodzenia w głąb – psychiki, bólu, trudnych wspomnień i relacji. Jak mówi bohaterka opowiadania „Zapalny stan udręki”, która zresztą nazywa się Sylwia: „Jestem połamana, ale ładnie mi z tym”. Czuję, że ta opowieść jest silnie autobiograficzna.

Tak. Uważam, że ostatecznie wychodzę w dobrym stylu z różnych kryzysów. Ta książka też powstawała w niełatwym dla mnie momencie, ale od razu mówię – to nie jest autobiografia. Wszystko jest tam zmiksowane i nic mi nie udowodnicie (śmiech). W sensie aury jest rzeczywiście zapiskiem ostatnich miesięcy, bo ma w sobie niepokój, to przechodzenie na drugą stronę i pytanie: co tam jest? Czy ja w ogóle się tam odnajdę?

Te opowiadania są gorzkie, co nie znaczy, że pozbawione twojego poczucia humoru, czasem czarnego, zawsze przewrotnego. Kiedy piszesz o związkach, dużo jest tam cierpienia, porzucenia, rozczarowania. Ale wartością i miarą człowieczeństwa jest nie romantyzowana miłość sama w sobie, lecz zdolność bohaterów do miłości. Oni są żywi przez to, że czują, cierpią, są w stanie dokonywać refleksji nad tym, co ich spotkało.

I to też chyba jakiś nasz moment zwycięstwa. Żeby finalnie nie stać się robotem albo jakimś cynicznym fiutkiem. Istnieją przecież ludzie, którzy zawsze się dystansują, uciekają przed uczuciami. Ja jestem za emocją, nawet jeśli boli. Chcę pokazać, że bycie rozmazaną, zbeczaną, zawiedzioną też jest spoko i coś dobrego może jeszcze się z tego urodzić. A w każdym razie to jest lepsze niż bycie emocjonalnym zombiakiem.

Otrzymujemy w tych opowiadaniach różne wersje samotności. Czy to będzie dystopia z końca świata, gdzie ludzie żyją osobno w całkowitej izolacji („Pandemino”), czy pan Wacław z sex-shopu, kochający się w dmuchanej lalce Anieli („Sprzedawcy pięknego życia”), czy wreszcie upadła celebrytka uwięziona w mieszkaniu, nałogu i własnym wizerunku („Dwadzieścia cztery na siedem”). Czy uważasz, że samotność to leitmotiv naszej współczesności?

Tak, ale też mojego pisania. Cały czas się zastanawiam, na ile ja lubię być sama, a na ile to już samotność, i co z tego wynika? I jeszcze ta zgrana klisza – „samotność w tłumie”, to też ciekawy stan, którego doświadczam często. Dlatego samotność pojawia się w tych opowiadaniach. Oczywiście w różnych odsłonach, bo czasem się nią cieszę, a czasami jest mi po prostu smutno samej na świecie. Do tego ta wersja mnie na zewnątrz i wersja mnie w środku kompletnie się rozjeżdżają, co pokazały mi minione miesiące. I to jest w pewien sposób fascynujące. Nie namawiam do bezwzględnej szczerości w każdych okolicznościach, ale wypuszczenie odrobimy naszego smutku na zewnątrz nam nie zaszkodzi. Mam bardzo dobre doświadczenie z takiego szczerego gadania, to uwalniające. Przez długi czas myślałam, że „tak trzeba” – trzeba imprezować do rana, prowadzić small talki i że w złym stylu jest na pytanie „co u ciebie?” odpowiedzieć „chujowo”, choć tak rzeczywiście jest. Wydawało mi się, że to obowiązkowa gra społeczna. Ja co prawda umiem grać, bo znam reguły, ale to w ogóle nie jest dla mnie. Teraz się nie zmuszam. Wolę zostać sama w domu albo pójść na spotkanie w małej bibliotece, bo tam nierzadko odbywają się głębsze rozmowy, a nawet szlochy – moje z publicznością, niż na tych wszystkich „ważnych wyjściach”. 

Ale może, paradoksalnie, ludzie dziś bardzo potrzebują właśnie tej autentyczności, a nie pozorów.

Najśmieszniej, kiedy pytają: „czy to, co napisała pani w książce, to prawda? Czy to jest o pani?”. Najwyraźniej w czasach fake newsów i fałszywych tożsamości ludzie bardzo potrzebują wiedzieć, czy coś jest prawdą. A ja mogę powiedzieć tak: wszystko w tej książce jest prawdą i nią zarazem nie jest. Przykładem niech będzie opowiadanie „Gwałt. Głosy”.

Dla mnie to najważniejszy tekst w książce, a przynajmniej najmocniejszy.

Może dlatego, że jest „z innego nadania”, powstał jako podstawa sztuki teatralnej i jest oparty na trzydziestu pogłębionych wywiadach z kobietami, które doświadczyły przemocy seksualnej. Stworzyłam go, miksując ich wypowiedzi, ale i sposób mówienia. I teraz – czy jest prawdziwy? Według mnie tak, ale to jest „nieprawdziwa prawda”.

W tym sensie, że nie jest to dosłowny dokument, ale jakby esencja autentycznego doświadczenia, które jest udziałem większości kobiet, tak? Gwałt jest w tym opowiadaniu bardzo szeroko rozumiany – od okrucieństwa przymusowej penetracji po molestowanie, ocieractwo i oblepianie kogoś obrzydliwym słowem.

My tam się wszystkie odnajdziemy. 87,6 proc. kobiet doświadczyło molestowania w pracy lub w miejscach publicznych, to statystyka sprzed paru lat. Ale nawet gdybym ją zmyśliła, nic by to nie zmieniło, bo najważniejsze są tytułowe głosy.

To nie jest typowe opowiadanie z fabułą, bardziej wielogłosowy poemat. Tren dla poniżanych i gwałconych. Kojarzy mi się z jedną z moich ulubionych książek, którą jest „Utwór o Matce i Ojczyźnie” Bożeny Keff.

To jeden z ważniejszych utworów także dla mnie! Nie rozumiem, czemu nie jest co roku wznawiany! Pisząc „Głosy”, miałam go cały czas z tyłu głowy. W tym moim opowiadaniu/tekście/poemacie też jest zemsta. Nie jest oczywista, bo żadna z bohaterek nie wykastrowała oprawcy, a często on nawet nie został aresztowany. Ale nazywamy te kobiety po gwałcie przetrwankami, bo chociaż to straszne doświadczenie im się przydarzyło, przetrwały. Dalej żyją, mają głos, wspierają inne kobiety w podobnej sytuacji.

Na końcu, w tych wszystkich historiach jest też i to, co zawsze musi być u Chutnik – miasto Warszawa, które nawet kiedy nie jest wyraźnym bohaterem, pojawia się w tle. Warszawa i Polska się tu zlewają. Alicja, emigrantka z „Po drugiej stronie”, mówi na przykład: „Nie wolno mi się uśmiechać, bo jestem z Polski”. Tak nas widzisz?

Jak się za bardzo szczerzysz, to jesteś podejrzana. Tak tutaj jest. Mówię to oczywiście dlatego, że ja też jestem z Polski (śmiech). 

Może powinniśmy wreszcie zrozumieć, że potrzebujemy to nasze nieuśmiechanie jakoś przytulić, zaakceptować. Amerykański uśmiech, za którym tęsknimy, raczej nas doprowadzi do jeszcze większej rozpaczy. W jednym z opowiadań pytasz: „Czy zagładą możemy się naćpać?”. Otóż wszyscy tu, szczególnie w takim miejscu jak Warszawa, jesteśmy jak na haju po wciąganiu prochów, tyle że są to prochy umarłych. Dlatego naprawdę nie da się sztucznym uśmiechem omamić tutaj nikogo.

Zwłaszcza że to jest w powietrzu, tym nasiąkamy. Ja to bardzo odczuwam i myślę, że widać to w moim pisaniu, bo ono jest wywalaniem bolesnych treści, miksowaniem moich i cudzych doświadczeń z powietrzem, którym wszyscy oddychamy. Z tego są te moje wariatki, które latają po bloku i krzyczą o swoich traumach. To po prostu część mojego życia, to nasza historia. 

To jest sos, w którym się wszyscy macerujemy. Nie mamy wyjścia, musimy znaleźć kolor w szarej szmacie. Da się?

Da się.


„Dintojra” Sylwii Chutnik ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Literanova

„Dintojra” Sylwii Chutnik ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Literanova

 

Anna Sańczuk
  1. Kultura
  2. Książki
  3. Książka „Dintojra” Sylwii Chutnik to studium bolesnych emocji
Proszę czekać..
Zamknij