Znaleziono 0 artykułów
20.10.2018

Nowy Orlean świętuje 300 lat istnienia

Nowy Orlean (Fot. Getty Imges)

W Nowym Orleanie, kolebce amerykańskiej kultury, krzyżowały się losy wielu narodów. Tu narodził się jazz, tu ścierają się ludowe praktyki z nieubłaganym postępem, tu pokusa i cnota tańczą ramię w ramię. Słodko-gorzkie losy miasta przypominamy w trzysetną rocznicę jego powstania. 

Nie ma drugiego takiego miejsca, jak Nowy Orlean. Opowiadając zawiłą historię miasta, nie sposób zapomnieć o tym, że najpierw wykorzystali je Francuzi i Hiszpanie, a potem jego potęga gospodarcza opierała się na niewolniczej pracy. To właśnie cierpienie zdefiniowało charakter lokalnych tradycji. Muzyka i taniec towarzyszące nawet orszakowi pogrzebowemu to nie wyraz lekkoduszności, a zrozumienie, że szczęście to nic innego jak celebracja ulotnych chwil. Z drugiej strony, ta wielokorzeniowa kultura creole stała się źródłem tego, z czego słynie miasto – jazzu, bluesa, niepowtarzalnej architektury, równie wyjątkowej kuchni i szalonego Mardi Gras.

Od 2005 roku o Nowym Orleanie nie można mówić bez odniesienia do Katriny. Huragan, a w konsekwencji także zabójcza powódź, stały się kolejnym kluczowym momentem w historii miasta. Końcem pewnej ery, a początkiem tego, co Amerykanie określają dziś mianem post-Katrina New Orleans. Niby wszystko wróciło do normy – muzyka i taniec ponownie zawładnęły ulicami, a jednak wszędzie czuć ducha huraganu. 

Nowy Orlean (Fot. Getty Imges)

Gdy puściły wały

Reklama

Znajdujący się w delcie Missisipi Nowy Orlean to miasto w przeważającej mierze czarne, a co za tym idzie, biedne. Pomimo obecności ważnego ekonomicznie portu, ludność tego miasta od zawsze traktowana była przez resztę Ameryki po macoszemu. Trudny klimat, częste huragany i i stara infrastruktura to przeciwności wpisane w codzienne życie mieszkańców tego miasta. Jednak skali tego, co wydarzyło się 29 sierpnia 2005 roku, nie spodziewał się nikt.

Katrina uderzyła w Nowy Orlean w środku nocy. Miasto przygotowywało się na jej nadejście od kilku dni. Zarządzono ewakuację. Tym, dla których ucieczka okazała się niemożliwa (z powodu wieku, choroby, czy po prostu braku samochodu), obiecano schron w hali sportowej Superdome i Centrum Konferencyjnym. Oba te miejsca zobrazują później idealnie zakres zaniedbań ze strony władz stanowych i federalnych. Niektórzy nowoorleańczycy stracą tam życie z powodu braku dostępu do leków, inni umrą z wycieńczenia. Ich ciała przeleżą pod ścianami wiele dni, zanim zostaną wreszcie przewiezione do tymczasowych ciężarówek chłodniczych. Wszyscy schronieni w Superdome i Centrum Konferencyjnym, podobnie jak reszta Ameryki z niedowierzaniem śledząca wydarzenia z Luizjany w telewizji, zapamiętają desperację ludzi, którzy bez wody, jedzenia, usług sanitarnych i opieki medycznej czekali na ratunek. Cały kraj na własne oczy zobaczył, jak wygląda pomoc dla obywateli „drugiej kategorii” po tragedii, której można było zapobiec. 

Krajobraz po burzy

Katrina na stałe wpisała się już w język i wyobraźnię Amerykanów. Wymieniana jest jako jedna z największych katastrof, które dotknęły ten kraj, często jednym tchem obok wielkiego trzęsienia ziemi w San Francisco, czy ataków z 11 września.

Warto jednak pamiętać, o czym zresztą przypominają liczni dokumentaliści, dziennikarze i inżynierowie, że tragicznym skutkom Katriny można było zapobiec. Huragan ten bowiem, choć w procesie tworzenia się, jeszcze nad Zatoką Meksykańską, osiągnął w pewnym momencie piąty stopień siły (najwyższy), w momencie uderzenia w Nowy Orlean spadł do kategorii trzy. A z tym wały ochronne wokół miasta powinny już były sobie poradzić. Tymczasem źle skonstruowane i od dekad nieremontowane zapory nie wytrzymały pod ciężarem wody. To nie Katrina zabiła większość z prawie dwóch tysięcy ofiar, a powódź, która w wyniku pęknięcia zapory zalała 80 proc. Nowego Orleanu. Katrina, choć rozpoczęła siać spustoszenie jako huragan, finałowego zniszczenia dokonała już jako „katastrofa z rąk człowieka” (tzw. man-made disaster).

Opieszałość władz federalnych, bezradność burmistrza miasta, który w radiu błagał o pomoc, głód i rozpacz ofiar Katriny i wreszcie bezwstydność ówczesnego prezydenta George’a W. Busha, który dopiero po dwóch tygodniach pojawił się z przemową na Jackson Square w Nowym Orleanie – wszystko to sprawiło, że Katrina z huraganu przeistoczyła się w burzę polityczną.

Do historii przejdzie już wystąpienie rapera Kanye Westa, który (choć dziś przez wielu kojarzony z ekscentrycznymi wybrykami klasycznego egotysty) wówczas powiedział to, co wielu cisnęło się na usta. W trakcie telewizyjnej relacji na żywo odszedł od scenariusza i nerwowym głosem zakomunikował, że „George W. Bush ma gdzieś czarnych ludzi”. Przerażenie na twarzy stojącego obok aktora Mike’a Myersa to bezcenny kawałek telewizji. 

W swoim czterogodzinnym dokumencie „When the Levees Broke” („Kiedy puściły wały: Requiem w 4 aktach”) Spike Lee przypomina, że wobec rodzin, z których wiele przymusowo rozdzielono w trakcie ewakuacji, zaczęto używać terminu „uchodźcy”. Zupełnie, jakby nie byli obywatelami USA. Wielu ocalałych, którzy na okres odbudowy miasta wyjechali z Nowego Orleanu, już nigdy do niego nie powróciło. Katrina wygnała więc połowę miasta. Ci, którzy wrócili, starają się teraz zachować to, co stanowi istotę Nowego Orleanu – umiłowanie dla muzyki, niespotykane nigdzie indziej tradycje, kuchnię creole i to, co wielu określa mianem New Orleans mentality, czyli lekkość ducha i wytrwałość wobec trudów, które przynosi życie. A to bezsprzecznie wiąże się z historią miasta i jego mieszkańców. 

Nowy Orlean (Fot. Getty Imges)

300 lat kulturalnego gumbo

La Nouvelle-Orléans powstał na początku XVIII wieku za sprawą francuskich osadników, którzy główny port Luizjany nazwali na cześć księcia Filipa Orleańskiego. Kulturalna różnorodność Nowego Orleanu to bezpośredni rezultat przechodzenia miasta z rąk do rąk – francuskich, hiszpańskich, ponownie francuskich, aż do momentu sprzedaży Luizjany Stanom Zjednoczonym przez Napoleona na początku XIX wieku. W tym roku Nowy Orlean obchodzi hucznie swoje trzysetne urodziny.

Choć nazwa sugeruje, że na charakter miasta dominujący wpływ miała Francja, Nowy Orlean najbezpieczniej określać mianem polikulturalnego. Historyczna dzielnica French Quarter swoją architekturę tak naprawdę zawdzięcza wpływom hiszpańskim. W jej pobliżu, na dzisiejszym Congo Square, w historycznej dzielnicy Treme, hiszpańscy kolonizatorzy zezwolili, by niedziele były wolne od pracy, co pozwoliło niewolnikom z zachodniej Afryki poczuć choćby namiastkę człowieczeństwa. Wykorzystując ten dzień na grę na bębnach, drobny handel i społeczne kontakty stworzono podwaliny tego, co w przyszłości stanowić będzie serce i duszę miasta.

W Treme zamieszkiwali wtedy Creoles, czyli potomkowie mieszanych związków niewolników z Afryki z kolonizatorami z Francji i Hiszpanii. Często określani mianem „wolnych ciemnoskórych” (free people of color), Creoles stworzyli najstarszą afroamerykańską dzielnicę Ameryki, dając jednocześnie początek muzyczno-kulinarnym tradycjom, z których zasłynie Nowy Orlean. 

Co istotne, po sprzedaży Luizjany w 1803 roku, termin Creole zaadoptowali również biali potomkowie Francuzów i Hiszpanów, który chcieli w ten sposób odróżnić się od przybywających na południe Amerykanów. Ich niemalże religijne przywiązanie do europejskich tradycji i kuchni sprawiły, że Nowy Orlean jest dziś niepowtarzalnym kulturalnym „gulaszem”.

Obok Francuzów, Hiszpanów i niewolników z Zachodniej Afryki wpływ na lokalną kulturę i tradycje wywarło jeszcze kilka innych nacji. Kojarzone z czarną magią praktyki voodoo spopularyzowali byli niewolnicy przybywający do Luizjany po rewolcie na wyspie Haiti w 1791 roku. Za sprawą Sycylijczyków część zabytkowej French Quarter często nazywa się dziś „Małym Palermo”. 

Nowy Orlean (Fot. Getty Imges)

Jak karnawał, to tylko w Nowym Orleanie

Biali przedstawiciele Creoles kochali operę, bale maskowe i tętniące życiem kafejki. Przywiezioną z Francji i Hiszpanii katolicką kulturę postrzegali jako alternatywę dla purytańskich zwyczajów przybyszów z Europy protestanckiej, którzy osiedlili się w innych częściach Ameryki. To właśnie dzięki nim obok tłustej i dobrze doprawionej kuchni Nowy Orlean słynie też z bogatego życia towarzyskiego. Przyjemność to składnik dodawany w tym mieście do wszystkiego. 

To również białym Creole Nowy Orlean zawdzięcza dziś najsłynniejszą, obok karnawału w Rio, paradę na świecie – roztańczoną i obwieszoną koralami Mardi Gras. Tłumaczone z francuskiego jako „tłusty wtorek” Mardis Gras to tak naprawdę trwająca bez przerwy między świętem Trzech Króli, a Środą Popielcową impreza hojnie zakrapiana burbonem, do którego zaleca się świeże, lokalne ostrygi lub specjał Luizjany, czyli gumbo (gulasz na bazie owoców morza i mięsa). Jak na Nowy Orlean przystało, parady Mardi Gras odbywają się w rytmie tego, co akurat gra jedna z wielu obecnych tego dnia na ulicach miejscowych kapel – od jazzu i brass, przez pop, aż po hip hop. 

Prawdziwym szczęściem jest możliwość zobaczenia na własne oczy tzw. Indian Mardi Gras. Geneza ich istnienia nie jest do końca znana, zakłada się jednak, że niespotykani nigdzie indziej „czarni Indianie” to rezultat pomocy, jakiej plemiona Luizjany udzieliły uciekającym przed opresją kolonizatorów niewolnikom z Afryki. Indianie Mardi Gras to żywy hołd składany każdego roku kulturze rdzennych mieszkańców Ameryki. Ich stroje ważące nawet 50 kg, za sprawą tysięcy wykorzystanych do ich produkcji koralików i cekinów, to ręcznie robione arcydzieła amerykańskiego folkloru. Zdobiony strusimi piórami i jedwabiem strój debiutuje w trakcie Mardi Gras, po czym pokazywany jest jeszcze kilkakrotnie, między innymi w trakcie słynnego kulturalno-jazzowego festiwalu, by wreszcie zostać rozebranym na czynniki pierwsze i ponownie wykorzystanym pod przyszłoroczny karnawał. Cykl ten trwa nieprzerwanie od XIX wieku.

Daj się uwieść! 

Nowy Orlean to miejsce, w którym skrzyżowały się losy wielu narodów. Przy całej tragedii, którą miasto zostało naznaczone, efektem jest jedno z najbardziej kulturalnie inspirujących miejsc na świecie. Tu narodził się jazz, tu ścierają się ludowe praktyki z nieubłaganym postępem, tu pokusa i cnota tańczą ramię w ramię w „drugiej linii”. 

Niełatwo wytłumaczyć, na czym ten fenomen polega. Roztańczony pochód składa hołd radości i życiu. Jeśli nie będzie nam nigdy dane zobaczyć go na żywo, warto włączyć wyprodukowany przez HBO serial Treme. Kilka odcinków tej opowieści o losach mieszkańców miasta, którzy po przejściu Katriny próbują odbudować swoje życie, wyreżyserowała Agnieszka Holland. Treme to także wizualna encyklopedia muzycznych i ludowych tradycji Nowego Orleanu.

Jak powiedziała Agnieszka Holland, Nowy Orlean to kolebka amerykańskiej kultury. Opowiadając o czasie spędzonym tam podczas zdjęć do Treme, reżyserka porównała miasto do Afryki Południowej w czasie mundialu. – Z jednej strony przemoc, a z drugiej niebywale silna kultura, w którą wpisany jest element ludyczny. Trzeba było pewnej odwagi, żeby wyjść z bezpiecznych dzielnic turystycznych, ale wystarczyło znaleźć swoje ścieżki, żeby odkryć, jak bardzo uwodzicielskie to miasto.

Katarzyna Czernik
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę