Znaleziono 0 artykułów
22.10.2018

Pacyfista fotografuje wojnę

Robert Capa (Fot. Getty Images)

Robert Capa, ojciec chrzestny fotografii wojennej, dokumentował najważniejsze konflikty zbrojne pierwszej połowy XX wieku. Zamiast broni nosił jednak aparat, bo z faszyzmem walczył zdjęciami. – Jeśli twój kadr nie jest dobry, to znaczy, że nie podszedłeś wystarczająco blisko – mówił  założyciel agencji Magnum, a jego słowa do dziś są mottem reporterów.

Pierwszą wojną, z którą zetknął się pochodzący ze zasymilowanej rodziny węgierskich Żydów (a urodzony w Budapeszcie 22 października 1913) Endre Ernő Friedmann, była ta, którą toczyli ze sobą jego rodzice. To matka, Julia dbała o interesy i trzymała w ryzach zakład krawiecki, który prowadziła w Peszcie wraz z mężem. W tym czasie Dezsö, głowa rodziny, wymykał się, żeby grać w karty, co było przyczyną „wojny domowej”. Dorosły Capa odziedziczy po ojcu zamiłowanie do gier hazardowych i ryzyka, które sprawi, że dokumentując hiszpańską wojnę domową czy lądowanie w Normandii, nie zawaha się robić zdjęć z pierwszej linii frontu pod ostrzałem wrogich wojsk.

Okładka magazynu „Life” ze zdjęciem Roberta Capy (Fot. East News)

Obraz zamiast słowa

Młody Capa szybko opuścił nie tylko rodzinny dom, ale także swoją ojczyznę. Do wyjazdu zmusiła go sytuacja polityczna. Przyszły reporter zaprzyjaźnił się ze znanym z lewicowych poglądów artystą Lajosem Kassákiem. Dzięki niemu poznał dorobek fotografów dokumentalnych, zarówno węgierskich, jak i amerykańskich, takich jak Jacob Riis i Lewis Hine. Ale też wciągnął się w działalność lewicową na tyle, że rozważał nawet przystąpienie do partii. Choć ostatecznie się na to nie zdecydował, związki z socjalistami zostały uznane za dość silne, by młodego mężczyznę aresztować, a następnie wydalić z Węgier. Capa postanowił udać się do Berlina. Miasto, będące wówczas kipiącym nowymi ideami, artystycznym i politycznym tyglem, jak magnes przyciągało artystyczne dusze. 18-letni Capa zaczął studiować nauki polityczne, ale z braku dostatecznych środków szybko rzucił studia i stanął przed koniecznością znalezienia pracy. Obserwując zmieniający się z dnia na dzień Berlin, Capa chciał dokumentować to, czego doświadczał. Dlatego początkowo chciał być dziennikarzem, ale niedostateczna znajomość języka sprawiła, że zdecydował się na fotografię, która wydawała mu się najbliższa dziennikarstwu. Szybko okazało się, że nie mógł wybrać lepiej.

Początkowo Capa znalazł pracę jako asystent fotografa w agencji prasowej Dephot. Na swoją szansę nie musiał długo czekać. Szybko zauważono, że młodzieniec ma talent. Kiedy w 1932 roku Lew Trocki wygłaszał w Kopenhadze przemówienie na temat znaczenia Rewolucji Październikowej, to właśnie Capę wysłano, żeby je sfotografował. Wierny już na początku kariery zasadzie, że sekretem dobrego zdjęcia jest znajdowanie się jak najbliżej obiektu, reporter przedarł się przez tłum i pożyczoną od właściciela Dephot Leicą sfotografował Trockiego z odległości metra. Efektem były niezwykle intymne zdjęcia, których moc tkwiła również w pewnego rodzaju technicznej niedoskonałości. Takie kadry miały w przyszłości stać się znakiem rozpoznawczym Capy. 

Chociaż zdjęcia Trockiego były świetne, a dziennik „Der Welt Spiegel” poświęcił na ich stronę całą publikację, ich autor nie zagrzał zbyt długo miejsca w Niemczech. Kiedy w 1933 roku do władzy doszedł Hitler, Capa mądrze zdecydował, że Berlin przestał być dla niego bezpiecznym miejscem. Wyjechał do Paryża, gdzie ponownie znalazł się bez grosza, nie znając języka, ani nikogo, kto mógłby mu pomóc. Jednak nieodparty urok młodego człowieka sprawiał, że szybko nawiązywał nowe znajomości. Capa lubił ludzi, a ludzie lubili jego, co pomagało mu nie tylko w życiu prywatnym, ale też zawodowym. Dzięki temu, że potrafił zjednać sobie innych, jego zdjęcia mają w sobie intymność. W wielu z nich robionych poza polami bitw widać związek pomiędzy fotografem a bohaterami jego dzieł. Szelmowski uśmiech i aksamitne spojrzenie wielkich czarnych oczu pomogły też Capie przetrwać pierwsze tygodnie w Paryżu. Poznany w jednej z kafejek fotograf, Węgier André Kertész pożyczał rodakowi pieniądze i uczył go robić zdjęcia. Szczególnie istotna dla kariery Capy okazała się też przyjaźń z dwoma młodzieńcami – Henri Cartier Bressonem i Davidem Seymourem, zwanym Chimem. Capa pracował z nimi w agencji fotograficznej Alliance Photo, a po latach to właśnie trzech przyjaciół założyło kultową agencję Magnum Photos. W Alliance związana była też pewna młoda, niezwykle atrakcyjna kobieta – Gerta Pohorylle, używająca nazwiska Taro. Szybko stało się jasne, że tych dwoje – on posągowy, czarnooki brunet, ona, drobna, zjawiskowa blondynka – są sobie pisani. Taro i Capa zostali więc partnerami tak w życiu prywatnym, jak też zawodowym. 

Gerda Taro i Robert Capa (Fot. Getty Images)

On i ona

Być może Endre Friedmann nigdy nie stałby się Robertem Capą, gdyby nie Gerda Taro. Widząc, że jej chłopak ma talent, który nie przekłada się jednak na zlecenia i pieniądze, Pohorylle wpadła na sprytny pomysł. Zaproponowała, żeby jego prace sprzedawać jako fotografie zamożnego i znanego w swojej ojczyźnie amerykańskiego fotografa. Wspólnie wymyślili pseudonim artystyczny. Ponoć nazwisko Capa miało nawiązywać do odnoszącego właśnie triumfy hollywoodzkiego reżysera Franka Capry. Z kolei Gerta swoje nowe nazwisko zapożyczyła od japońskiej artystki Tarō Okamoto. Chytry plan szybko odniósł sukces. Wartość zdjęć nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wzrosła. Capa nawiązał współpracę z magazynem „Vu”, dla którego dokumentował wydarzenia polityczne w Paryżu albo konferencję Ligi Narodów w Genewie. Taro, choć sama była bardzo zdolną fotografką, występowała czasem w roli asystentki swojego kochanka. Część ich zdjęć podpisana jest „Capa i Taro”. Szybko jednak zdecydowała, że chce pracować samodzielnie. Partnerzy postanowili wyjechać do ogarniętej wojną domową Hiszpanii. Jak wspominał później Capa, z totalitaryzmem zamierzali walczyć za pomocą aparatów fotograficznych.

To właśnie z wojny domowej w Hiszpanii pochodzi najsłynniejsze zdjęcie Capy i zarazem jedna z najbardziej znanych fotografii wojennych w historii. Wokół „Padającego żołnierza”, znanego też pod tytułem „Śmierć hiszpańskiego republikanina”, narosło wiele kontrowersji. Są tacy, którzy twierdzą, że zdjęcie nie przedstawia umierającego mężczyzny, a żołnierza, który poślizgnął się podczas ćwiczeń. Mówi się też, że zostało zainscenizowane. Nie ulega jednak wątpliwości, że fotografia jest niezwykle poruszającym obrazem okrucieństwa wojny. Chociaż przywiezione z Hiszpanii zdjęcia ugruntowały jego pozycję jako reportera, horror wojny dotknął go też osobiście. On wrócił z frontu bez szwanku, ale jego ukochana, Gerda Taro, zginęła. Wrogi czołg wjechał w ciężarówkę, na której siedziała, robiąc zdjęcia. Capa, który o śmierci partnerki dowiedział się z gazety, niezwykle przeżył jej śmierć. Choć w późniejszych latach miał wiele romansów, z nikim nie połączyło go już tak silne uczucie. Lekiem na rozpacz i tęsknotę za ukochaną okazał się kolejny wyjazd, tym razem do dalekich Chin, gdzie miała wówczas miejsce japońska inwazja. Wraz z holenderskim reżyserem, Jorisem Ivensem Capa kręcił tam film dokumentalny „The 400 Million”. Ale nie byłby sobą, gdyby z podróży nie przywiózł również dziesiątek poruszających zdjęć.

Capa z Ernestem Hemingwayem w powojennym Paryżu (Fot. Getty Images)

Stracone negatywy i niemożliwa miłość

Z Chin Capa trafił do USA, chcąc uniknąć tam represji ze strony nazistów. Ale instynkt reportera nie pozwalał mu długo trzymać się z dala od centrum wydarzeń. Podczas II wojny światowej wykonał szereg zdjęć, dokumentujących m.in. walki we Włoszech, w tym wyzwolenie Neapolu, czy kampanię generała Pattona na Sycylii. Ale prawdziwą sławę miały mu przynieść fotografie dokumentujące przebieg lądowania w Normandii. Robert Capa, pracujący wówczas dla magazynu „Life", wylądował na plaży razem z żołnierzami dokonującymi szturmu. Zdjęcia robił znajdując się na pierwszej linii frontu – w ruchu, w wodzie, w biegu. Dlatego też każda z fotografii jest poruszona i nie najlepiej naświetlona. Capa nie miał czasu, by ustawiać obiektyw. Wszystkie decyzje musiał podejmować błyskawicznie, bo robiąc zdjęcia, ryzykował życiem, a każda sekunda była na wagę złota. Tym większa musiała być złość znanego z wybuchowego temperamentu fotografa, gdy okazało się, że negatywy, cudem wysłane do Londynu, trafiły w ręce laboranta, który ugiął się pod presją stresu i czasu. Technik miał świadomość, że ma w rękach zdjęcia z historycznego wydarzenia. W dodatku musiały być gotowe szybko, by zdążono je wysłać samolotem do Waszyngtonu. Z nerwów mężczyzna przegrzał negatywy podczas suszenia. W skutek jego błędu z kilku rolek filmu ocalało osiem zdjęć. „Life” opublikował je wszystkie. To właśnie one są dziś jedyną dokumentacją tego wydarzenia. Chociaż po lądowaniu w Normandii magazyn proponował Capie, żeby bezpiecznie wrócił do USA, on postanowił zostać w Europie, gdzie uczestniczył w ofensywie w Ardenach i wyzwoleniu Paryża. Za swoją działalność w czasie II wojny światowej, w 1947 roku, wraz z dwudziestoma innym fotografami, został odznaczony amerykańskim Medalem Wolności.

Capa otrzymuje medal z rąk Dwighta Eisenhowera (Fot. Getty Images)

Gdy Paryż został wyzwolony, centrum życia towarzyskiego był Hotel Ritz. Lubiący się zabawić Capa był wraz z pisarzami Ernestem Hemingwayem i Irwinem Shawem jego stałym bywalcem. Gdy pewnego wieczoru sączył z Shawem szampana, oczom mężczyzn ukazała się kobieta, która minęła ich bez słowa i skierowała się na górę do swojego pokoju. Capa i Shaw, którzy rozpoznali w niej Ingrid Bergman, postanowili zaprosić ją na kolację. Ostatecznie gwiazda „Casablanki” wybrała Capę. A że podobnie jak wiele kobiet i przed nią, i po niej, nie pozostała obojętna na jego urok, na kolacji się nie skończyło. Tych dwoje połączył romans tak płomienny, że reporter pojechał nawet za swoją wybranką do Hollywood. Podczas pobytu tam przyzwyczajony do życia na pełnych obrotach fotograf potwornie się nudził. Napisał zatytułowane „Sligtly out of Focus” („Trochę nieostre” – przyp. Aut.”) wspomnienia, zagrał epizodyczną rólkę w filmie, a potem powiedział „dość”. Bergman była co prawda bliska poproszenia Roberta Rosselliniego o rozwód, Capa wytłumaczył jej jednak, że nie jest typem przykładnego męża i ojca. I zawsze będzie jakaś wojna, na którą będzie musiał pojechać, więc w jego życiu nie ma miejsca na stabilizację. Ponoć Bergman słysząc to, rozbiła fotografowi na głowie talerz spaghetti. Związek tych dwojga, z góry skazany na niepowodzenie, stał się inspiracją dla filmu Alfreda Hitchcocka „Okno na podwórze”. Postać głównego bohatera, fotografa granego przez Jamesa Stewarta, Hitchcock częściowo stworzył dzięki swojej znajomości z Capą.

Robert Capa (Fot. Getty Images)

Być dość blisko

Opuściwszy Los Angeles, Capa pojechał do Nowego Jorku. Tam spotkał przyjaciół z wczesnej młodości – Henriego Cartier-Bressona i Davida Seymoura. Z inicjatywy Capy grupa fotografów wraz z George’em Rodgerem i Williamem Vandivertem założyła istniejącą do dziś, kultową agencję Magnum. Miała jej przyświecać idea poszerzenia zakresu praw autorów do ich zdjęć i przeciwdziałania wyzyskowi przez korporacje takie jak „Life”. Założyciele chcieli, by fotografowie mieli prawo do wpływania na kontekst, w jakim ich prace są publikowane, np. na to, jak będą podpisywane oraz aby ich publikacji zachowywali prawa autorskie. Od 1951 roku aż do śmierci Robert Capa pełnił funkcję przewodniczącego agencji.

Choć mówi się, że reporter wojenny to przedstawiciel jedynego zawodu, który marzy o bezrobociu, Capa nie mógł żyć bez emocji, jakie dawało mu przebywanie na pierwszej linii frontu. Szukał ich, grając w ruletkę i inne gry hazardowe oraz zatracając się w romansach z chętnie wpadającymi w jego ramiona kobietami. Nigdy jednak nie przepuszczał okazji, żeby być tam, gdzie właśnie działa się historia. W 1948 roku dokumentował powstawanie państwa Izrael, następnie wraz z korespondentem Theodorem White'em wyruszył na wyprawę po Polsce, gdzie sfotografował niemal zrównaną z ziemią Warszawę i obóz w Auschwitz. We Francji zrobił serię zdjęć Pabla Picassa i jego ówczesnej partnerki, Francoise Gillot. Następnie wyjechał do Japonii, gdzie miał stworzyć serię fotografii dzieci. Ale kiedy w Indochinach wybuchła wojna, a „Life” zlecił mu wyjazd tam, Capa nie zastanawiał się długo.

9 maja 1954 roku dotarł do Hanoi. Był jednym z pierwszych fotografów dokumentujących konflikt w Indochinach i zarazem pierwszym reporterem, który przypłacił go życiem. 25 maja Capa towarzyszył francuskiemu wojsku poruszającemu się po trudnym terenie delty Czerwonej Rzeki. Pomimo że żołnierze ostrzegali go, że praktycznie każdy metr sześcienny ziemi poza trasą jest zaminowany, obowiązuje więc bezwzględny zakaz oddalania się od kolumny, on był głuchy na ich przestrogi. Wierny swojemu motto: „Jeśli twoje zdjęcie nie jest zbyt dobre, to znaczy, że nie byłeś wystarczająco blisko”, chciał przejść kilka metrów dalej. Zginął wskutek wybuchu miny lądowej, z aparatem Contax w ręce. Jego ostatnie zdjęcie przedstawia maszerujących żołnierzy.

Rząd USA urządził Robertowi Capie wojskowy pogrzeb ze wszystkimi honorami. Zaproponowano również, by pochować go w Arlington na cmentarzu dla zasłużonych żołnierzy. Jednak Julia, matka fotografa, sprzeciwiła się. Miała powiedzieć, że jej syn nie był żołnierzem, a człowiekiem pokoju.
 

 

Natalia Jeziorek
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę