Znaleziono 0 artykułów
04.08.2018

Piękno i brud

Aurora (Fot. Mauricio Santana, Getty Images)

Aktywistka, feministka, perfekcjonistka. 22-letnia Aurora Aksnes zaczęła tworzyć muzykę w wieku sześciu lat. Dekadę później znała ją już cała Norwegia, teraz mówi o niej cały świat. W sobotę artystka wystąpi na OFF Festivalu w Katowicach. „Mój pierwszy koncert w Polsce to był kosmos!” – wspomina, licząc na równie emocjonujące przeżycie. 

Żyjesz na najwyższych obrotach. W 2016 roku dałaś ponad 200 koncertów, w ubiegłym niewiele mniej. To już chyba pracoholizm.

Rzeczywiście, 2016 rok był najbardziej intensywny. Odczułam go na sobie mocno, ale byłam w takim pędzie, że nie potrafiłam się zatrzymać. Jednak przy moim nastawieniu do tego, co robię, pracoholizm mi raczej nie grozi.

Skąd ta pewność?

Najważniejsze jest dla mnie to, żeby show był jak najlepszy. Jeśli nie jestem wystarczająco dobrze przygotowana, więc daję na scenie ciała, nie mam satysfakcji z koncertu. Chcę, żeby każda osoba, która inwestuje w bilet, dostała to, czego oczekuje, czyli najwyższej jakości performance. Nawet jeśli moja muzyka nie trafi w jej rejestr emocjonalny, to przynajmniej nie rozczaruje jakością wykonania, ani pieczołowitością przygotowania. To ważne, skoro mi spotkania ze słuchaczami tak dużo dają.

Co ci dają?

Jestem bardzo emocjonalną osobą. Gdy widzę, jak ludzie tańczą do moich piosenek, płaczę. Bardzo przeżywam łzy, które pojawiają się na ich twarzach, gdy śpiewają ze mną. Jest w tym wszystkim jakaś niesamowita szczerość. To doświadczenie niemal z pogranicza mistyki.

Jesteś w stanie tuż po koncercie po prostu iść spać?

Na początku nie było takiej możliwości. Długo uczyłam się radzić sobie z tym, co dają mi moi fani. Po koncercie zamawiałam w hotelowym barze zimne piwo, którym dosłownie studziłam rozgrzane ciało i celebrowałam udany występ. Z czasem odkryłam, że najważniejszy jest sen. Tylko wyspana jestem szczęśliwa. Teraz wiem, że muszę zadbać także o właściwe przepracowanie własnych emocji, a nie tylko publiczności, dlatego coraz częściej zamykam się sama w studiu, gdzie czuję się wolna, bo odpowiadam za wszystko sama przed sobą.  Dzięki temu znajduję balans pomiędzy życiem scenicznym i prywatnym. Tam stawiam sobie małe cele, co nie zdarza się przy koncertach.

Aurora (Fot. Gonzales Photo/Jarle H. Moe, Getty Images)

Jakie to cele?

Na przykład, żeby nie być głodną. Pilnuję się, żeby wyjść ze studia na tyle wcześnie, żebym mogła sobie ugotować obiad. I to nie byle jaki.

Zaraz, zaraz, jesteś międzynarodową gwiazdą i sama sobie gotujesz?

Oczywiście. Nie zamierzam podporządkowywać życia karierze. Nigdy o sławie nie marzyłam. Chciałam tylko być wokalistką. Przeżyłam szok, bo nie wiedziałam, że można otrzymać tak wiele. Musiałam się w tej nowej sytuacji umościć, co było trudne, bo jestem perfekcjonistką. Uważam, że artysta jest odpowiedzialny za jakość swojej sztuki i za to, co daje drugiemu człowiekowi.

Na ile wpłynął na to fakt, że urodziłaś się w Norwegii? Podobno Norwegowie nie są tak mocno nastawieni na sukces.

To prawda, choć w norweskiej szkole jest ogromne ciśnienie, żeby kształcić się na lekarzy, naukowców, astronomów. Stawiać przed sobą wielkie cele, mieć duże ambicje. Z drugiej strony, od najmłodszych lat uczy się nas, że nie można się przez to czuć lepszym od innych. W Norwegii ludzie nie płaczą, bo ktoś ma lepiej od nich, a ci, którym się powiodło, nigdy się nie wywyższają. Lubię to w naszym narodzie.

Ty jednak mówisz, że stawiasz sobie małe cale. Masz skromne ambicje?

Nie, ambicje mam wielkie! Chcę zmieniać świat, ludzi, sprawiać, że będą piękniejsi, że lepiej się ze sobą poczują, że dostrzegą, jak skomplikowana jest rzeczywistość. Ile w niej piękna i brudu. Nie wyobrażam sobie, żeby to, co robię, miało służyć jedynie rozrywce, choć też nigdy od niej nie uciekałam. Artysta ma i bawić, i wzruszać, i zmieniać świat, bo sztuka ma taką moc oddziaływania.

Przekonałaś się o tym?

Mój pierwszy album „Running with the Wolves” z 2015 roku był dla mnie sposobem na przepracowanie własnych doświadczeń, poskromienie moich demonów. To o nich śpiewałam, z nimi się mierzyłam. Byłam wtedy ukierunkowana na siebie. Nagle okazało się, że to, z czym sama się zmagam, rozumieją także inni. Wyciągnęłam z tego lekcję i na kolejnej płycie wyśpiewałam nie tylko swoje historie.

Aurora (Fot. Amanda Edwards/WireImage, Getty Images)

Czym się inspirowałaś?

Tym, co bliskie, i tym, co dalekie. Fascynuje mnie, jak różnie reagujemy na sytuacje, chociaż jesteśmy wyposażeni w te same emocje. Dużo uwagi poświęcam zwłaszcza łzom, bo sama często płaczę. To dla mnie oczyszczające, ale jeśli w porę melancholii nie ukrócę, przytłacza mnie, wpędza w podły nastrój, zamyka na innych. Na płycie „All My Demons Greeting Me as a Friend” z 2016 roku postawiłam na kawałki, w które włożyłam tyle emocji, żeby dać słuchaczom siłę na otarcie łez albo przeciwnie, żeby je w nich wyzwolić. Album, nad którym teraz pracuję, ma zaś mobilizować do działania.

Chcesz, by słuchacze robili to, co im każesz?

Nie, zależy mi, żeby poznali mój punkt widzenia. Nie da się zrozumieć w pięć minut tego, co pokazują nam media, więc trudno muzyką tłumaczyć zawiłości świata, ale te pięć minut wystarczy, żeby wyzwolić nowe emocje. Chcę więc powiedzieć słuchaczom, za co kocham ludzi, a za co ich nienawidzę.

Za co?

Aurora (Fot. PYMCA, Getty Images)

Dobija mnie, że nie troszczymy się o nic poza samymi sobą. Krzywdzimy zwierzęta i wrzucamy śmieci do oceanu. Naprawdę łatwo mnie zdenerwować ignorancją. Gdy o tym mówię, a rozmówca mi przerywa albo zmienia temat, potrafię się wkurzyć. To są sprawy, które muszą nas obchodzić! Jesteśmy nierozerwalnie zespoleni z naturą. Ból drzew jest moim bólem, cierpienie zwierząt jest moim cierpieniem. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że łatwo mi być aktywistką. Uprzywilejowanej, młodej kobiecie z Norwegii. Gdy sam potrzebujesz pomocy, myślenie o planecie schodzi na dalszy plan. Dlatego musimy się troszczyć także o innych. Mam problem z ekologami i bojownikami o dobro planety, którzy w swojej walce tracą innych z pola widzenia. Takie działanie nie może brać się z miłości do natury, bo natura to rośliny, zwierzęta i ludzie żyjący w symbiozie. Nie da się wykluczyć jednego elementu na rzecz drugiego.

Co jest przeciwwagą?  Za co kochasz świat?

Za to, że zakochujemy się, pomimo ryzyka bólu i cierpienia, że całujemy się, ża płaczemy i się śmiejemy. Matka natura wykazała się geniuszem, czyniąc nas tak skomplikowanymi, a jednocześnie tak prostymi. To najdoskonalsze połączenie, jakie umiem sobie wyobrazić. Staram się odzwierciedlać je w mojej muzyce. Gdy czytam tekst recenzji, której autor mówi, że na mojej płycie znalazł takie połączenie, czuję ogromną satysfakcję. Najbardziej cieszą mnie emocje wywoływane u innych. Wtedy wiem, że dokładne studiowanie siebie i baczne przyglądanie się innym miało sens.

Aurora (Fot. Mauricio Santana, Getty Images)

Ludzie reagują na twoje kawałki tak samo w różnych miejscach?

Emocje są podobne, ale sposób ich okazywania różny. Gdybyś zapytał mnie o koncert, który mną kompletnie wstrząsnął, to wymieniłabym moją pierwszą wizytę w Polsce w 2015 roku w Krakowie. Ludzie pod sceną odpalali zapalniczki, żeby kołysać się z nimi do wolnych piosenek. Przeżyłam szok. Czułam, jakby otworzył się przede mną kosmos. Do tej pory byłam przyzwyczajona do grania przed Norwegami, którzy potrzebują więcej czasu, żeby się otworzyć. Dopiero w połowie koncertów włączają się w aktywny udział. Nie wiedziałam, że z Polakami jest inaczej. Właściwie od pierwszego utworu dzielą się emocjami z artystą. Dlatego kocham koncerty w miejscach, gdzie jeszcze nie byłam. Zawsze uczę się czegoś nowego.

Są miejsca, w których nie wystąpiłabyś?

Dlaczego miałabym odmawiać komuś dostępu do mojej muzyki?

Choćby przez wzgląd na to, jak w danym kraju traktuje się kobiety.

Nie jestem artystką, która będzie jeździć tylko na Zachód, do USA i do Wielkiej Brytanii, i krzyczeć tam ze scen, jak to wspiera kobiety w krajach, w których nie postawiła nogi. Właśnie dlatego, że gdzieś traktuje się kobiety źle, powinnam tam jechać i dodać otuchy moją muzyką. Po to powstała. Nie oceniam mieszkańców kraju po tym, jakie mają prawo, ani kto nimi rządzi. To ich nie reprezentuje. Dopiero po bezpośrednim kontakcie z ludźmi mogę ich kraj zrozumieć. Rzadko spotykam się z sytuacją, żeby ludzie naprawdę chcieli, żeby kobiety były traktowane gorzej niż mężczyźni.

To temat, który podejmujesz na wyjazdach?

Bardzo często. Uważam, że moje pokolenie jest odpowiedzialne za to, żeby ostatecznie rozprawić się z nierównościami. Połowa populacji Ziemi to kobiety. I naprawdę ta połowa ma mieć inne prawa i przywileje? Zawsze współtworzę moje teledyski. W każdym z nich pojawia się historia innej kobiety. Żadna nie jest księżniczką, każda jest niezależnym i niepodporządkowanym innym bytem. To jestem ja. I każda z kobiet, które znam.

Artur Zaborski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę