Znaleziono 0 artykułów
19.09.2020

Piotr Trojan: Komenda przeszedł przez piekło

(Fot. Macin Kempski)

Tomek jest teraz zakochany, za trzy miesiące będzie ojcem. Chciałbym, żeby wreszcie odzyskał spokój. Będę bardzo szczęśliwy, jeśli ten film mu w tym pomoże – mówi Piotr Trojan, który wcielił się w główną rolę w filmie „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”. Aktor już wykorzystał swoją szansę – rzucił się w wir pracy, pisze też własny scenariusz.

Jak w kilku słowach opisałbyś Tomasza Komendę?

Silny, wrażliwy, pozbawiony agresji facet. Ma też świetne poczucie humoru.

Wyobrażałeś go sobie tak samo, gdy pierwszy raz przeczytałeś scenariusz?

Moje wyobrażenia na temat Tomka ewoluowały. Zanim poszedłem na casting, przeczytałem książkę Grzegorza Głuszaka „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”. Przeczytałem też chyba wszystkie dostępne materiały o sprawie. Reżyser Jan Holoubek oparł scenariusz filmu na wielu źródłach, ale od początku zakładał, że nie będzie robił dokumentu, tylko film fabularny, który rządzi się swoimi prawami. Przyświecała mu idea filmu jak najbliższego prawdy. Chociaż mówił mi, że nie muszę grać Tomka jeden do jednego, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że ta postać mnie przeniknęła.

Spotkałeś się z nim, zanim wszedłeś na plan?

Tak, oczywiście. Spotkaliśmy się dzień po jego urodzinach we wrocławskiej kawalerce, w której mieszkała kiedyś cała rodzina z mamą i braćmi. To było dla mnie bardzo ważne spotkanie. Stresowałem się, Tomek chyba też. Miałem w głowie wyobrażenie na jego temat. Myślałem, że zobaczę wrak człowieka. Tymczasem poznałem faceta rozpoczynającego nowe życie, otwierającego się na świat, uczącego się go, śmiejącego się. Pani Teresa, mama Tomka, żartowała, że jestem jej drugim synkiem. Wszyscy złapaliśmy dobry kontakt, w czym na pewno pomogło to, że cała rodzina jest ze sobą bardzo zżyta.

Co Tomasz Komenda powiedział o scenariuszu?

Że oddaje w stu procentach jego doświadczenie. Chciał, żeby ludzie zobaczyli piekło, przez które przeszedł.

Co pozwoliło ci wczuć się w jego sytuację?

Łączy nas to, że obaj jesteśmy bardzo rodzinni. Gdy zobaczyłem rodzeństwo Tomka, od razu przypomniałem sobie o moich braciach, którzy oddaliby za mnie życie i vice versa. Łączą nas też bliskie relacje z naszymi matkami. Moi bracia byli na premierze. To wielkie draby. Jeden drugiemu podawał chusteczki. Mówili, że nie widzieli mnie na ekranie – zobaczyli w filmie kogoś zupełnie innego. Film ich totalnie rozłożył, byli wstrząśnięci i wzruszeni.

A jak ty zareagowałeś na film?

Gdy szedłem na pierwszy pokaz, myślałem, że mam już tę historię za sobą. Tymczasem film tak na mnie zadziałał, że gdy otworzyłem usta, aby powiedzieć coś Jankowi [Holoubkowi – reżyserowi filmu – przyp. Ł.K.], czułem, jak łamie mi się głos. Nie musiałem nic mówić, bo od razu zobaczył, co ten film ze mną zrobił. Gdy go oglądałem, nie widziałem siebie, tylko historię chłopaka, który stracił młodość i za wszelką cenę walczy o sprawiedliwość. Powiedzieć, że przeżyłem ten film, to nic nie powiedzieć. On mnie rozwalił na łopatki, rozmontował mnie. Po pokazie zadzwoniłem do Agaty Kuleszy, która gra mamę Tomasza. Przegadaliśmy całą moją drogę do domu. Gdy z kolei ona obejrzała go kilka tygodni później, zadzwoniła do mnie. Była poruszona tak samo, jak ja.

O czym ten film jest dla ciebie?

O nadziei. O tym, że zawsze jest ktoś, kto ci pomoże w najbardziej beznadziejnej sytuacji. To historia bez happy endu. Jestem zły, że Tomkowi wciąż nie wypłacono odszkodowania, że wciąż musi chodzić po sądach i wracać pamięcią do tego wszystkiego, co przydarzyło mu się w więzieniu. Jest teraz zakochany, za trzy miesiące będzie ojcem. Chciałbym, żeby wreszcie odzyskał spokój i mógł zająć się swoim nowym życiem. Będę bardzo szczęśliwy, jeśli ten film mu w tym pomoże.

Myślisz, że ten film pomoże także tobie? Długo czekałeś na taką rolę.

Mój opiekun roku w szkole teatralnej Bronisław Wrocławski mówił mi, że w zawodzie aktora jest się raz na wozie, raz pod wozem. Nie rozumiałem wtedy tych słów. Wydawało mi się, że aktorzy muszą wieść bardzo przyjemne i wygodne życie. Jako młody chłopak chodziłem pod Teatr Nowy w Zabrzu oglądać aktorów. Widziałem, jak po spektaklach wyjeżdżali z teatru swoimi wypasionymi furami. Nie znałem się wtedy na samochodach, po latach zrozumiałem, że to były rozpadające się mercedesy.

(Fot. materiały prasowe) 

Nigdy jako aktor nie czułeś się stabilnie finansowo?

Bardzo długo nie. Przez pewien czas byłem aktorem etatowym w Teatrze Nowym w Łodzi. Gdy zostałem tam zatrudniony, myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. Na początku bardzo mi się podobało, ale gdy zmieniło się kierownictwo, dostawałem gorączki, gdy tam przychodziłem. Zrozumiałem, że nie jestem aktorem, który może pracować z każdym. Nie potrafię pracować z reżyserami, którzy traktują mnie jak pionka. Mogę robić w życiu inne rzeczy. Kiedyś robiłem kanapki w Anglii, malowałem sufity w Biedronkach, pisałem scenariusze, uczyłem w szkole, jestem przed swoim debiutem reżyserskim. Szkoda mi zmarnowanego potencjału Teatru Nowego. Wciąż pracuje tam kilku świetnych aktorów. Tęsknię czasami za teatrem, bo dawał mi przez pewien czas spełnienie i twórczą wymianę myśli.

Nie czujesz tego twórczego fermentu na planach filmowych?

Niestety nie, plany filmowe są szybkie, zdjęcia trwają krótko, wszyscy się gdzieś spieszą. Chętnie wrócę kiedyś do teatru i wezmę udział w projekcie, który mi się spodoba. Ale czuję, że w najbliższym czasie nie znajdę na to czasu.

Skąd w ogóle wziął ci się pomysł, żeby grać?

Nie wiem skąd, ale od kiedy pamiętam, uwielbiałem grać. Jako dziecko organizowałem domowe teatrzyki, robiłem bilety z papieru toaletowego. Przebierałem braci, wszyscy musieli brać udział w moim przedstawieniu. Byłem korpulentnym, sepleniącym po śląsku chłopaczkiem, który wymarzył sobie, że będzie aktorem. Na szczęście na swojej drodze zawsze spotykałem osoby, które dodawały mi wiary, że mogę spełnić to marzenie. Konsekwentnie przygotowywałem się do egzaminu do PWSFTviT w Łodzi, brałem udział w konkursach, warsztatach, czytałem wywiady z aktorami, związałem się też ze wspaniałym tarnowskim teatrem „Za lustrem”. Do dzisiaj pamiętam krzyk radości mojej rodziny, gdy przez telefon powiedziałem im, że się wreszcie dostałem do szkoły.

Jak potoczyła się twoja kariera po studiach aktorskich?

Po skończeniu studiów w 2010 r. dostałem propozycję pracy w Teatrze Dramatycznym. Wcześniej wygrałem Festiwal Szkół Teatralnych, wierzyłem, że świat stanie przede mną otworem. Zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością nastąpiło, gdy dostałem wypłatę. Za główną rolę w spektaklu otrzymałem 2 tys. zł. Do tej pensji otrzymałem miejsce do spania – kawałek podłogi z materacem w Loży Stalina w Pałacu Kultury i Nauki. Rano budziły mnie wycieczki szkolne. Żywiłem się wtedy głównie w Pizzy Hut „Jesz, ile chcesz”.

Mimo tych trudności postanowiłeś zostać w Warszawie?

Tak, krok po kroku, wydeptywałem swoją ścieżkę. Razem z Justyną Wasilewską robiłem projekty w ramach stypendium „Młoda Polska”, nagrywałem słuchowiska do radia, zrobiłem przewodnik dla niewidomych po Warszawie. Był taki moment, że chciałem wyprowadzić się z kraju, ale zadzwonił do mnie Zdzisław Jaskuła z Teatru Nowego z propozycją pracy w Teatrze Nowym. Przepracowałem tam trzy lata, grałem w świetnych spektaklach, bardzo dobrze wspominam ten czas.

Myślisz, że rola Tomasza Komendy będzie przełomem w twojej karierze?

Zacząłem dostawać dużo nowych propozycji. Biorę już udział w kilku nowych projektach. Kilka dni temu skończyłem zdjęcia do komedii, kręcę też bardzo ciekawy serial, a w październiku pojawię się na planie nowej fabuły. Jeśli będę dostawał kolejne dobre role z reżyserami, którzy traktują aktorów po partnersku, z przyjemnością będę się zgadzał na kolejne występy. Ale nie mam już ciśnienia, żeby pracować tylko jako aktor. Lubię grać, ale bardzo lubię też pisać. Kończę teraz pracować nad pierwszym filmem krótkometrażowym, później chciałbym napisać pełny metraż.

Wiem, że miałeś kryzysowy moment, kiedy chciałeś wyjechać z kraju. To już nieaktualne?

W żadnym razie, chciałbym pracować w Polsce, ale jestem też otwarty na zagraniczne projekty. Szlifuję angielski. Widzę, jak rodzimi aktorzy, na przykład Tomek Kot, świetnie radzą sobie za granicą. Nie chciałbym zamykać przed sobą żadnej drogi. Chodziłem już na pierwsze angielskie castingi. Chciałem wyjechać po premierze „25 lat niewinności” na dłuższy kurs angielskiego do Londynu. Pandemia pokrzyżowała mi plany, ale wierzę, że niebawem do nich wrócę.

Łukasz Knap
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę