Znaleziono 0 artykułów
12.06.2018

Polsko-włoski projekt na Pitti Uomo

Wystawa "WorkW(he)re" (fot. materiały prasowe)

Florenccy rzemieślnicy zostali bohaterami projektu „Work Where”, mającego na celu przybliżenie współczesnemu odbiorcy ich unikatowej kultury i ocalenie jej od zapomnienia. Wystawa Marcina Gierata oraz Alessandro Possatiego odbywa się podczas targów mody męskiej Pitti Immagine Uomo.

Brązownicy, szewcy, kapelusznicy, ramiarze – kiedyś obecni w każdym mieście, dziś znikający powoli z miejskiego krajobrazu. Dawne, rzemieślnicze profesje odchodzą w zapomnienie, a dzielnice, które niegdyś mieściły ich pracownie, zaludniają się modnymi barami. Ale choć nawet we Włoszech – kojarzących się z wysoką jakością robionych na zamówienie butów czy ubrań – tradycja rękodzieła powoli wymiera, jest miejsce, które stara się oprzeć nieuchronnemu biegowi rzeczy. We florenckiej dzielnicy Oltrarno wciąż można znaleźć warsztaty rzemieślników, nieśmiało wciśnięte pomiędzy wyrastające każdego dnia nowoczesne butki i restauracje. To właśnie ci ostatni przedstawiciele szlachetnych, dziś często niedocenianych profesji stali się bohaterami projektu Marcina Gierata i Alessandro Possatiego. „Work Where”, wystawa ich prac, odbywa się podczas prestiżowych targów mody męskiej Pitti Immagine Uomo.

Wystawa "WorkW(he)re" (Fot. materiały prasowe)

Florencja to dla wielu przede wszystkim kolebka renesansu, miejsce pełne muzeów, kościołów i przeróżnej maści zabytków. Niewielu jednak wie, że obok artystów, takich jak Filippo Brunelleschi, miasto swój obecny kształt zawdzięcza rzemieślnikom. To oni współtworzyli słynną kopułę Duomo – bazyliki Santa Maria del Fiore, rzeźbili kościelne ławki, wykonywali żyrandole w szlacheckich pałacach i posiadłościach. W stworzonych przez nich ubraniach i nakryciach głowy do obrazów pozowali florenccy dostojnicy, z ich rąk wychodziły kunsztowne ramy, w które oprawione są wiszące dziś w muzeach dzieła sztuki. Wreszcie, to właśnie rzemieślnikom, a konkretnie złotnikom, swój obecny charakter zawdzięcza Ponte Vecchio, najsłynniejszy most miasta, wcześniej goszczący rzeźnicze jatki. Ponieważ Florencja w czasach renesansu była miastem pełnym przyjezdnych kupców i dyplomatów, mieszały się w niej przeróżne kultury i wpływy. Dzięki nim i wywołanemu w ten sposób fermentowi, kultura rzemieślnicza mogła tu w pełni rozkwitnąć.

Wystawa "WorkW(he)re" (fot. materiały prasowe)
Reklama

Większość warsztatów mieściła się jednak w południowej dzielnicy Florencji, Oltrarno. Jej nazwa wzięła się od włoskiego „oltre”, czyli poza. A wszystko dlatego, że dzielnica usytuowana była po przeciwnej stronie rzeki Arno, niż główne florenckie zabytki i tak pozostało do dziś. Działający tu ramiarze, szewcy, kapelusznicy i brązownicy – często potomkowie rzemieślniczych rodów, gdzie wiedza była przekazywana z ojca na syna – są bohaterami projektu „Work Where”, mającego na celu przybliżenie współczesnemu odbiorcy unikatowej na światową skalę rzemieślniczej kultury i ocalenie jej od zapomnienia. Choć każdy z nich tworzy co innego, wszystkich łączy dzielnica, gdzie mieszczą się ich warsztaty. Większość przyznaje, że to, gdzie tworzą ma ogromny wpływ na ich pracę.

Wystawa "WorkW(he)re" (Fot. materiały prasowe)

To bardzo ważne czuć wewnątrz ciepło dzielnicy, które sprawia, że pracując, nabierasz przekonania, że robisz coś dobrego – dla siebie, ale jestem pewien, że również dla innych – mówi Dimitri Villoresi, jeden z bohaterów projektu, kaletnik, tworzący unikatowe torebki. I ma rację, bo w przypadku Florencji trudno mówić o czymkolwiek, co tu powstaje z pominięciem czynnika tzw. genius loci. To właśnie miłość do tego miasta przywiodła do niego autora pokazywanych podczas wystawy zdjęć – Marcina Gierata. Chociaż urodził się i na stałe mieszka w Krakowie, fotograf przyznaje, że jest od stolicy Toskanii uzależniony i od czasu studiów na tamtejszej uczelni wciąż do miasta wraca.

„Work Where”, projekt będący hołdem dla florenckich rzemieślników, nie byłby możliwy bez nawiązanych podczas pobytu w mieście przyjaźni. Takich jak ta z Danilo Cerim, właścicielem butiku z modą z dawnych lat Ceri Vintage i galerii, która gości wystawę. Ceri wybrał rzemieślników, którzy wzięli udział w projekcie i przedstawił ich Gieratowi. Ale fotograf nie miał przed sobą łatwego zadania, bo wniknięcie do ich zamkniętego świata jest skomplikowane. – Nie będąc rodowitym florentczykiem, musiałem podjąć pewne ryzyko. Nie wiedziałem, czy tutejsza, dość hermetyczna społeczność rzemieślników mnie zaakceptuje, czy odrzuci. Miałem szczęście, bo przyjęli mnie z otwartymi ramionami – mówi.

Wystawa "WorkW(he)re" (Fot. materiały prasowe)

Bez wątpienia na to, że Marcin dostąpił zaszczytu przyjęcia do rzemieślniczej braci wpłynął fakt, iż technika, w której stworzył prezentowane portrety, sama plasuje się na granicy rzemiosła i sztuki. Mokry kolodion, a konkretnie jego odmiana, ambrotypia, wymaga nie tylko specyficznych umiejętności, ale też dużej cierpliwości, zwinności i precyzji. Uczulona w roztworze azotanu srebra płyta musi być wciąż mokra, kiedy wkłada się ją do aparatu i robi zdjęcie, inaczej straci czułość i z całej operacji nic nie wyjdzie. Na cały proces fotograf ma zaledwie około dziesięciu minut, wszystko więc musi odbywać się szybko, ale jednocześnie precyzyjnie, bo wykorzystywana w nim chemia jest bardzo wrażliwa na czynniki zewnętrzne, takie jak pył czy wilgoć. Jednak chociaż ambrotypia jest techniką skomplikowaną, Gierat wybrał ją do projektu „Work Where” świadomie.

Wystawa WorkW(he)re (Fot. materiały prasowe)

– To właśnie dzięki ambrotypii i jej specyfice, która sprawia, że każde zdjęcie, tak jak rzemieślnicze wyroby jest unikatowe, stałem się bliższy bohaterom moich prac, pomimo że znajdowaliśmy się po dwóch stronach obiektywu – mówi fotograf. Zdjęcia wykonane w technice mokrego kolodionu, oprócz swojej unikatowości mają też tę cechę, że nie ukrywają, a wręcz podkreślają pewne niedoskonałości portretowanej osoby. Choć zdarza się, że niektórym bohaterom to przeszkadza, dzięki temu są bardziej autentyczne, a stosunkowo długi czas – kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt sekund, który portretowany musi nieruchomo spędzić przed obiektywem sprawia, że w pewnym sensie zdają się pokazywać więcej, wnikać głębiej. – Staram się nie tylko patrzeć na ludzi przez obiektyw, ale ich zobaczyć – mówi Gierat.

Portretom wykonanym w liczącej prawie 200 lat technice towarzyszą tworzące z nimi dyptyki zdjęcia cyfrowe. Również w tych pokazujących warsztaty i pracownie rzemieślników pracach jest coś wyjątkowego. Choć zrobione nowoczesnym aparatem, zostały wykonane przez tylną część zabytkowego aparatu, którego Gierat używa przy tworzeniu ambrotypii. Widoczny na nich celownik sprawia, że stają się swojego rodzaju przejściem, łącznikiem pomiędzy tym, co stare, a światem współczesnym. – Pomimo, że wykonuję zdjęcia w dawnej technice, nie tkwię w przeszłości. Wręcz przeciwnie, staram się badać relację pomiędzy nią a dzisiejszymi czasami – mówi Marcin. 

Wystawa "WorkW(he)re" (fot. materiały prasowe)

Trzecią, kolejną częścią wystawy są wywiady wideo, które przeprowadził Alessandro Possati, będący zarazem kuratorem i pomysłodawcą projektu. Również on nie jest z pochodzenia florentczykiem, ale Possati uważa, że w pewnym sensie mu to pomogło. – Jako obcy mogłem spojrzeć na rzemieślników i ich prace chłodnym okiem, a jednocześnie zachwycić się i docenić to, co mieszkańcy miasta często mijają niezauważone – mówi Alessandro. Historie sprzed lat, nakręcone cyfrową kamerą, mogą pojawić się w sieci i w mediach społecznościowych, dzięki czemu nabierają nowego wymiaru. Ale choć symbolizują teraźniejszość i przyszłość komunikacji, są jednocześnie skarbnicą anegdot z dawnych Włoch.

Takich jak historia Lamberto Banchiego, brązownika. Lamberto nie pochodzi z rzemieślniczej rodziny, ale w powojennych czasach wolał pracować niż się uczyć. Banchi jako zaledwie trzynastoletni chłopiec trafił więc do warsztatu, aby pod okiem majstra szkolić się w fachu. Po śmierci pierwotnego właściciela, pod okiem którego się szkolił, przejął zakład i wraz ze swoim synem prowadzi go do dziś. Tworzy z brązu wycyzelowane ramy luster, świeczniki, klamki, kołatki do drzwi. Choć położoną przy dość ruchliwej ulicy pracownię łatwo minąć, jest we Florencji tak znana, że może się poszczycić najznamienitszymi klientami, wśród których znalazły się nawet koronowane głowy. Przedstawicielkę królewskiej rodziny Lamberto poznał jeszcze w młodzieńczych latach: – Pewnego dnia przyszła do warsztatu pewna pani, wydawało mi się, w wielkim pośpiechu. Złożyła zamówienie, zapłaciła i wyszła. Mój szef zapytał wtedy bardzo poruszony – wiesz, kto to był?! Nie wiedziałem, więc odpowiedział: Królowa Danii!

Choć kiedyś pracę florenckich rzemieślników doceniano również w wyższych sferach za granicą, dziś postępująca gentryfikacja sprawia, że dzielnica, która niegdyś była ich królestwem, powoli traci swój charakter. Warsztaty znikają z mapy miasta, a nazwy zawodów ich właścicieli z czasem przestają być obecne w języku. – Oltrarno to ostatni bastion rzemieślniczej kultury, która powoli odchodzi w zapomnienie. Nawet sami właściciele warsztatów mają tego świadomość. Dlatego chcemy rzucić światło na ostatnich, którzy wciąż wierzą w to, co własnymi rękami tworzą – tłumaczy Alessandro Possati.  

 

„Work Where”

Galleria Ceri

Via dei Serragli 24 R

11-15 czerwca 2018

Natalia Jeziorek, Florencja
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę