Znaleziono 0 artykułów
13.03.2021

Demontaż atrakcji. „Sound of Metal”

Fot. materiały prasowe

Riz Ahmed to nowy Ryan Gosling – kochanek piękny, smutny, idealny. Jego wielkie lśniące ciemne oczy stają się przepaścią, w którą chce się skoczyć. Paradoksalnie dopiero, gdy jego bohater traci słuch, staje się w pełni człowiekiem. „Sound of Metal” Dariusa Mardera to film, który pozwala uwierzyć, że mimo różnic, można się porozumieć.

Kiedyś cisza była nie do zniesienia. Chodziłam do rytmu w słuchawkach, szukałam melodii życia. Pracowałam w kawiarniach, gwar mnie uspokajał. Potem to hałas był nie do zniesienia. Budził mnie sygnał karetki, śmieciarka, autobus – każdy o swojej porze podlewał niepokój. Na wszelkie sposoby usiłowałam się odseparować. Zatyczka woskowa wpadła mi do ucha – uczucie, jakby mieć odcięte pół głowy. Być w środku siebie, ogłuszoną szumem krwi, przełykaniem, tętnem jest klaustrofobią, gdy echo odbija się od ścian własnej czaszki. Wydawało mi się, że ulgą byłoby znów słyszeć. Zapomniałam, jak rzadko sprawia to przyjemność. Szum morza, lasu, świergot ptaków zdarzają się od święta. Najgorsze, gdy dźwięk przychodzi znienacka, bez obrazu, który zapowiada zbliżające się zagrożenie. Wali obuchem, wywołując poty, całe ciało wprowadzając w drżenie. Bo uszy nie mają powiek. Nie da się odruchowo ich zacisnąć. Są tępe, gdy je nadstawiam, nadwrażliwe, gdy chciałabym je zamknąć.

Słyszę parskanie, pomruki osób głuchych, które migają, ciągle machając rękami, odgrywając treści twarzą. Ta groteskowa mimika, dyszenie, ten wysiłek włożony w porozumiewanie się sprawiają wrażenie biegu w miejscu, ekwilibrystyki zmęczenia, które nie może być swobodną rozmową. Trochę tak, jakby być za granicą i słyszeć potok słów w obcym języku. – Dlaczego oni bez przerwy mówią? – pytamy siebie nawzajem, zagubieni w potoku rozemocjonowanych gestów, dramatycznej pantomimy, rozkładzie napięć na twarzach, którego nie rozumiemy. Czujemy się bezsilni, jakby wrzuceni do wioski innego plemienia posługującego się odmiennym narzeczem. Czujemy lęk, że zaraz coś się stanie, a my zupełnie nie wiemy, o co chodzi. Czy jesteśmy zdani na życie osobno? – myślę. I wtedy moja córka zapisuje się na kurs do Polskiego Związku Głuchych.

 

Najpierw pokazuje mi alfabet, uczy, jak pokazać, gdzie mieszkam i jak się nazywam. Potem mamy wymyślić sobie imiona w języku migowym – od wyglądu, nazwiska lub pasji. Moim znakiem migowym jest klikanie, bo najczęściej przebieram palcami po klawiaturze. Uczymy się frazy: „czy pójdziesz do żabki po zakupy?”, rozróżniać znak „dziadek” od „babcia”, „chłopiec” od „dziewczyna”, „stary” od młody”. Dziwimy się, dlaczego język migowy nie jest uniwersalny, tylko każdy kraj ma swoją wersję. Przez moment mogę liznąć innego sposobu postrzegania i komunikacji. Świat jest czymś tak odmiennym, gdy opisuje się go, migając. Pewne sprawy tracą na znaczeniu, inne go nabierają, a humor tkwi zupełnie gdzie indziej. Moja córka (słysząca) odpoczywa na kursie migowego, mimo intensywności zajęć wraca odprężona. Po harmidrze szkolnych korytarzy, wspaniale jej posiedzieć w ciszy i przestawić wrażliwość na inne tory. Po obejrzeniu „Sound of Metal” ma jedną uwagę: że bohater zbyt szybko nauczył się migać. Jej zdaniem proces rozumienia i wyrażania własnych myśli w tej formie jest powolny, skazany na błędy i trwa długo. Nie pokazano w filmie nauki języka, w której ucznia czeka wiele wpadek, gdy pomyli się jeden znak z innym, zanim może wziąć udział we wspólnym dowcipkowaniu przy stole. I to w rozwrzeszczanym gronie, gdzie jeden miga przez drugiego. Poza tym wszystko prawda. Można znaleźć wspólnotę tam, gdzie się nie przypuszczało. Rozmawia się z ludźmi z bliskiej odległości. Patrząc na twarz i przestrzeń wokół niej, gdzie tworzy się ekspresja gestów. Osoby, które znają ten język, są jak członkowie mniejszości etnicznej, która tworzy własną, niezależną kulturę. Sama zawdzięczam przygodzie z migowym wiarę w bycie razem w grupie, w której każdy może dać coś innym i być przydatnym, nawet nic nie robiąc, po prostu istniejąc.

„Sound of Metal”. Film o tym, jak zacząć od nowa

Skąd się to wszystko bierze? Przecież droga do zrozumienia wcale nie jest podana na talerzu. „Sound of Metal” pokazuje wędrówkę bohatera od życia w hałasie, niepewności i głodzie do jego przeciwieństwa w ciszy, spokoju, sytości. Choć świat głuchych to żadne Eldorado, tylko wywieszenie sobie białej flagi, zakończenie wewnętrznych walk. Można więc czytać ten film jak moralizującą przypowieść, baśń, w której rycerz pokona smoka, którego ma w sobie, żeby zdobyć królewnę, którą sam jest. Wybiera też swoje królestwo: to, które uzna za własne. Wtedy staje się jego królem, takim samym, jak wszyscy inni mieszkańcy. Dziwna bajka? Na teraz w sam raz.

Znamy takie legendy. Zanim bohater dojdzie do punktu, gdy uzna – jak kot pławiący się w promieniu słońca na dywanie – że może zacząć być szczęśliwym właśnie tu i teraz, bo niczego mu nie brak, bo ma wszystko, czego potrzebuje, najpierw czeka go ścieżka pełna wybojów, trakt rozczarowań wydeptany niewiarą w siebie. Jak adept przechodzący inicjację na pustyni znosi głód, ból, samotność, zanim cokolwiek zrozumie. Pisząc historię duchowej próby, zaczynamy z pułapu, gdzie wszystko jest w najlepszym porządku. Bohater pozornie jest szczęśliwy, ma wszystko, ale tego nie docenia. Musi pozbyć się wszystkich swoich skarbów, by stracić złudzenia. Zostać z niczym i wtedy dopiero zacząć od nowa.

Pierwsza scena filmu Dariusa Mardera przedstawia koncert metalowego zespołu Blackgammon, w którym perkusista ostro wali po garach, a wokalistka rozdzierająco krzyczy „Let me get there”. To właśnie ten utwór powinniśmy chwilę usłyszeć w głowie Rubena, gdy chwilę później głuchnie i próbuje odzyskać słuch. Muzykę przesączoną rozpaczą i wściekłością, jakie przepełniają świat: w bliznach-nacięciach na nadgarstku Lou, w dyscyplinowaniu ciała mężczyzny, w lęku o przyszłość i łapczywym sięganiu po bliskość z lęku przed tym, że nie poradzę sobie sam/a.

Fot. materiały prasowe

Niezgoda na świat, głód i straszny niepokój doprowadzają do powstania mocnej muzyki duetu, ale nie pozwalają parze żyć w równowadze. Życie sprzed wypadku Rubena z pozoru przypomina idyllę: włóczęgę po bezdrożach starym, stylowym kamperem, gdzie zakochani mieszkają i grają koncerty w rockowych klubach. Nocą dają sobie popalić, rano on parzy kawę, robi smoothie, czule gładzi ją perkusyjnymi pałeczkami i ruszają na kolejny występ. Niby żyją długo i szczęśliwie, wszystko jest jak w bajce, ale nagła fala wyrzuca ich na brzeg niczym ryby bez tchu. Postawieni przed kryzysem nie wiedzą zupełnie, jak sobie poradzić. Każde z osobna musi się z tym uporać i dopiero w finale uświadomią sobie, jak różnie widzieli świat w epizodzie cygańskiego życia, choć przez moment wydawało się, że byli jednym i tym samym. Pytanie, czy będą dalej chcieli być razem, tak bardzo się różniąc, reżyser zostawia otwarte.

Czy wspólnota jest możliwa?

Riz Ahmed w roli Rubena przechodzi wewnętrzną przemianę, ale także kamera uczy się pokazywać go ze sceny na scenę inaczej. Początkowo zrobiony jest na nowego Ryana Goslinga – oto kochanek piękny, smutny, idealny, bez wysiłku spełniający marzenia dziewczyn. Smukłe, muskularne ciało pokrywają tatuaże, utlenione włosy sprawiają, że wielkie lśniące ciemne oczy stają się przepaścią, w którą chce się skoczyć. Gdyby w tej roli pojawił się na plakacie w „Bravo”, miałabym już go na ścianie.

Ciacho, na jakie w pierwszych scenach filmu jest upozowany, błyskawicznie ustępuje czującej istocie, przytłoczonej ładunkiem cierpienia, pod którym zapadają się coraz głębsze warstwy jego osoby. Jak bardzo jest wydrążony, widać w miarę kolejnych scen odsłaniających wewnętrzne zniszczenia. Od dziecka był pusty w środku, rósł ku cierpieniu, uśmierzanym narkotykami, alkoholem, hałasem. Wraca więc do poziomu dziecka, etapu, na którym mentalnie się zatrzymał i skąd znów musi zacząć dorastać, zbudować swoje życie od zera. Paradoksalnie utrata słuchu pozwala mu być w pełni człowiekiem. Wcześniej jest uwięziony w ciągłym ruchu, lękach, powinnościach, oczekiwaniach. Szamocze się w sobie, gdy terapeuta osób niesłyszących odbiera mu klucze, telefon, kontakt z otaczającym światem. Każe siedzieć mu w pokoju i nic nie robić, tylko pisać, gdy nie będzie mógł wytrzymać bezruchu. Zatrzymanie się brzmi jak najgorsza kara – po roku pandemii umiemy doskonale to sobie wyobrazić. Jednak nawet zgadzając się na taką karę, długo można się opierać, udawać, że się odpuszcza, w duchu knując trasę ucieczki i snując rozliczne teorie. Jak osadzony w więzieniu, który łyżeczką wywierca podkop.

Nie przekonuje mnie wątek wyjazdu bohatera do Francji. Odmieniona Olivia Cooke jako Francuzka i towarzyszący jej Matthew Amalric w roli ojca to postaci z jakiegoś innego filmu, który wypadł z maszyny losującej. Brak jeszcze tylko wieży Eiffla, fetysza amerykańskiej kultury. Widowiskowe obrazy zalane złotym słońcem pasują do filmów Dereka Cianfrance’a („Blue Valentine”, „The Place Beyond the Pines”, „Światło między oceanami”) właśnie z Ryanem Goslingiem, a nie do tego wyciszonego, skupionego studium człowieka zamkniętego we własnej głowie. Francja to niepotrzebny naddatek w filmie zbudowanym na niuansach, półcieniach, półsłówkach. Reżyser nie potrafi wytrzymać napięcia i zbudować obcości na dostępnym gruncie. Potrzebuje dalekiego kraju, jeszcze innego języka i innej kultury, żeby powiedzieć nam, jak to jest czuć lęk, nie rozumiejąc kontekstu.

Fot. materiały prasowe

A przecież samo środowisko niesłyszących, szczególna wioska, w jakiej funkcjonują, daje już poczucie wyodrębnienia. Paul Raci jako terapeuta Joe wspaniale gra rolę surowego mistrza, który kocha, ale nie pobłaża, daje szansę, ale wystawia na próbę. Starszy mężczyzna może stać się dla młodego figurą ojca, jeśli ten przyjmie jego zasady, nauczy się je respektować. Bunt widziany jest tu jako zdrada, w tym świecie nie ma miejsca na próbę sił, podważenie autorytetu. Żądanie całkowitego posłuszeństwa przez guru może być rezygnacją z własnej autonomii, oddaniem się w niewolę, polem dla nadużyć. Jednak Marder opowiada tę baśń w ten sposób, że uległość pojęta jest jako solidarność ze wspólnotą, koniec wiary w indywidualizm, który ma dać zaufanie, wzajemność, poczucie, że jesteśmy częścią czegoś większego.

Riz Ahmed. Nowy amant kina

Dzięki tej roli Riz Ahmed wyrasta na nowego amanta kina. Pakistańczyk z Londynu zabłysnął główną rolą w serialu HBO „The Night of” (2016), gdzie na skutek serii niefortunnych zdarzeń zostaje oskarżony o morderstwo dziewczyny, którą spotkał, kradnąc ojcu taksówkę. Dostał wtedy nagrodę Emmy jako pierwszy muzułmanin i Azjata w historii. Zarówno w serialu, jak i w „Sound of Metal” przemianę podkreśla akt ogolenia głowy na łyso. Mężczyzna staje się rekrutem w wojnie o samego siebie, przyparty do muru uczy się żyć na nowo.

Jak jest charyzmatyczny i utalentowany, pokazuje „Mogul Mowgli” (2020) debiut Bassama Tariqa, w którym Ahmed gra trochę samego siebie. Zaangażowany społecznie muzyk konfrontuje się tu z chorobą, która zmienia jego punkt widzenia. Oby ten aspekt postaci – bycia ofiarą, która nie zasłużyła na cierpienie – nie przylgnął do Ahmeda i nie stał się częścią jego emploi. „Sound of Metal” jest dla niego wybiciem się na niepodległość, bo zagrał główną rolę bez względu na etniczne pochodzenie. Ruben to już nie gość reprezentujący społeczność imigrantów, lecz po prostu ktoś, kto przechodzi inicjację w nową tożsamość. Dzieje się to dzięki temu, że traci narzędzie, jakie wydawało się najważniejsze, bo przed wypadkiem był muzykiem.

Tę historię można było poprowadzić tak, że Ruben otrząsa się, wraca do gry i dopiero jest genialny jak głuchy DJ z filmu „Pete Tong” (2004). Na szczęście reżyser „Sound of Metal” nie poszedł w tę stronę, zamiast tego pokazał, jak rządzą nami wyobrażenia i co naprawdę mamy do zrobienia. Nie bez powodu obsadził w głównej roli aktora, który od 2006 r. występuje jako raper Riz MC. Jako młody chłopak wylansował hit „Post 9/11 Blues”, od tego czasu komentuje politykę i życie społeczne w takich utworach, jak „Englistan”, „I miss you” (dedykowany ofiarom pandemii) czy innych z nowego albumu „The Long Goodbye”.

Zaangażowanie Ahmeda w sprawy uchodźców syryjskich, ludu Rohinja i traktowania muzułmanów w świecie zachodnim czyni z niego bohatera życia publicznego. W „Sound of Metal” istotniejszy jest jednak jego profil muzyka. Pokazuje, że nie jest sztuką dla sztuki, tylko służy do tego, by się porozumieć. Najdobitniej obrazuje to scena, gdy Ruben bębni dłońmi po metalowej zjeżdżalni, a niesłyszący chłopiec przytyka do niej ucho i dłonie, odbierając wibracje. Mimo różnych języków można się porozumieć, można zbliżyć się, stworzyć wspólnotę – z tą wiarą, rzadką w dzisiejszych czasach, zostawia mnie „Sound of Metal”.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę