Znaleziono 0 artykułów
23.02.2018

Styleman.pl: Zabito u nas tradycję mody męskiej

Ireneusz Korzeniewski (Fot. M. Pawlowski)

Kocha klasyczną modę męską, ale nie znosi nudy. Elegancję przepuszcza przez filtr hipisowskiej młodości i miłości do luksusowych aut i motocykli. Do tych ostatnich dopasowuje codziennie swój strój, który prezentuje potem na blogu Styleman.pl. Ireneusz Korzeniewski jako jedyny bloger z Polski dostał propozycję współpracy z legendarną marką Brooks Brothers. 

Twoja współpraca z marką Brooks Brothers zaczęła się od jednego zdjęcia.

Powiedziałbym, że zaczęła się od szczęśliwego zbiegu okoliczności. Umieściłem na Instagramie swoje zdjęcie, na którym praktycznie cały mój strój był od Brooks Brothers. Ktoś z pracowników firmy wypatrzył je w sieci i wysłał do mnie wiadomość, której nie odczytałem. Jak się później okazało, dział PR firmy zaczął szukać kontaktu do mnie. Udało im się go zdobyć przez warszawski sklep, którego jestem klientem. Chcieli udostępnić to zdjęcie w swoich mediach społecznościowych, bo było w ich klimacie. Tak to się zaczęło. Oczywiście bardzo się ucieszyłem. Nie myślałem jednak, że z tej współpracy może wyniknąć coś większego.

Ireneusz Korzeniewski (Fot. Sebastian Mamaj)

Na jednym zdjęciu jednak się nie skończyło...

Po pewnym czasie dostałem od Brooks Brothers maila. Marka obchodzi w tym roku 200- lecie istnienia i przygotowywano nową kampanię związaną z MTM – made to measure. Zaproponowano mi udział w kampanii, a ja oczywiście się zgodziłem. W grudniu poleciałem do Nowego Jorku, gdzie zrobiliśmy sesję i nakręciliśmy film reklamowy. Byłem zdziwiony, bo myślałem, że w kampanii będzie brało udział wiele osób, a okazało się, że będzie nas tylko dwóch.

Ireneusz Korzeniewski (Fot. Darek Dąbrowski)

Sesja odbyła się w siedzibie marki na Madison Avenue. Całość była dla mnie bardzo dużym przeżyciem. Jestem pierwszym polskim blogerem, którego Brooks Brothers zaprosiło do współpracy. To ogromny zaszczyt i wyróżnienie.

Skąd w ogóle wziął się pomysł nad bloga? Na pewno nie z nudów, bo jesteś bardzo zapracowanym człowiekiem – właścicielem restauracji, butiku z ekskluzywnym obuwiem.

Mam takie powiedzenie, że tylko szczęśliwy człowiek ma pasje. Zawsze kochałem modę, to był mój żywioł od lat. Moja młodość przypadła na okres ciężkiej komuny, kiedy dostęp do ubrań był bardzo ograniczony. Zaopatrywałem się w komisach i na różnych bazarach. Na jednym z nich góralki sprzedawały ubrania z paczek, które dostawały z Ameryki – tam po raz pierwszy zobaczyłem koszulę button down, z kołnierzykiem zapinanym na guziczki. Z kolei w Rembertowie można było kupić buty przemycane z DDR-u, sławne Salamandry, które były wówczas szczytem ekskluzywności. Kochałem takie zakupy, razem z żoną większość pieniędzy przeznaczaliśmy na ciuchy, to była nasza największa radość.

A jeszcze wcześniej byłeś hipisem.

Zawsze starałem się wyróżniać, również poprzez ubiór. Hipisi nosili oryginalne, kolorowe ubrania i to bardzo mi odpowiadało, bo pozwalało wyróżniać się z tłumu, w którym dominowała szarzyzna.

Ireneusz Korzeniewski (Fot. Lidia Popiel)

Zostałeś hipisem z miłości do mody?

Nie tylko. Tamte czasy jednak mocno mnie ukształtowały. Pamiętam, jak szyliśmy dla siebie sami olbrzymie, szerokie spodnie z dewetyny. Nosiłem sztruksy i czerwone skarpetki – dzięki nim udało mi się w ósmej klasie poderwać koleżankę, która dziś jest bardzo znaną dziennikarką, uznawaną za ikonę stylu. Farbowaliśmy t-shirty w wielkich garach, żeby miały modne wzory, przerabialiśmy wojskowe torby, naszywaliśmy na nie pacyfy, koraliki i inne rzeczy, które gdzieś z wielkim trudem się zdobywało. To nas wyróżniało, chociaż przez ową inność miewałem kłopoty – spędziłem kilka nocy na komendach milicji.

Mimo to wyróżnianie się cały czas było dla mnie ważne i tak zostało do dziś. Ludzie z Brooks Brothers, wyjaśniając, dlaczego zaprosili mnie do udziału w kampanii, napisali, że jestem osobą, która się wyróżnia i łamie klasykę w udany sposób.

Ireneusz Korzeniewski (Fot. Albert Demidziuk)

Wypromowałeś taką złamaną klasykę w Polsce?

Pewnie miałem w tym swój niewielki udział. Stworzyłam bloga, ponieważ chciałem podzielić się z innymi swoimi pomysłami. Pokazać, co można z czym zestawić. Zainspirować do zabawy modą. Chciałbym, aby mężczyźni nosili coś więcej niż tylko szare garnitury z szarymi krawatami i białymi lub niebieskimi koszulami. Bardzo mnie denerwuje, że faceci w moim wieku nie zwracają uwagi na ubiór. Sytuacja może trochę się poprawia, ale wciąż dojrzali mężczyźni nie wyglądają dobrze.

Z czego twoim zdaniem to wynika?

Ze strachu. Ludzie się boją. Ja też czasem czuję lęk. Kiedy zamieszczam swoje zdjęcia, to zdarza się, że ktoś publicznie mnie skrytykuje.

Cały czas jest to źle postrzegane, jeśli facet o siebie dba. Dlatego wielu mężczyzn boi się wyglądać inaczej. Ich świadomość mody zaczyna się rozwijać, ale jeszcze dużo pracy przez nami.

Chyba chodzi też o brak tradycji męskiej elegancji – we Włoszech jest ona przekazywana z ojca na syna, w Polsce uczy się raczej chłopców, jak naprawić coś w domu, a nie jak dobrać krawat do koszuli.

Tak, bardzo nam tego brakuje. Myślę, że PRL zabił w nas fantazję. Wtedy wszystko było szare, bure i ponure. Wszyscy wyglądali podobnie, a wyjątki były tępione. W Polsce zabito tradycję mody męskiej, ale w tej chwili, w dużej mierze dzięki mediom społecznościowym, ona zaczyna się odradzać. Młodzi ludzie coraz bardziej interesują się klasyką, widzimy to na forum But w Butonierce, gdzie wymieniają się spostrzeżeniami, adresami sklepów.

Młodzi ludzie czytają też twojego bloga, ale obawiam się, że większości z nich nie stać na marki, w które się ubierasz. Z modą damską jest tak, że można się fajnie ubrać za niewielkie pieniądze, a jak jest z męską? Da się tanio kupić dobry garnitur czy koszulę?

Wychodzę z założenia, że lepiej kupić jedną dobrej jakości rzecz niż pięć byle jakich. Jedna koszula, za którą zapłacimy 400 zł, będzie nam służyła przez lata, a taka za 100 zł już po pierwszym praniu straci swoją urodę. Dobre rzeczy działają bardzo długo – mam marynarki, które mają po 5-6 lat i wciąż są na topie. Kiedy robię sobie w nich zdjęcia, ludzie pytają mnie, gdzie można je kupić, bo myślą, że to najnowsza kolekcja. Ktoś powiedział, że bogaci ludzie kupują drogie rzeczy nie tylko po to, żeby się wyróżniać, ale też dlatego, że dzięki temu oszczędzają. Uważam, że lepiej kupić jedne dobre buty i odpowiednio o nie dbać, zamiast tanich, które rozlecą się po jednym sezonie.

Ireneusz Korzeniewski (Fot. Izabela Bartman)

Oprócz rzeczy dobrej jakości lubisz też te szyte na miarę. Kampania Brooks Brothers, w której wziąłeś udział, dotyczyła linii MTM, ale wiem też, że nie tylko garnitury są szyte specjalnie dla ciebie – tak samo jest z twoimi motorami, które mechanicy składają na zamówienie. Lubisz czuć się wyjątkowy?

Ireneusz Korzeniewski (Fot. Albert Demidziuk)

To nie jest kwestia wyjątkowości, ale pewne rzeczy chcę dopasować do swojej wewnętrznej estetyki. Z motorami było tak, że zawsze chciałem mieć coś innego. Jestem fanem motocykli Harley Davidson, od lat na nich jeżdżę. Harley’a można kupić gotowego i potem dodawać do niego różne elementy wedle uznania, ale mnie to nie wystarcza. Uważam, że lepiej na podstawie katalogów, tak jak w garniturach dobiera się guzki czy podszewki, wybrać poszczególne elementy – śrubki, nakrętki, reflektory i złożyć sobie motor, który będzie mi pasował.

Moim ulubionym motorem jest replika z filmu Easy Rider, Capitain America. Pamiętam czasy, kiedy ten film wszedł do kin, w Polsce był zakazany, więc z przyjacielem i jego dziewczyną jechaliśmy trzy dni autostopem na Węgry, żeby go zobaczyć. Postanowiłem wtedy, że muszę mieć taki motocykl i swoje marzenie zrealizowałem. Motocykle są przedłużeniem mojej hipisowskiej młodości.

Motocykle raczej nie kojarzą się z elegancją. Jak łączysz tak skrajnie różne pasje?

Motory kojarzą się z luzem, ale zaczęliśmy ten stereotyp łamać. Sześć lat temu w Australii wymyślono The Distingiushed Gentelman Ride właśnie po to, żeby poprawić wizerunek motocyklisty, który przez gangi motocyklowe jest bardzo zły. Jednego dnia, w różnych miastach i państwach zbierają się motocykliści, by przejechać wybraną trasę w garniturach, koszulach, muszkach i krawatach. Dodatkowo jest to akcja charytatywna, bo zbieramy pieniądze na walkę z rakiem prostaty, a od dwóch lat również na walkę z falą samobójstw wśród mężczyzn, w zeszłym roku udało się zebrać 5 milionów dolarów. Uważam, że to jest świetna inicjatywa, od dwóch lat jestem współorganizatorem warszawskiego przejazdu. Oddźwięk jest nieprawdopodobny, jest to wspaniała, barwna impreza. Przez udział w niej zacząłem nawet jeździć w garniturach na motocyklach.

Ireneusz Korzeniewski (Fot. M. Pawlowski)

Ale jeździsz w kasku?

Obowiązkowo! Ale w takim, który pasuje do garnituru, musi być klasyczny i odpowiednio dobrany, mieścić się w konwencji. Wszystko musi ze sobą współgrać.

Dobierasz motocykle do garniturów?

Oczywiście! Przecież nie mogę jeździć w garniturze na Kapitanie Ameryka w amerykańską flagę, czy drugim Harley’u, który jest w indiański wzór, jak ja bym wyglądał?

Czyli wstajesz rano, myślisz, na którym motorze pojedziesz i dobierasz do niego stylizację?

Tak, musi być jakaś spójność – odpowiednia kurtka, przy Harley’ach niezbędna jest bandana. Harley w indiańskie wzory powstał, bo chciałem przejechać przez Stany na motorze. Na zlocie Daytona kupiłem sobie chapsy, to są takie skórzane nakładki na nogawki, takie, jak nosili kowboje. Moje były wyszywane koralikami, z frędzlami, a Harley był biały, więc po powrocie do Polski stwierdziłem, że muszę go zmienić. Poszedłem do mechaników, został przemalowany w indiańskie wzory, siedzenia sam wyszywałem indiańskimi koralikami. Trudno je było dostać, prosiłem przyjaciół, którzy akurat byli w Stanach, żeby pojechali do rezerwatu Indian i kupili mi koraliki. Przywieźli je późnym wieczorem, a ja całą noc siedziałem i sam wyszywałem siedzenie, żeby rano mieć gotowy motor i móc nim pojechać na zlot.

Oprócz motorów, twoją pasją są też samochody. Tu też przemycasz modę?

Parę lat temu wpadłem na pomysł, żeby zrobić telewizyjny program dla mężczyzn na temat tego, jak się ubierać. Proponowałem go różnym stacjom i wszyscy się ze mnie śmiali, bo jakże to: facet oglądający program o modzie? Ale jestem uparty, więc wymyśliłem program Auta na Wybiegu, który można oglądać w telewizji Motowizja. Nie opowiadam w nim o mocy czy osiągach aut, ale o ich designie. Staram się też pokazać, jak się ubrać do tego samochodu, bo nie do każdego można wsiąść w dresie i adidasach.

Sam zawsze staram się odpowiednio ubierać do auta. Kiedy Rolls Royce zaprosił mnie do Berlina na prezentację najnowszego modelu Phantom, główny przedstawiciel marki cały czas bacznie mi się przyglądał. W pewnym momencie zapytałem go, dlaczego. Odpowiedział, że chodzi o mój strój, bo inni są ubrani w szare garnitury, a nawet powyciągane swetry i tenisówki, a ja nie dość, że jestem elegancki, to jeszcze kilka razy dziennie się przebieram. Zapytał, czy ja na pewno jestem z Polski? Z dumą odpowiedziałem, że tak. Interesował się też, ile ja tych strojów przywiozłem. Odpowiedziałem, że jak się przyjeżdża na premierę tak luksusowego samochodu, auta z najwyższej półki, to trzeba jakoś się dostosować i odpowiednio wyglądać. A on na to, że chciałby, żeby wszyscy tak do tego podchodzili!

Ireneusz Korzeniewski (Fot. Archiwum prywatne)

Czyli jesteś modowym ambasadorem Polski?

Chciałbym być. Jeżdżę do Florencji na Pitti Uomo, największe targi mody męskiej w Europie. Nie pcham się na ścianki, ale bardzo mnie cieszy, że moje stylizacje są tam dostrzegane. Ludzie zaczepiają mnie, robią mi zdjęcia i komplementują, że dobrze wyglądam, bo jestem ubrany, a nie przebrany.

To jest moim zdaniem bardzo ważne, żeby nie wyglądać na przebranego, znaleźć coś, na czym można oprzeć stylizację, żeby być ciekawie ubranym, ale nie wyglądać śmiesznie. Wszystko musi ze sobą współgrać, musi tworzyć pewną całość.

W filmie w kampanii Brooks Brothers mówisz po polsku, ale nie wynika to z braku znajomości angielskiego.

To była śmieszna historia. Na początku mówiłem po angielsku, ale w pewnym momencie reżyser powiedział, że tak nie może być, bo skoro jestem z Polski, powinien mówić po polsku, bo to podkreśli światowy charakter Brooks Brothers. Oczywiście po polsku łatwiej mi przekazać to, co chcę powiedzieć, poza tym staram się na blogu i w mediach społecznościowych podkreślać, że jestem z Polski i pokazywać ludziom z zagranicy, którzy mnie obserwują, że Polska wygląda inaczej niż wielu z nich myśli.

Ta współpraca pomogła pokazać, że jesteśmy normalnym krajem, że nie biegają u nas po ulicach niedźwiedzie polarne. Niestety wielu Amerykanów tak myśli, o ile w ogóle wie, gdzie leży Polska. Staram się walczyć z negatywnym stereotypem Polaka, pokazywać, że w Polsce jest normalnie.

 

Natalia Jeziorek
Komentarze (1)

Wyloguj się
Waldi Wojnar
Waldi Wojnar23.02.2018, 22:31
Ireneusza poznałem na zlocie Mercedesa w Krynicy Zdroju. Jestem pod dużym wrażeniem jego profesjonalizmu i poczucia gustu. Zazdroszczę wyglądu i czasami odwagi .... pozdrawiam serdecznie
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę