Znaleziono 0 artykułów
13.10.2018

Supermodelki z recyklingu

Guinevere Van Seenus na pokazie Marni (Fot. Imaxtree)

Stella Tennant u Salvatore Ferragamo, Carla Bruni na pokazie Dolce & Gabbana, Carolyn Murphy defilująca po wybiegu Ralpha Laurena. Branża mody znudziła się nowymi twarzami, sięga więc po te dobrze znane. Ale czy ten hołd złożony dojrzałej kobiecości jest czymś więcej niż chwytem marketingowym?

Nie ma chyba marki, która w swoim manifeście nie deklaruje, że szyje dla „prawdziwych kobiet”. Prawdziwych, czyli zwyczajnych. Trochę krąglejszych i trochę szczuplejszych, nastolatek i ich mam, bizneswoman i artystek. Od kilku sezonów niezmiennie mówi się też o „różnorodności”. Po wybiegach przechadzają się więc 88-letnia Carmen Dell’Orefice, Ashley Graham, która nosi rozmiar 46, a także Winnie Harlow cierpiąca na bielactwo. O ich pojawieniu się na pokazie pisze się jednak zawsze w charakterze sensacji. Projektantów pracujących z modelkami odbiegającymi od kanonu uznaje się za odważnych, a z drugiej strony, podkreśla się, że ich wkład w bardziej inkluzywne społeczeństwo zazwyczaj łączy się ze sprytnym chwytem marketingowym. Słowo „kanon” też odmienia się przez wszystkie przypadki, podkreślając, że zadaniem mody jest jego obalanie, a nie umacnianie.

Jak więc zakwalifikować drugą młodość supermodelek lat 90.? Ich obecność na wybiegach, w kampaniach reklamowych i na Instagramie to dowód na to, że branża otwiera się na piękne czterdziestoletnie, czy raczej recykling, który sprzyja fast fashion? To chyba jeszcze bardziej skomplikowane. Projektanci, nawet ci o pokolenie młodsi od „superek”, zapraszają je do współpracy, bo mają gwarancję pełnego profesjonalizmu. Jednocześnie mają do Cindy, Claudii i Naomi ogromny szacunek, bo od 30 lat współtworzą branżę, ale też na fali nostalgii budzą sentyment za złotą epoką lat 80. i 90. To jeszcze nie wszystko. Moda, która pochłania i wypluwa setki nowych twarzy rocznie, wciąż potrzebuje świeżej krwi. Paradoksalnie, ta najmniej świeża może znów stać się sezonowym przebojem. Ci, którzy „superki” pamiętają, ucieszą się z powrotu znajomych twarzy. Ci, dla których są nowe, zainteresują się ich historią. Dla domów mody to podwójne zwycięstwo. Wykorzystują więc superstatus ikon lat 90., podpinając się pod ich kult.

Carolyn Murphy na pokazie Salvatore Ferragamo (Fot. Imaxtree)

Równie dużo jak o „prawdziwych kobietach” mówi się o „DNA” marki. To słowo wytrych ma oznaczań nawiązanie do dziedzictwa – szacunek do tradycji, inspirowanie się archiwum, monetyzowanie szczytnej historii. Nieprzypadkowo w pokazie kolekcji Versace na sezon wiosna-lato 2018 roku, która była hołdem złożonym przez Donatellę Versace jej tragicznie zmarłemu bratu, wystąpiły wszystkie jego ulubienice – Claudia Schiffer, Cindy Crawford, Naomi Campbell, Carla Bruni i Helena Christensen. A właściwie należałoby napisać: Claudia, Cindy, Naomi, Carla i Helena, bo każda z nich jest instytucją, która nie potrzebuje nazwiska. Ich imię to ich marka. To jasne, że zgodziły się wystąpić u Donatelli, bo kochały Gianniego. Ale tak jak Versace zrobiło dobry biznes na nich, tak one zyskały na tej współpracy po latach. Włoski dom mody odwołał się do swojej chlubnej historii, a one dzięki zdjęciu z finału pokazu, które obiegło media społecznościowe, umocniły swoją pozycję w nowym świecie. Teraz już mogą swobodnie konkurować z pokoleniem millenialsów, bo też nauczyły się wykorzystywać potęgę lajków. Występy okolicznościowe podsycają zainteresowanie supermodelkami, pozwalając im zdobywać całkiem nowe kontrakty. Naomi, która lubi o sobie mówić „aktywistka”, dopiero co pojawiła się na jubileuszowej okładce „GQ”. Cindy zgodziła się wystąpić w kampanii Reserved, a na co dzień zajmuje się czynnie promocją swoich pięknych dzieci, Kai i Presleya. Helena, która staje teraz po drugiej stronie obiektywu, starą pracą promuje nową.

Stella Tennant na pokazie Salvatore Ferragamo (Fot. Imaxtree)
Carla Bruni na pokazie Dolce & Gabbana (Fot. Imaxtree)

Do grona supermodelek zalicza się jeszcze co najmniej kilka twarzy, które w latach 90. spoglądały z każdej okładki. Tendencja jest raczej taka, żeby przydomek „super” dawać coraz większej liczbie wtedy gwiazd, a dziś dojrzałych kobiet. Ich pojawienie się na wybiegu wywołuje bowiem odpowiedni ferment. Wysyp ikon pojawił się na pokazach kolekcji na sezon wiosna-lato 2019 roku. W zatrudnianiu czterdziestolatek przodowała znów Donatella Versace. To jej pokaz zamknęła Shalom Harlow z burzą loków. Kanadyjska modelka w latach 90. reklamowała Chanel, Alexandra McQueena (to ona zamknęła słynny pokaz No. 13) i Marca Jacobsa. Sześć razy pojawiła się też na okładce amerykańskiego „Vogue'”. Potem z przyjaciółką Amber Valettą prowadziły program  „House of Style” w MTV. Nazywana anty-supermodelką buntowała się od najmłodszych lat, chociażby zamieniając lekcje baletu na stepowanie. – Lubiłam hałas – mówiła wtedy.

U Salvatore Ferragamo zachwyciła inna rebeliantka – Stella Tennant, prekursorka ery androginii. Szkockę arystokratką dla mody odkryła dziennikarka Plum Sykes, a potem przejęli ją Isabella Blow, Steven Meisel, i największy fan, Karl Lagerfeld. Dziś mieszka z mężem, francuskim fotografem, Davidem Lasnetem i czwórką dzieci na szkockiej wsi.

Karen Elson defilująca u Dolce & Gabbana przypomniała, że od lat 90. nikt nie mógł z nią konkurować na intensywność rudości. Brytyjka karierę zaczęła od okładki włoskiego „Vogue'a”, którą na osiemnaste urodziny zrobił jej Steven Meisel. Oszałamiające sukcesy w modzie jej nie wystarczyły. Jako była żona Jacka White'a z The White Stripes sama próbuje swoich sił w muzyce. Rok temy wydała drugą płytę „Double Roses”. Wychowuje też dwoje dzieci.

Mogły sobie na tegorocznych wybiegach podać rękę z ąlubienica Riccarda Tisciego, Mariacarlą Boscono oraz amerykańską ikoną Carolyn Murphy (świętowała też 50-lecie Ralpha Laurena w Nowym Jorku), którą mogliśmy ostatnio oglądać także w kampanii Mango razem z Amber Valettą (powróciła na wybiegu Agnony). Duetowi Dolce & Gabbana udało się znów z emerytury przywołać byłą Pierwszą Damę Francji, Carlę Bruni (krytykowano ją jednak za nienaturalny wygląd, porównując do Caitlyn Jenner…) oraz Evę Herzigovą, bohaterkę naszej drugiej okładki. Tisha Tilberg nosiła ubrania Etro. U Marni wychwycić dało się Guinevere Van Seenus, Amerykankę, której drugą pracą jest charakteryzacja. Dyrektor kreatywny marki  Francesco Risso tłumaczył swój wybór tym, że modelki po czterdziestce są wciąż piękne, ale mają lepszy kontakt ze swoim ciałem niż nastolatki. Trafił w sedno. Podczas gdy młodziutkie modelki mogą mieć idealne ciała, skórę i uśmiech, często brakuje im tej „prawdziwości” pozwalającej się z nimi utożsamić. I tu znów pojawia się problem. Od dawna mówi się bowiem, że high fashion kierowane do zamożnych kobiet nie powinno być lansowane przez dziewczyny młodsze od nich o pokolenie. Sytuację modelek zmieniło też pojawienie się influencerek. Chociaż początkujące modelki też nie zrobią kariery, zanim nie zaczną zdobywać lajków (coraz częściej angażuje się je właśnie dlatego, że już są popularne w mediach społecznościowych), te, które już 30 lat temu zostały gwiazdami, mają przewagę. Korzystania z Instagrama można się nauczyć, statusu ikon podrobić się nie da. To więc znów transakcja wiązana – supermodelki grzeją się w blasku marek, odświeżając pokryty patyną wizerunek, a domy mody starają się być przekonujące dla klientek w każdym wieku, angażując influencerki wszystkich pokoleń. 

Tasha Tilberg na pokazie Etro (Fot. Imaxtree)

Eksperci są zgodni, że mimo popularności insta girls, supermodelki wciąż zapładniają wyobraźnię. Twierdzą też, że jedyną, która w pełni zasługuje na ten status, jest nie jedna z sióstr Hadid czy Jenner, a 17-letnia Kaia Gerber. Podobna jak dwie krople wody do swojej mamy, Cindy Crawford, ma też jej charyzmę. I może właśnie charyzma, w odróżnieniu od lajków (tych Kaia ma zdecydowanie mniej niż dziewczyny, które występowały wcześniej w reality show) sprawi, że Gerberówna zostanie wyniesiona do stratosfery sławy.

Niezmienny na przestrzeni lat pozostał problem słyszalności modelek. Już dawno nie są uważane za wieszaki, bo to często ich twarze decydują o tym, czy ubranie się sprzeda. Ale czy naprawdę mają głos, który słychać nie tylko przy okazji promocji produktu? 

Naomi Campbell obraziła się w latach 90. na określenie „supermodelka”. – Reklamowałam kiedyś samochód. To był „supermodel”. Ja jestem człowiekiem – mówiła. Dziś coraz częściej mówi się więc o „Ubermodelkach”. „Uber”, bo są czymś więcej niż modelkami, tak jak ich poprzedniczki „superki”, ale także dlatego, że należą do pokolenia milenialsów, a ich sława rozprzestrzenia się innymi kanałami. W większym stopniu niż starsze koleżanki mogą też budować swój wizerunek.

Dzięki temu ich możliwość kreowania personal brandu, określenia potwarzanego dziś jak mantra, jest jeszcze większa. Ale czy w pełni z niej korzystają? I czy pozbawianie się prywatności jest na to sposobem? Jedną z cech supermodelek była tajemniczość. Teraz, gdy Gigi i Kendall są pozornie tak blisko nas, przestaje działać aura pozwalająca traktować te niezwykłe istoty jako skończone dzieło stworzenia. Ale może to i dobrze. Bo pozostając ikonami, nie byłyby w swoich poglądach i problemach przekonujące dla zwykłych ludzi. Anioły zstąpiły więc na ziemię. I przemówiły. O #metoo, terapii, kompleksach. To właśnie te „prawdziwe kobiety”.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę