Znaleziono 0 artykułów
15.11.2018

Sztuka latania

Urszula Herman (Fot. Luka Łukasiak)

Urszula Herman wymyśliła urządzenie PelviFly pomagające kobietom ćwiczyć mięśnie Kegla. Z bizneswoman i mamą rocznej Łucji, która za chwilę broni doktorat na wydziale wiedzy o zdrowiu, rozmawiamy w ramach cyklu o Sieci Przedsiębiorczych Kobiet. 

Na szyi nosisz naszyjnik z motylkiem, a twoja firma nazywa się PelviFly. Motyl to twój znak rozpoznawczy?

Tak! Miednica wygląda jak motyl, więc połączyłam angielskie słowa pelvis z butterfly. Tak powstało „PelviFly”. W naszym logo też jest motyl. A, co najważniejsze, jest bohaterem naszej aplikacji.

Jak dokładnie działa twoje urządzenie?

PelviFly to delikatne i przyjemne w dotyku urządzenie wykonane z silikonu medycznego, zaprojektowane z myślą o kobietach ponieważ wkłada się je do wnętrza ciała. Potem bezprzewodowo łączy się z aplikacją mobilną na telefonie. Poruszając mięśniami dna miednicy, kobieta „porusza” motylem w aplikacji. Użytkowniczka widzi na ekranie gry z latającym motylem, a my profesjonalne wykresy. Dzięki temu możemy zmierzyć napięcie wstępne, siłę, szybkość skurczu, czy wytrzymałość mięśni. Wyniki ćwiczeń w aplikacji ocenia potem fizjoterapeuta lub pielęgniarka, może mieć do nich wgląd również prowadzący ginekolog.

Dla kogo przeznaczone jest urządzenie?

Badałam skuteczność na próbie kobiet do 40. roku życia z wysiłkowym nietrzymaniem moczu. Wyniki będą opublikowane w ramach mojej pracy doktorskiej. Teraz mogą używać go wszystkie kobiety, zwłaszcza w trakcie i po ciąży, przed i w trakcie menopauzy, a także osoby aktywne sportowo np. trenerki, które często mają problem z mięśniami miednicy. Mężczyźni kupują kobietom PelviFly po porodzie, żeby wróciły do formy. Za to biegaczki zaangażowaliśmy do kampanii społecznej, która miała przełamywać tabu. Skala zainteresowania jest ogromna. Na moje bezpłatne, edukacyjne webinary przychodzą tysiące kobiet, które chcą o siebie świadomie zadbać.

Wysiłkowe nietrzymanie moczu to trochę temat tabu…

Tak, na studiach doktoranckich byłam jedyną osobą, która się tym zajmowała. Zdarzało mi się usłyszeć, że może powinnam zająć się czymś wdzięczniejszym…

Urszula Herman (Fot. Luka Łukasiak)

Po co ćwiczyć mięśnie miednicy?

Jest wiele funkcji, które pełnią i często nazywam je „kobiecym centrum dowodzenia”. Mięśnie dna miednicy muszą być elastyczne, świadomie używane oraz dobrze ukrwione, np. żeby osiągnąć orgazm. Ćwiczenie z aplikacją pozwala zobaczyć ich aktywność na ekranie smatfona co ma duże znaczenie gdyż tych mięśni nie widać.  Wiele kobiet nie potrafi ich świadomie uaktywnić czy pracować z właściwą siłą skurczu. Podam ci przykład: w moim projekcie badawczym brała udział dwudziestolatka z astmą. Podczas m.in. kaszlu wzrasta ciśnienie  w jamie brzusznej i uderza w miednicę. Wydolne dno miednicy jest tarczą kompensującą te skoki. Jej tarcza nie była wydolna i kobieta skarżyła się na wysiłkowe nietrzymanie moczu oraz niesatysfakcjonujące życie seksualne. Miała też problem z zajściem w ciążę. Nie czerpała przyjemności z seksu, bo nie potrafiła mięśni dna miednicy rozluźnić i świadomie nimi pracować. W aplikacji jej motyl nie spadał na trawę. Gdy napniesz mięśnie ramion, widzisz biceps, a mięśnie miednicy są głęboko ukryte.

Trzy lata temu, gdy związałaś się z Siecią Przedsiębiorczych Kobiet, byłaś doktorantką na Wydziale Nauk o Zdrowiu na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jak udało ci się przejść z nauki do biznesu?

Zaczęło się od udanego eksperymentu badawczego, pierwszego tego typu na świecie. Potem postanowiłam pomóc większej ilości kobiet. Podjęłam współpracę z inżynierami ze Stanford. Oni zaprojektowali urządzenie, a ja zajęłam się częścią medyczną i stworzeniem aplikacji oraz systemu skoordynowanej opieki z lekarzami i fizjoterapeutami.

W jaki sposób pomogła ci Sieć Przedsiębiorczych Kobiet?

Dostałam ogromną dawkę wsparcia. Dorotę i Kasię poznałam na konferencji w Warszawie. Zgłosiłam się do jednej z wykładowczyń z pytaniem, jak skomercjalizować mój projekt. Moją mentorką została Dagmara Strzębicka z funduszu Black Swan. Dziś sama jestem mentorką dla studentek/ doktorantek, które myślą o stworzeniu własnego startupu. Zawsze opowiadam im o błędach, bo to najlepsza nauka. Dagmara pytała mnie wtedy, w styczniu 2016 toku, o to, w jaki sposób chcę uczynić mój biznes rentownym… Nie miałam o tym pojęcia! Dała mi miesiąc na przygotowanie, spotykała się ze mną dwa razy w tygodniu, żeby przygotować pitch.

Urszula Herman (Fot. Luka Łukasiak)

Byłaś z innego świata.

Tak, ale spodobał mi się też ten drugi świat. Mój mąż, wtedy jeszcze partner, który pracował na stanowisku dyrektora w banku, był bliżej biznesu. Postanowił zrezygnować z etatu, żeby rozkręcać ze mną firmę. Podziwiałam go za tę odwagę. Wkręcił się totalnie w temat. Śmieję się, że jest to jedyny w Polsce ekonomista, który wie tak dużo o mięśniach miednicy. Wspólne prowadzenie biznesu ma swoje wady i zalety. Z jednej strony, wszystko zostaje w rodzinie, z drugiej, cały budżet domowy opiera się na naszej firmie.

Jak potoczyły się losy PelviFly po pitchu?

Pół roku później miałam już inwestorów – sześć kobiet i jednego mężczyznę. Łatwiej było mi namówić kobiety, bo lepiej rozumiały ten problem. Od początku wiedziałam jednak, że chcę dostać dofinansowanie. Wolałam mieć mniejszy kawałek dużego tortu niż cały mały tort dla siebie. Ale nadal jestem prezesem spółki z większościowym pakietem udziałów.

Wierzyłaś w powodzenie projektu?

Zakładałam, że porażki mi się przytrafią, ale się ich nie bałam. W start-upie, paradoksalnie, jest trochę jak w nauce. Nie ma porażek, jest proces. Eksperyment może wyjść lub nie, bo przecież wprowadza się na rynek zupełnie nowy produkt albo funkcjonalność. Poza tym, będąc na dziennych studiach doktoranckich pracowałam na dwóch etatach (w gabinecie rehabilitacji i ośrodku badań klinicznych), jestem więc przyzwyczajona do ciężkiej pracy.

To kiedy miałaś poczucie, że sukces jest bliski?

Gdy powstała aplikacja, natychmiast z pozytywnym feedbackiem zaczęły odzywać się kobiety, które z nią ćwiczyły. Zaangażowali się też lekarze i fizjoterapeuci.

Naszyjnik z motylkiem (Fot. Luka Łukasiak)

A co okazało się najtrudniejszym zadaniem?

Współpraca z programistami. Wszystko trwało dwa razy dłużej i kosztowało dwa razy więcej. Druga rzecz to sprzedaż. Początkowo źle się czułam w roli sprzedawcy, zwłaszcza że wszyscy od początku utożsamiali mnie z marką PelviFly. Siłą rzeczy zostałam jej twarzą. A po trzecie, start-upy kierują się zasadą lean in. Trzeba wypuścić produkt na świat, żeby przekonać się, czy działa. Nawet jeśli nie jest doskonały. Musiałam się więc przełamać. Rynek zweryfikował wartość PelviFly. Byłam otwarta na feedback i gotowa na krytykę. Musiałam też nauczyć się twardo negocjować, a do tego na uniwersytecie nie przygotowują. Kiedyś byłam bardziej labilna, dziś potrafię postawić na swoim. Co nie zmienia faktu, że miałam dobre wzorce. Moja mama i babcia to silne babki. Gdy byłam mała, mama wypychała mnie na konkursy recytatorskie, czasami wbrew mojej woli. Gdy nie szło mi za dobrze, mówiła, że będzie lepiej. Nigdy mnie nie krytykowała, zawsze motywowała. „Bądź sobą” – mówiła zawsze.

Jak się teraz czujesz w roli liderki?

Rok temu zostałam mamą, więc chyba ta rola pochłania mnie bardziej niż pozycja liderki. Staram się wspierać inne mamy, bo wiem, że trudno znaleźć czas dla siebie, nie mówiąc już o czasie na ćwiczenia. Ale dzięki PelviFly możemy trenować gdzie chcemy i kiedy chcemy. Aplikacja wyznaczy nam rytm ćwiczeń. Sama jestem użytkowniczką mojego urządzenia.

Kobiety są coraz bardziej otwarte na swoje ciało?

Tak, to widać chociażby po komunikacji na Facebooku. Dziewczyny zwierzają się nam ze swoich problemów. Gdy dziesięć lat temu, jako 20-letnia dziewczyna, znalazłam w bibliotece UJ-u artykuł o wysiłkowym nietrzymaniu moczu, wszyscy dziwili się, dlaczego mnie to zafascynowało. Dobrze, że teraz uważniej wsłuchujemy się w potrzeby naszego ciała.

Dalej czujesz, że jesteś jedną nogą w nauce?

Za chwilę bronię doktorat. Wciąż prowadzę badania. Nie chciałabym rezygnować z nauki.

Jesteś wciąż trochę tą dziewczyną z biblioteki?

Tak, bo wciąż wydaje mi się, że coś muszę udoskonalić. Ale zawsze byłam przebojowa. Nadal podążam moją ścieżką, zachowując przy tym optymizm. A nie zawsze było łatwo.

Także w życiu prywatnym?

Tak, rok temu, już jako szefowa startupu, urodziłam cudowną córeczkę Łucję, która przyszła ma świat kilka tygodni przed terminem, w 31 tygodniu. Ważyła niewiele ponad kilogram. Była kilka tygodni w inkubatorze. W ciąży uaktywniła się u mnie choroba, prawdopodobnie autoimmunologiczna. Już w trzecim miesiącu ciąży wiadomo było, że urodzę za wcześnie. Nie spodziewałam się, że coś takiego mi się przytrafi. Zawsze mówiłam, że ciąża to nie choroba, a mnie w ciąży dopadła prawdziwa choroba. Ostatnie tygodnie spędziłam w szpitalu w oczekiwaniu na poród. W łóżku siedziałam z laptopem. Dzięki PelviFly trafiłam na moją wspaniałą ginekolog, docent Marzenę Dębską, dzięki której przetrwałam ciążę i poród. Na cztery dni przed narodzinami córki miałam takie nadciśnienie, że nie mogłam ruszyć się z łóżka. Idąc na stół, lekarze nie wiedzieli, co się ze mną stanie. A ja sobie z tego żartowałam. Mój charakter pomógł mi przejść przez ten trud, bo nie przejmuję się rzeczami, na które nie mam wpływu. Moja córka, Łucja, też jest wojowniczką. Jest niesamowicie silna.

Firmy też nie mogłaś zostawić?

Nie, przecież to moje drugie dziecko. Mąż przejął obowiązki, gdy byłam w szpitalu. A potem razem opiekowaliśmy się naszym wcześniakiem i naszą firmą.

Rozdzielacie pracę i prywatność?

To trudne, ale staramy się. Pracujemy 24 godziny na dobę, ale plusem jest to, że czas pracy jest elastyczny, więc spędzamy go też sporo z córeczką. Przez pierwszy rok wymienialiśmy się obowiązkami, od niedawna mamy też opiekunkę. Nie trzeba być zawsze twardzielką. Inwestycja w zdrowie kobiety to inwestycja w rodzinę, bo to kobieta daje rodzinie moc.

Planujesz ekspansję?

Niedługo startuje zupełnie nowa aplikacja. To będzie sztos! Szkolimy lekarzy z Europy, a nawet z Ameryki. Chciałabym, żeby motylek obleciał cały świat. Gdy o trzeciej w nocy karmiłam dziecko, włączałam aplikację, żeby sprawdzić, gdzie kobiety ćwiczą z PelviFly. Na mapie całego świata pojawiało mi się tysiące światełek.

Program Biznes w Kobiecych Rękach realizowany jest dzięki wsparciu Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy i Citi Foundation z Nowego Jorku.

 

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę