Znaleziono 0 artykułów
25.10.2021

Szymon Komasa: Dotykam świętości na własnych zasadach

Fot. materiały prasowe

Szymon Komasa od lat występuje w teatrach operowych na całym świecie. Gdy te w pandemii zostały zamknięte, ruszył z autorskim projektem, który w nowym świetle pokazuje piosenki Kabaretu Starszych Panów. Do współpracy zaprosił m.in. Joannę Kulig, Hanię Rani, Hannę Banaszak, Vita Bambina, Błażeja Króla i Mary Komasę.

Kabaret Starszych Panów to dla Polaków prawdziwy kulturalny skarb. Kiedy po raz pierwszy miałeś z nim styczność?

Kabaret Starszych Panów pokazała mi mama. Dobrze pamiętam, jakie zrobił na mnie wrażenie. Mieliśmy po sześć lat, gdy z moją siostrą Mary wystąpiliśmy z Łucją Prus, jedną z twórczyń kabaretu. Może byliśmy więc jednymi z osób, które zamykały tę epokę? W życiu nie pomyślałbym wtedy, że kiedyś nagram taką płytę.

„Kabaret Starszych Panów. Laboratorium” to album, którym chcę dawać ludziom radość, ale też przypomnieć, jak wspaniała jest historia naszej kultury. Nagrywanie tego materiału wcale nie było takie łatwe – czasem kląłem w studiu jak szewc, bo nie potrafiłem w odpowiednim tempie wyśpiewać niektórych słów. Niektóre musiałem sprawdzać w słowniku, bo ich nie rozumiałem. To uzmysławia, jak zmieniliśmy się jako społeczeństwo, jak inna jest współczesna kultura. Jednocześnie w tekstach piosenek Kabaretu Starszych Panów wiele kwestii nadal jest aktualnych. Warto się im przysłuchać.

Nad płytą pracowałeś rok, w czasie pandemii. Powstałaby, gdyby nie lockdown?

Myślę, że nie. Gdy ogłoszono lockdown, wstrzymano wszystkie kontrakty operowe. W oficjalnych informacjach podawano, że zamrożenie potrwa trzy tygodnie, ale dobrze wiedziałem, że opanowanie galopującej światowej epidemii w tak krótkim czasie nie będzie możliwe.

Pierwszy tydzień przeleżałem w łóżku, zastanawiając się, co będzie dalej. Wydawało mi się, że jestem królem świata oklaskiwanym przez setki, czasem tysiące osób każdego wieczoru – jednego dnia w Stanach Zjednoczonych, drugiego w Niemczech czy we Włoszech. Przywykłem do myśli, że to normalność, że tak już będzie zawsze. I raptownie wszystko stanęło w miejscu. Koniec świata okazał się początkiem niesamowitej przygody.

Dlaczego akurat Kabaret Starszych Panów?

Czułem, że to będzie coś ważnego. Płyta powstała w bardzo trudnym dla mnie momencie – i nie chodzi tylko o lockdown, wiele zmieniło się także w moim życiu prywatnym. Kabaret sprawił, że miałem siłę i powód, by wstać rano z łóżka. Od początku wiedziałem też, że jeśli mam pokazać Kabaret Starszych Panów, muszę to zrobić na własnych zasadach, stąd w tytule płyty „Laboratorium”.

Fot. materiały prasowe

Zaprosiłeś do tego laboratorium niezwykłych twórców, jak Aleksander Dębicz, Kuba Więcek, Hania Rani. Śpiewają z tobą Joanna Kulig, Hanna Banaszak, Vito Bambino, Błażej Król czy Mary Komasa. Wspólnie pokazaliście na nowo Kabaret Starszych Panów.

Chciałem dać możliwość wypowiedzenia się innym muzykom. Każdy miał wpływ na to, jak brzmi ta płyta, bo totalnie zatopiłem się w ich świecie i dałem im obrobić siebie jak modelinę. Nie zrobiłem więc tego, by schować się za współpracującymi ze mną twórcami, ale dlatego – że po prostu bardzo im ufam.

Zresztą występując na scenie jako śpiewak operowy, oddaję się w pełni reżyserowi, kompozytorowi, dyrygentowi, orkiestrze. Jestem do tego przyzwyczajony.

Myśląc o „Kabarecie”, wiedziałem, że musi to być płyta ludzi młodych, odważnych i jak najmniej kojarzących się z kabaretem. Ja też nie jestem taką osobą.

Mam wrażenie, że pełnisz tu rolę łącznika spajającego kulturę wysoką, muzykę klasyczną i rozrywkową.

Tak. Starałem się zrobić to w dobrym guście. Od dawna nie mieszkam w Polsce, więc – szczerze mówiąc – nie znałem dobrze popularnych polskich twórców. Gdy po raz pierwszy usłyszałem Błażeja Króla czy Vita Bambina, był to dla mnie absolutny czad! Wiedziałem, że to będzie strzał w dziesiątkę.

Reprezentuję świat muzyki klasycznej, śpiewu operowego – i to się nigdy nie zmieni. To jestem ja. Ale cieszę się, że mam możliwość i odwagę wypowiedzieć się w inny sposób. Mam nadzieję, że album przybliży młodym ludziom postać śpiewaka operowego, który nie jest panem z siwą brodą i przy którego śpiewie wszyscy zasypiają. Niegdyś Bernard Ładysz czy Jan Kiepura – sławy opery – przyciągali tłumy. Stawiali też na lżejszy repertuar, co miało zachęcić słuchaczy, by wybrali się do opery.

Do opery trzeba się dobrze przygotować, dać sobie czas, wyłączyć telefon. To bardzo ważne. Jeśli „Kabaretem” mogę przybliżyć ten piękny świat, jeśli słuchacze płyty kupią później bilety na jeden z moich występów, to wykonałem swoją robotę.

Mówiłeś w wywiadach, że od zawsze chciałeś być śpiewakiem operowym. Skąd taka pasja w tak młodym wieku?

Oddycham operą. Od dziecka wiedziałem, że chcę śpiewać. Mój tata jest aktorem i kategorycznie zabronił mi zajmować się aktorstwem. Miałem 12 lat, gdy zabrał mnie i moją siostrę Mary do opery na „Madame Butterfly” w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Byłem oczarowany. Wyszedłem z myślą, że jeśli nie dostanę się tam, będę zdruzgotany.

Na płycie po raz pierwszy występowałeś i nagrywałeś z Mary. W życiu rozumiecie się bez słów, a jak było z muzyką i pracą?

Mary jest moją siostrą bliźniaczką, zawsze czułem się przy niej wyjątkowo dobrze. To właśnie z nią, gdy odwiedzam ją w Berlinie, najlepiej wypoczywam. Niezwykle szanuję Mary także jako artystkę, która od zawsze idzie swoją drogą.

Piosenkę „Tanie dranie”, którą śpiewamy w duecie, nagraliśmy w 16 minut, bez żadnej wspólnej próby. Weszliśmy do studia i przy jednym mikrofonie wykonaliśmy ten utwór trzykrotnie. Wysłałem nagranie do Kuby Więcka, który był autorem aranżacji, z dopiskiem: „Wydaje mi się, że będziesz miał hit”. Nie spodziewałem się, że nasze głosy tak świetnie będą się komponować. Mary brzmi tu tak radośnie, pięknie. Jak sycylijskie słońce.

Pochodzisz z artystycznej rodziny, w której każdy osiągnął w swojej dziedzinie sukces. Rozpoznawalne nazwisko to błogosławieństwo czy przekleństwo?

Ludzie zazwyczaj myślą, że dzięki temu było mi w życiu łatwiej. Na pewno pod niektórymi względami tak jest. Rzeczywiście mieliśmy na starcie więcej kontaktów, ludzie mieli do nas większe zaufanie, ale jednocześnie jestem osobą, która zawód artystyczny zna od podszewki – jego jasną i ciemną stronę. Nie zawsze jest to idylla.

Pamiętam to bardzo dobrze: lata 90. w Polsce, galopująca inflacja, wszystko drożeje z dnia na dzień, a w tym wszystkim moi rodzice – aktor i wokalistka wychowujący czwórkę dzieci. Bywało, że mieli znakomite recenzje, a brakowało pieniędzy na utrzymanie. Widziałem więc wszystko, co mogłoby zniechęcić do pracy artystycznej. Jednak nie dało się wyłączyć tej miłości.

Czułeś presję sukcesu?

Sam sobie ją narzucałem. Miałem wrażenie, że muszę zadowolić rodziców. Mimo że oni wcale ode mnie tego nie oczekiwali. Chcieli jedynie, bym był szczęśliwy.

Fot. materiały prasowe

Wszyscy się niesamowicie wspieracie. Zawsze tak było?

Musieliśmy się tego nauczyć, bo początkowo nasze oceny były bardzo ostre. Gdy rodzice przyjeżdżali na moje pierwsze spektakle operowe, nie myślałem o tym, że stoję na scenie z genialną orkiestrą, którą dyryguje słynny dyrygent, a ja śpiewam z gwiazdami opery, ale o tym, że na widowni siedzą moja mama i tata i na pewno będą mieli uwagi do mojego występu.

Podobnie było z rodzeństwem. Pamiętam, jak mocne słowa mówiliśmy do siebie w zwyczajny, lekki sposób – to było skandaliczne! Teraz dojrzeliśmy i wspieramy się bezwarunkowo. Wiemy, z czym musimy się mierzyć – przecież jako artyści bezustannie wystawiamy się na krytykę publiczności.

Wiele razy słyszałem negatywne komentarze na temat pracy mojej czy mojego rodzeństwa. Liczę się z tym także przy okazji tej płyty. Dotykam przecież świętości – Kabaretu Starszych Panów.

Ta płyta, podobnie jak poprzednia „Polish Love Story”, to hołd dla polskiej kultury. Czy zawsze czułeś dumę z polskości?

Musiałem to przepracować. Mieszkając za granicą, miałem poczucie, że jako Polak muszę więcej udowodnić. Na początku słyszałem dowcipy typu: „Chowaj portfel i kluczyki, bo jest z nami Polak”.

Tak przy tobie?

Tak! Reagowałem na to dość bezczelnie, nie czułem, że muszę być grzeczny. Dzisiaj w odpowiedzi wymieniłbym nazwiska naszych niesamowitych twórców – noblistów, malarzy, pisarzy, artystów. Myślę, że ta lista zamknęłaby usta każdemu, kto uważa Polaków za złodziei, cwaniaczków i tanich drani. Oczywiście martwi mnie to, co obecnie dzieje się kraju, ale jeśli mówię o dumie z bycia Polakiem, myślę o sztuce, kulturze i jej twórcach.

Od paru lat Polacy dostają nominacje do najważniejszych światowych nagród. W tym roku do Oscara nominowano muzykę do filmu „Quo vadis, Aida” skomponowaną przez Antoniego Komasę-Łazarkiewicza. Olga Tokarczuk w 2019 roku odebrała literackiego Nobla. Piotr Beczała, Artur Ruciński czy Aleksandra Kurzak zdobywają operowe Oscary.

Pamiętam, jak siedziałem w jednej z nowojorskich restauracji, czekając na reżysera, z którym miałem pracować przy projekcie w Stanach Zjednoczonych. Kelnerka zapytała, skąd pochodzę, a gdy odparłem, że z Polski, powiedziała, że ostatnio oglądała film, który zmienił dla niej wszystko – najlepszy, jaki widziała w życiu: „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego. Polski film zmienia życie Francuzki mieszkającej w Nowym Jorku. To jest piękne.

Jakie kolejne kroki przed tobą? Jakie marzenia?

Planuję nagrać bardzo klasyczną płytę z ariami operowymi. Wrócić do świata, który jest totalnie mój.

Marzenia snuję raczej o życiu prywatnym niż o karierze. I są one dość naiwne, na przykład dotyczą tego, jak miałby wyglądać mój perfekcyjny koniec dnia.

Jak?

Chciałbym jechać przez Riwierę Francuską w dżipie z otwartym dachem, patrząc na zachodzące w oddali słońce i jeść zielone jabłko. Chciałbym też mieszkać w miejscu, gdzie mógłbym mówić językiem sztuki i gdzie jest dostęp do kultury wysokiej. Bez niej moje życie nie ma barw.

Fot. materiały prasowe

Szymon Komasa – polski śpiewak operowy (baryton) i aktor. Laureat i zwycięzca licznych międzynarodowych konkursów operowych, m.in. BBC Cardiff Singer of the World (2011), Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Veroniki Dunne w Dublinie w (2011) i Międzynarodowego Konkursu im. Marcelli Sembrich-Kochańskiej w Nowym Jorku (2014). Śpiewa w teatrach operowych w Polsce i za granicą. W 2019 roku ukazał się jego debiutancki nominowany do Fryderyka album „Polish Love Story”. Syn wokalistki Giny Komasy i aktora Wiesława Komasy, brat reżysera Jana Komasy, brat bliźniak wokalistki Mary Komasy oraz brat kostiumolożki Zofii Komasy.

Kara Becker
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę