Znaleziono 0 artykułów
03.12.2018

To my kształtujemy świat dla naszych dzieci

Bożena Przyłuska (Fot. Piotr Stasiak TV Kryzys)

Bożena Przyłuska to superbohaterka, która istnieje naprawdę. Wiceprezeska Stowarzyszenia Kongres Świeckości, działaczka Warszawskiego Strajku Kobiet i aktywistka miejska dodatkowo prowadzi własny biznes i wspólnie z mężem wychowuje dwóch synów. Nam opowiada o tym, jak znaleźć w sobie siłę, żeby zmienić świat.

Jak to się dzieje, że zwykła, pracująca, zajęta własnym życiem kobieta zmienia się w działaczkę społeczną i organizatorkę protestów?

Mój proces aktywizacji zaczął się, gdy urodziłam dzieci. Czułam presję, żeby je ochrzcić, wychowywać w duchu katolickim, posyłać na religię, żeby nie odstawały. Ten wszechobecny w Polsce konformizm zmuszający do życia zgodnie z konkretną tradycją, która zresztą dla większości jest martwa, był dla mnie nieznośny. Chciałam sama zdecydować o tym, jak wychowam swoje dzieci. Ale okazało się to trudne do zrobienia.

Reklama

Do tego poważnie zachorowałaś.

Tak. Miałam 33 lata, dwoje małych dzieci, dwa dyplomy magistra, rozgrzebane, niedokończone plany zawodowe i żadnego pomysłu na siebie. A kilka lat wcześniej zdiagnozowane stwardnienie rozsiane, które na szczęście po dwóch lekkich rzutach pozostaje do dziś w uśpieniu. I wtedy okazało się, że mam raka tarczycy. Przeszłam operację. Miałam dużo szczęścia, bo to był nowotwór w bardzo wczesnym stadium.

Bożena Przyłuska (Fot. Pamela Palma Zapata)

Wiele osób po takim doświadczeniu skupia się na czerpaniu radości z własnego prywatnego życia, a ty bardzo intensywnie zaangażowałaś się w działania społeczne.  Dlaczego?

Gdy okazało się, że znów mam szczęście, a do tego u boku kochającego męża, poczułam, że nie chcę zmarnować w życiu ani chwili na robienie rzeczy, które nie dają mi poczucia sensu i sprawczości. Założyłam firmę Hellowawa, w której realizuję się biznesowo i artystycznie, a potem coraz bardziej wsiąkałam w działania społeczne – feministyczne i na rzecz świeckiego państwa. Dla mnie granica między życiem prywatnym a działaniem na zewnątrz nie istnieje. Życie jest jedno. Wszystko to, co robię, jest dla mnie ważne. Ważne jest też to, co się dzieje wokół moich dzieci. I w ten sposób wracamy do tematu, który stał się głównym obszarem moich działań społecznych.

A co się działo wokół twoich dzieci?

Dzieci nie chodziły w przedszkolu na religię, a jednak w trakcie tych nieobowiązkowych zajęć musiały być w sali, w której je prowadzono, więc, wbrew mojej woli, były indoktrynowane. W szkole musiałam przez kilka lat walczyć o wprowadzenie etyki, która teoretycznie powinna być dostępna, ale dyrektorka szkoły bardzo mocno oponowała przeciw wprowadzeniu tych zajęć. Pisałam skargi do w Urzędu Dzielnicy, interweniowałam w kuratorium i MEN. No i musiałam znaleźć jeszcze szóstkę chętnych uczniów na zajęcia, które miały się odbywać poza planem lekcji, późno po południu. Gdy po pierwszym semestrze jedna z osób zrezygnowała, dyrektorka rozwiązała zajęcia i zwolniła nauczycielkę w połowie roku szkolnego. Na szczęście właśnie wtedy zmieniły się przepisy, więc wystarczyła już tylko jedna chętna osoba, by szkoła miała obowiązek wprowadzić zajęcia. Etyka wróciła, ale wspaniała zwolniona nauczycielka już nie. Rozjuszyła mnie ta sytuacja. Dlatego gdy Leszek Jażdżewski ogłosił zawiązanie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej „Świecka Szkoła”, wiedziałam, że muszę się w to włączyć.

Warto przypomnieć, że przepisy dotyczące etyki zmieniono po sprawie Grzelak przeciwko Polsce w Europejskim Trybunale Praw Człowieka. Wcześniej, żeby etyki uczono w szkole, musiało być siedmioro chętnych uczniów, a każdy rodzic trafiał ze swoją prośbą do dyrekcji szkoły sam i nie wiedział, ilu jest innych chętnych. To była furtka, z której wielu dyrektorów korzystało, mówiąc rodzicom, że nie ma siedmiorga uczniów chcących zapisać się na zajęcia.

Zlikwidowanie progu ułatwiło walkę o prawa uczniów takim rodzicom jak ja. W naszym gimnazjum udało się doprowadzić do tego, że religia jako lekcja nieobowiązkowa znalazła się poza głównym planem zajęć. Dzięki temu dzieci nie mają okienek. Niestety wiedziałam, że większość szkół dyskryminuje uczniów niechodzących na religię. Umieszcza więc ten nieobowiązkowy przedmiot w środku planu. Po sukcesie w naszej szkole poczułam, że potrafię zaktywizować innych ludzi, dlatego zostałam koordynatorką akcji ,,Świecka Szkoła’’. Najpierw w Warszawie, gdzie zebraliśmy pięćdziesiąt pięć tysięcy podpisów na samej „patelni” (czyli popularnym placyku przy stacji metra Centrum). Potem uruchomiłam jeszcze kilka miast. Uzbieraliśmy około sto pięćdziesiąt pięć tysięcy podpisów i złożyliśmy projekt ustawy w Sejmie.

Gdzie utknął na dobre. Nie szkoda waszego trudu?

Nie do końca. Projekt jest w tak zwanej „zamrażarce”. Nadal można go wyjąć, gdy nadejdą lepsze czasy. Ważne jest to, że przeszedł przez pierwsze czytanie. Inaczej niż projekt ,,Ratujmy Kobiety’’.

Który pogrążyli teoretyczni sprzymierzeńcy kobiet z opozycji parlamentarnej. Takie momenty, gdy wielomiesięczne wysiłki społeczniczek są niweczone przez decydentów, są chyba frustrujące?

To był jeden z wielu trudnych momentów związanych z tak zwaną „dobrą zmianą”. Granice mojej wytrzymałości zostały przekroczone już wcześniej, gdy wiosną 2016 roku na zlecenie episkopatu w kościołach w całej Polsce odczytywano list nawołujący do całkowitego zakazu aborcji. To spowodowało bunt i zryw wielu tak zwanych „zwykłych” kobiet, które wcześniej nie czuły konieczności angażowania się w sprawy publiczne. Włączyłam się w organizację Marszu Godności, który w pewnym sensie był wielkim sukcesem, a w innym , wielką klapą. Był sukcesem, bo zaangażował mnóstwo celebrytek i mnóstwo zwykłych dziewczyn, które poczuły, że są feministkami, choć wcześniej bały się tak o sobie mówić.

Bały się używać „brzydkiego” słowa na „f”?

Tak o tym myślały, ale wreszcie została przełamana pewna bariera. Wiele z nas zaczęło mówić o sobie: ,,jestem feministką’’ bez skrępowania, bez żadnego „ale”.  Z drugiej strony, marsz był klapą, dlatego że zaangażował raptem kilka tysięcy osób, a optymistycznie liczyłyśmy na milion oburzonych. Okazało się jednak, że ludzie są skłonni zaakceptować wiele, byle tylko nie musieć wyjść na ulice.

Może podzielają opinie episkopatu?

Sondaże nie pozostawiają wątpliwości, że opinia episkopatu w sprawie praw reprodukcyjnych kobiet nie jest akceptowana społecznie. Podziela ją zaledwie około 11 proc. społeczeństwa. Między innymi na fali oburzenia związanego z tymi sprawami jesienią 2016 roku powstał Ogólnopolski Strajk Kobiet, do którego natychmiast dołączyłam. Gigantyczna większość ludzi w Polsce nie chce tu fundamentalizmu. Z badań IBRIS zrobionych dosłownie kilka miesięcy temu na zlecenie Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny wynika, że liberalizacji prawa chce już 69 proc. Polek i Polaków.

Bożena Przyłuska (Fot. Piotr Kamionka/REPORTER/East News)

W ramach działań Strajku zrobiłaś coś, co przełamało ważne tabu. Opowiedz o Konferencji Episkopatu Polek.

Za pierwszym razem to było wydarzenie towarzyszące wielkim kobiecym protestom w październiku 2016. Miałam poczucie, że chociaż Kościół, wzmocniony bliską relacją z władzą, coraz bezwzględniej atakuje prawa kobiet, to biskupi wciąż nie muszą się obawiać o swój spokój i relaks, bo nikt nie śmie powiedzieć wprost, co o tym sądzi. Wydawało mi się, że musimy przestać milczeć o tym, kto inspiruje prawicowych polityków do nastawania na zdrowie, wolność i godność kobiet, a właściwie całych rodzin, bo Kościół żąda nie tylko całkowitego zakazu aborcji, ale też zakazu badań prenatalnych, antykoncepcji, in vitro i edukacji seksualnej. To ostatnie szczególnie uderza w dzieci, które nie dowiedzą się w szkole, jak uniknąć chorób przenoszonych drogą płciową, niechcianego seksu i niechcianej ciąży, czy „złego dotyku”.

Kościół, jak wiedzą już chyba wszyscy w Polsce, ma własny problem z tą ostatnią kwestią. Mapę kościelnej pedofilii, którą współtworzyłam z Fundacją Nie Lękajcie Się, odwiedziło już prawie cztery miliony ludzi, więc  wygląda na to, że ludzi naprawdę wkurza bezkarność sprawców w sutannach.

A jednak tabu jest niezwykle silne, więc wiele osób wciąż bagatelizuje tę sprawę. Kościół jest instytucją, która zarządza strachem i to powstrzymuje nas przed nazwaniem wprost różnych problemów i protestowaniem przed kościołami. Uznałam, że musimy to przełamać. Bo jeśli nie zaburzymy poczucia biskupów, że oni i ich instytucja są nietykalni i są ponad prawem, to sytuacja kobiet i dzieci będzie się pogarszać. Dlatego stanęłyśmy pod kościołami. Bez obrażania uczuć religijnych, czyli wchodzenia do kościoła w trakcie mszy, bez godzenia w kogokolwiek osobiście. Czytałyśmy listy, teksty, wypuszczałyśmy do nieba czarne balony. Oznaczało to symboliczne pożegnanie z episkopatem – odcięcie go od państwa i od procesu legislacyjnego i wtrącania się w prawa kobiet. Później, w reakcji na kolejne ataki Kościoła, zaczęłyśmy regularnie wracać z protestami pod kurie w różnych miastach Polski.

Ostatnio spotkałyśmy się przy organizacji demonstracji „Ręce Precz od Dzieci”, organizujesz też kolejne Kongresy Świeckości, współtworzysz Warszawski Strajk Kobiet, a do tego pracujesz zawodowo. Jak na to wszystko reagują twój mąż i dzieci?

Wspierają mnie i pomagają, gdy tylko mogą i w czym tylko są w stanie. Walka o etykę to przecież nie moja, a nasza wspólna decyzja i przedsięwzięcie. W kwestii praw kobiet mam bezgraniczne wsparcie Kuby, mojego męża, który podziela moje przekonania. A nasi synowie, Staś i Jaś, obserwują, rozmyślają, kształtują własne poglądy, czasem spierając się ze mną lub z tatą. I to ich na pewno uwrażliwia i wzbogaca. Myślę, że są ze mnie dumni, tak jak ja jestem dumna z nich. Jesteśmy rodziną, w której każdy jest wolny i ma prawo się realizować w zgodzie ze sobą. Zresztą, nasze życie nigdy nie przebiegało zbyt rutynowo. Odkąd urodziłam synów, pracuję projektowo, prowadzę własną działalność gospodarczą, co daje mi dużą elastyczność. Dzięki temu mogę być w domu, gdy jestem tam potrzebna i dostosować czas pracy do rytmu rodziny i akcji społecznych. Mój mąż jest lekarzem, dużo dyżuruje, pracuje według zmiennego planu. Czasem nie ma go w domu przez trzy dni, czasem jest dni dni z rzędu od rana do wieczora. Wtedy chętnie zajmuje się domem, sprząta, gotuje. Chłopcy też pomagają w domu i rozumieją, że czasem trzeba robić więcej. I w sumie, chociaż wszyscy zasuwamy, udaje nam się spędzać razem całkiem dużo czasu...

To dobra wiadomość dla kobiet, które chcą zacząć działać publicznie, ale mają z tym związane różne obawy. Jak jeszcze zachęciłabyś je do aktywności?

Powiedziałabym im: myślcie o sobie jako tych, które kształtują świat dla naszych córek i wnuczek. Niech to będzie wreszcie świat, w którym kobiety zajmują należną im połowę miejsca. I nauczcie się krzyczeć, bo dopiero wtedy zrozumiecie, kiedy szepczecie.

Agata Diduszko-Zyglewska
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę