Znaleziono 0 artykułów
13.03.2019

Vienio: Najki z ostrogami

Piotr „Vienio” Więcławski (Fot. Michał Jaworski, materiały prasowe)

– Musisz mieć w sobie coś z czołgu i coś z róży – mówi artysta, feminista, wolnomyśliciel Piotr „Vienio” Więcławski o doświadczeniu rapera. Jeden z twórców legendarnej Molesty wydaje właśnie zaangażowaną społecznie płytę „Twarzova”.

Tytuł „Twarzova” kojarzy mi się z twarzowymi kolorami…

Tytuł jest zapożyczony z piosenki o moich stu twarzach. O tym, że jest szereg różnych Vieniów: Vienio współczujący, Vienio rozgniewany i Vienio wzruszony, Vienio poważny, który słucha, i Vienio wkurzony na świat za to, jak on wygląda. Różne sytuacje się w życiu zdarzają i odpowiedzią na nie są właśnie te różne twarze. I choć nie ma tej jednej, wyłącznie prawdziwej, to nigdy w moim przypadku się nie zdarzyło, co poczytuję sobie za ogromny sukces, żebym ja te moje twarze ukrywał czy żebym coś udawał. Uśmiechał się, kiedy mi coś nie pasuje, czy przytakiwał ludziom, z którymi się nie zgadzam. Nie udaję, że nie widzę zła, i nie godzę się ze ściemą. Każda moja twarz jest prawdziwa. I to też jest symbol tego, jaki ten świat jest wieloraki. Można go postrzegać z różnych stron. Każdy temat poruszony na tej płycie jest przecież widziany z mojej perspektywy, a jeśli inni ludzie będą często mieli odmienne zdanie, to zachęcam do dialogu. Lubię ludzi, lubię rozmawiać, lubię poznawać inne perspektywy. To też daje mi pewien bufor bezpieczeństwa w posiadaniu własnej opinii. Bo zagrożenie w tej kwestii polega zazwyczaj na tym, że można się łatwo zakochać w swoim poglądzie, który zwykle wydaje nam się najbardziej słuszny. Ja nigdy nie myślałem, że wiem najlepiej, połknąłem wszystkie rozumy i to, co ja robię, jest wspaniałe, a każda inność jest be. Lubię zgłębiać różne systemy myślowe – socjologiczne, filozoficzne czy duchowe – i mam oczywiście w tym względzie jakieś swoje typy, ale szanuję i sprawdzam również inne. Jestem w tym aspekcie mocno synkretyczny, bo to pozwala zerknąć na wszystko z jakiejś takiej kosmicznej perspektywy.

Jeszcze kilka lat temu w środowisku hip-hopowym raper miał mieć jedną prawdziwą twarz.

To prawda, choć ja już od dłuższego czasu obserwuję w polskim hip-hopie, a szczególnie wśród raperów w moim wieku, naturalne rozwarstwienie. Kiedyś byli tylko chłopakami z osiedla, a teraz są jeszcze ojcami, byli raperami, a teraz są jeszcze biznesmenami. Bo cała ta kwestia rozbija się o to, co przystoi raperowi. Czy przystoi mu biegać? Pewnie, że przystoi. Czy przystoi prowadzić biznes? Też przystoi. Czy przystoi gotować? Mi na przykład przystoi. Bo rap nie może odbierać ci innych pasji. I wiadomo, że on sam jest tą wielką czy nawet największą pasją, ale też pozostawia sporo czasu na inne aktywności.

Ja sam tworzę moją własną definicję siebie. Zawsze byłem nonkonformistą. Gdy wszyscy wokół grali w nogę, ja szukałem kogoś, z kim mogłem pyknąć w zośkę. A gdy wszyscy ubierali się w mundurki, to ja miałem irokeza albo żółtą bluzę z kapturem. Wkurzała mnie masa idąca ślepo w jedną stronę. Zawsze miałem w sobie ten bunt.

Okładka płyty "Twarzova" (Fot. materiały prasowe)

Zawsze podążałeś za wewnętrznym głosem?

Dużo się nad tym zastanawiam, bo jest ogrom osób, które nie potrafią słuchać siebie. Do końca życia nigdy nie spotykają się z sobą samym i tkwią w bańce stereotypu. Ja jako młody człowiek sprawdzałem wiele rzeczy i wiele różnych postaw. Chciałem się dowiedzieć, czy potrafię być tym niegrzecznym raperem, który wali po mordzie, jak tylko go ktoś lekko szturchnie barkiem przy barze. Jednemu to pasuje, że może komuś wybić oko, że inni się go boją i on zawsze mówi ostatnie słowo, a drugiemu nie. I nie chciałbym, żeby to zostało opacznie zrozumiane, ale po wielokroć uświadamiałem sobie, że coś nie jest dla mnie. Oszukiwałem, a ja nie lubię oszukiwać, robiłem krzywdę, a tego koniec końców nie chciałem. To wszystko zostaje w człowieku, organizm się psuje od środka, plamy się robią na aurze czy duszy. I mi się to nie podoba, więc nie chcę tak żyć. Bardzo prędko rozpoznałem, że jestem artystą. To jest bardziej mój świat niż ciężki klimat ulicy. Szedłem więc dalej tą drogą. Ten proces następował jednak bardziej na zasadzie ewolucji niż rewolucji. Jeśli jesteś gotów się przeobrażać, to idziesz życiowym korytarzem, w którym jest szereg różnych drzwi. I możesz wciąż otwierać kolejne, by napotykać czasami lepszego siebie. Bo też robi się to wszystko dla własnej wygody, dla wygody własnej duszy.

Wróćmy na chwilę do bluz z kapturem. Jeszcze zanim zacząłeś rapować, jeździłeś na deskorolce. To ma dobry wpływ na ludzi?

Ja zawsze uważałem, że to właśnie deskorolka nauczyła mnie jakiejś takiej pierwo-tolerancji. Bo też zawsze było tak, że w tym środowisku byli dziani kolesie z bogatych domów, którzy mieli kasę na deski i ciuchy. I tacy ludzie jak my, ja, Włodi czy Kaczy, których rodziny były biedniejsze i nie miały na to pieniędzy. Wszyscy razem spotykaliśmy się wtedy pod Capitolem czy KC. I byliśmy jedną ekipą. Starsi koledzy mówili: „Ja mam już nowe buty, więc oddam ci te stare, jeździj sobie; nie masz na łożyska, to ci dam swoje; nie masz na deskę, a ja mam już nową, więc weź sobie tę i trenuj na niej”. Nie było pośród nas nigdy tej podwórkowej hierarchii, że ktoś jest małolat, więc będzie biegał po piwo, a ktoś jest silniejszy i będzie rządził, choć ma watę w głowie. Jedyne, co się liczyło, to nogi i talent do jazdy. Słuchaliśmy wspólnie muzyki, przegrywaliśmy sobie kasety i każdą wolną chwilę spędzaliśmy na tym samym murku. Byliśmy rodziną i mieliśmy poczucie wspólnoty. To właśnie deskorolka nas wychowała, ugładziła i być może też w pewien sposób przygotowała do tego hip-hopu.

A czy ten hip-hop, który w stereotypowym postrzeganiu żywi się szeregiem złych emocji i patologicznych zachowań, również cię w jakiś sposób ugładził? Bo nasz wspólny kolega i zarazem gość na twojej nowej płycie, Kosi, ukuł swego czasu teorię, że hip-hop robi z dobrych ludzi złych, a ze złych – dobrych.

Na pewno jest w tym dużo racji, bo wszyscy w jakiś sposób się w jego ramach uśredniamy. Niektórzy wychodzą za jego sprawą z jakiegoś mentalnego getta, a inni wpadają w ramy pewnego stereotypu. Ludzie z dobrych domów chcą stać się nieco bardziej buńczuczni i jacyś tacy rough, a ci ze świata, który na co dzień jest rough, chcą być docenieni przez ten niedostępny im wcześniej normalny świat.

Okładka singla „Minuta i 20 sec.“ (Fot. materiały prasowe)

Hip-hop poszerza ludziom horyzonty.

Ja z tego nieustannie czerpię. Zawsze lubiłem poznawać nowych ludzi i nie będzie w tym żadnej przesady, jeśli powiem, że ogrom z nich poznałem właśnie za sprawą hip-hopu. Nie zliczę wszystkich reżyserów, fotografów, grafików, dziennikarzy czy innych kreatywnych ludzi, których spotkałem na mojej drodze i którzy też potrafili mi czasami powiedzieć: „Słuchaj, ty dobrze śpiewasz piosenki, ale niekoniecznie okładkę dobrze zaprojektujesz czy zrealizujesz sobie klip”. Na początku chciałem być nie tylko raperem, ale też reżyserem, producentem, grafikiem i DJ-em. Mówiłem ekipie na planie, że oni tu źle stoją, że będzie bardziej hip-hop, jak tu bliżej podejdą. Gdy będzie slow motion, to będzie A Tribe Called Quest, a jak to idzie w normalnym tempie, to wychodzimy jak pajace w „5-10-15”. Długie lata bałem się o mój wizerunek. Gdy zacząłem pracować w profesjonalnych zespołach, technologia i jakość się zmieniły, a ludzie zajmujący się innymi gałęziami sztuki zaczęli bardziej kumać, o co w tym hip-hopie chodzi. Nagle się okazało, że jak szanujesz pracę reżysera i grafika, producenta, który robi bity, i DJ-a który gra z tobą koncerty, to wszystko zaczyna się lepiej układać. Wtedy każdy się czuje artystą i każdy jest potrzebny. Całe to dzieło zaczyna nabierać barw.

Strach o naruszenie własnego wizerunku wydaje się nieodłączną częścią tak radykalnej ekspresji jak chociażby wasza z okresu debiutanckiej Molesty.

Ja dobrze pamiętam tę bojaźń. Jak podpisywaliśmy kontrakt z Pomatonem, to najważniejszym dla nas punktem, dużo ważniejszym niż finanse i jakakolwiek inna kwestia, było to, żeby nikt się nam nie wtrącał do płyty. Z Włodkiem dostawaliśmy alergii na samą myśl o tym, że ktoś mógłby mieć jakikolwiek wpływ na nasze nagrania. Gdy mieliśmy już w naszym kontrakcie punkt dotyczący tego, że mamy pełną wolność artystyczną, uznaliśmy, że umowa jest wynegocjowana. A to jest przecież kompletna bzdura, bo innych punktów było tam 40. I tak do dzisiaj narzekamy na tę straszną umowę z Pomatonem, który nas przez siedem lat ciemiężył, a chłopaki wokół, rockandrollowcy tacy jak Muniek, mieli właśnie swoje pięć minut, jeździli furami i budowali domy.

Ty też miałeś swój punkowy okres, który otrzymał swoiste podsumowanie na płycie „Profil pokoleń”, na którą zaprosiłeś m.in. Jędrzeja „Kodyma” Kodymowskiego, Dariusza Malejonka czy Tomka Lipińskiego. Od nich też pobrałeś jakieś życiowe lekcje?

Będąc tym młodym punkowcem, nie znałem jeszcze chłopaków. Dopiero jako hip-hopowiec zostałem przez nich rozpoznany. Bardziej jednak niż mechanizmów działania branży muzycznej uczyłem się od nich… świadomości. Towarzystwo Tomka Lipińskiego, Sławka Gołaszewskiego czy Roberta Brylewskiego to była nauka tolerancji. Ja w ogóle zawsze sporo uczyłem się od starszych. Od kiedy pamiętam, na podwórku byłem najmłodszy w ekipie. Wolałem się bujać ze starszymi, bo oni, po prostu, wiedzą więcej. Jeśli traktują cię jak równorzędnego, to możesz wynieść z tego wiele lekcji. Do dzisiaj mam wielu starszych kolegów. I oczywiście mam też wielu młodszych, bo zawsze trzeba w tej kwestii trzymać pewien balans, który ci pozwala nie zezgredzieć. Jeśli jednak umiesz go zachować, to przebywając ze starszymi kolegami, możesz prędzej stać się spokojniejszy, osiąść i wzbogacić swój mental.

 

Brylewski i Gołaszewski jawią mi się jako wrażliwcy, podczas gdy scena rapowa przez długie lata nie była miejscem, w którym warto było wrażliwość pokazywać. Ty ją ukrywałeś?

Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek cokolwiek ukrywał, ale na pewno z czasem nabywałem nowych umiejętności. Moja narzeczona jest aktorką, więc – nie ma co ukrywać – czasami bywam i całkiem nieźle odnajduję się na tych różnych premierach filmowych czy teatralnych. Potrafię zagadać z facetem pod sklepem, co prosi o kilka złotych, bo mu brakuje na jedzenie, i z kucharzem w eleganckiej restauracji, z artystą i… kulturystą. Z człowiekiem każdego właściwie kalibru potrafię się dogadać i zawsze przynosi mi to dużo satysfakcji. To jest to wyjście z getta, o którym mówi się często w kontekście amerykańskiego hip-hopu. Wielu tamtejszych raperów zaczynało na blokach od handlu narkotykami i codziennych awantur, a w końcu wylądowało w branży filmowej, wielkim biznesie i na przeróżnych eleganckich imprezach. I o ile ta droga zawodowa przebiega często bardzo naturalnie, o tyle jest przecież jeszcze to drugie, symboliczne wyjście z getta, czyli pozbycie się mentalnych kajdan.

I to jest zazwyczaj dużo trudniejsze.

To prawda, ale w nas wszystkich, artystach hip-hopowych, bloki nie zabiły wrażliwości do cna, bo czujemy, że coś w nas siedzi. Czujemy potrzebę, żeby coś napisać i zrobić z tego numer. Stosunkowo niewiele osób ma odwagę napisać wiersz lub zrealizować piosenkę po to, żeby… poddać się cudzej ocenie. Większość ludzi nie jest psychicznie gotowa na to, że może się to komuś nie spodobać. I jak ktoś im powie, że to jest niemęskie, niedamskie czy nie takie, jak sobie wyobrażali, to oni się schowają do muszli jak ślimak. Bo kiedy jesteś artystą, musisz być bardzo wrażliwy, a jednocześnie mieć czterocentymetrową chitynową skórę albo pancerz, przez które nic się nie przebije. Musisz mieć w sobie coś z czołgu i coś z róży. Piękna metafora – „róża wyrosła na betonie”, tytuł książki o Tupacu, to jest chyba najlepsza definicja tego naszego rapowego jestestwa.

Piotr "Vienio" Więcławski (Fot. Arek Stan)

Ty masz chyba wyjątkowo grubą skórę, bo nie dość, że zmieniasz style, to jeszcze otwarcie wypowiadasz się na tematy społeczne.

Myślę o tym, co mam do zrobienia, ale też o tym, co na mnie wpływa. O tym, co się dzieje w tym kraju i czy ja się z tym zgadzam, czy nie. A że na wiele rzeczy się nie zgadzam, to często te moje sądy wygłaszam. Dziś to niektórym ludziom pasuje, bo są trudne czasy, ale za kolejne kilka lat mogą przyjść jeszcze trudniejsze i choćby nawet rządząca wtedy partia była mi dużo bliższa czy była z… kosmosu, to jak mi coś nie będzie w ich postępowaniu pasować, będę o tym głośno mówił. Politycy przychodzą i odchodzą, zmieniają się tendencje społeczne i ekonomiczne. Ja też nieustannie weryfikuję swoje poglądy, ale nigdy nie dam się zmanipulować. Niezależnie od tego, czy u steru jest partia prawicowa, lewicowa czy centrowa, to zło jest złem, a dobro dobrem. Nie interesuje mnie więc i nie dotyka to, że ktoś mnie nazywa lewakiem i próbuje stereotypowo włożyć w ramy jakiegoś myślenia, za które inny byłby gotowy zabić. Aktualnie jasno określone poglądy polityczne i proste podziały są dla wielu osób najważniejsze, a to przecież jest tylko jedna ze składowych człowieka. Ten ktoś jest nadal bardziej Markiem, Justyną, Piotrkiem czy Martą niż żołnierzem jakiejś frakcji. Mi takie myślenie jest bardzo odległe. Wokół mnie może być bardzo wiele osób, z którymi się nie zgadzam. Nie mam jednak najmniejszej chęci eliminować ich z przestrzeni publicznej ani zarzucać im, że są ścierwem albo zdrajcami. To skandaliczne.

Dla mnie przykre jest też to, że polska scena rapowa przestała zabierać głos w kwestiach politycznych, a jeśli już gdzieś go słychać, to zwykle po stronie partii rządzącej. W swoich początkach rodzime środowisko hip-hopowe było antysystemowe.

Dokładnie tak. Swego czasu rap pierdolił nie tylko policję, ale też wszystkie inne struktury państwowe, a dziś jest rap prawicowy, nacjonalistyczny, rasistowski… Ja nie mam z tym nic wspólnego, nie wchodzę pod żadne parasole ideowe i nie zapisuję się do żadnych myślowych obediencji. Jestem wolnomyślicielem.

Piotr "Vienio" Więcławski (Fot. Michał Jaworski, materiały prasowe)

Wydaje mi się jednak, że nie jesteś jedynym gościem, który ma podobne poglądy na świat, a reszta siedzi cicho.

Taki jest niestety cały show-biznes. Jak powiedział kiedyś Maleńczuk, ktoś się gdzieś wypowie, inny napisze coś na Facebooku, jeszcze inny podpisze się pod jakaś petycją, a cała reszta siedzi w domu i liczy kasę. Tylko tu pojawia się jeszcze pytanie o to, czy każdy artysta musi zabierać głos w debacie publicznej. Bo jeden będzie robił muzykę po to, żeby ludzie tańczyli, a inny po to, żeby myśleli. Jeden powie wszystko o sobie samym i zupełnie nic o otaczającym go świecie, a inny uważa, że ma prawo do komentowania rzeczywistości, w której żyjemy. Tych definicji będzie pewnie tyle, ilu ludzi biorących się za dany fach. Dla mnie przykre jest to, że nawet kiedy dzieją się w tym kraju rzeczy naprawdę straszne, nikt nie zabiera głosu. Na mnie wylano wiadro zimnej wody, gdy wstawiłem się za kobietami. Byłem chyba jedyną osobą ze świata rapu, która pomyślała o kobietach. A moja ekspertyza w tej kwestii opierała się na tym, co, wydaje mi się, powinien zrobić każdy facet. Zapytałem moją narzeczoną i moją mamę, co one sądzą na ten temat. A wszystkie te hejterskie wpisy, które do mnie dotarły, to były wypowiedzi jakichś tępych szowinistów, którzy w ogóle nie szanują kobiet i myślą, że mogą załatwić sprawę tak jak faceci w sutannach – uczyć innych, co mają robić w kwestii, o której nie mają pojęcia. Ja się na to nie zgadzam, ja, facet, który żyje z kobietą pod jednym dachem.

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest moim zdaniem to, że dziś właściwie nie ma czegoś takiego jak kontrkultura.

Hipsterzy wyglądają dzisiaj jak faceci z amerykańskich doków, słuchają Joy Division czy The Stooges i chodzą na wystawy do Zachęty albo na koncerty swoich kumpli, ale, podobnie jak w przypadku współczesnego hip-hopu, nie słychać z ich strony żadnego wyraźnego głosu tego pokolenia. Stawiają się w opozycji do kultury popularnej, słuchają, czytają i wzorują się na buntownikach, ale nie sposób ich nazwać kontrkulturą w dawnym rozumieniu tego słowa, bo nic nie mówią.

Brakuje buntu.

Nie ma dziś tak wyraźnych postaci jak kiedyś. Większość artystów istnieje tylko w merkantylnym obiegu własnych piosenek. Szereg osób idzie po tej łatwiejszej linii wyrazu artystycznego, zbiera za to pieniądze i tak sobie współżyje w tym grzaniu się we własnym fejmie. I choć wszyscy są bardzo kolorowi, to jednocześnie są niesamowicie szarzy. Widzimy ich tylko w ich teledyskach czy na instastories, a nie w przestrzeni publicznej. Jedynymi ich wyróżnikami są wizerunek, moda i styl muzyczny. I to się też odbija w wywiadach, których udzielam przez przeważającą część mojej drogi twórczej. Dziennikarze zazwyczaj pytają mnie o to, jakie bity będą na płycie, w którym studio ją nagrałem, jaka marka mnie sponsoruje i gdzie będę grał koncerty. A gdzie są pytania o to, co myślę o otaczającym nas świecie? Dlaczego prawie nikt nie chce, żebym to skomentował z punktu widzenia artysty? Przecież artyści istnieją też po to, żeby dawać ludziom inspirację. Salvador Dali powiedział kiedyś: „Nie inspiruj się innym, tylko bądź inspiracją dla innych”. Bądź punktem odniesienia.

Zdarzało mi się wprawiać raperów w zakłopotanie, gdy pytałem ich o coś innego niż muzyka…

A to ciekawe… Przecież jeśli człowiek coś nagrywa, to znaczy, że ma coś do powiedzenia. Dlaczego więc nie korzysta z tego, że ktoś chce się dowiedzieć, z czego wynika ta potrzeba? Napisanie piosenki jest w moim przypadku często konsekwencją jakiegoś wkurzenia. A to, skąd się ono wzięło, jest równie ciekawe jak sam jego wyraz. Piosenka jest tylko utworem muzycznym. Ma dać bodziec i wykrzesać iskrę, a potem można góry przestawiać swoją postawą, swoim poglądem, całym swoim jestestwem.

To może jeszcze na koniec właśnie o tych piosenkach pogadajmy. Swego czasu Fisz powiedział mi ciekawą rzecz o tym, że wraz z tym, jak stawał się starszy, coraz trudniej przychodziło mu pisanie rapowych tekstów, bo liczba słów, które musisz wpakować w rapową zwrotkę czy nawet wers, świetnie korespondowała z ilością bodźców, które przyswajał jako młody człowiek. Później zaczęły go zajmować bardziej ważkie tematy, które łatwiej zawrzeć mu było w kilkunastu słowach.

Ja się w tej kwestii rozpadam powoli na dwie części. Niedawno udało mi się bowiem napisać trzy piosenki dedykowane innym artystom, a wszystkie przygotowane do pracy z pełnymi zespołami, zupełnie nierapowe i też zupełnie… nie dla mnie. Rapowy tekst to, jak słusznie zauważył Bartek, setki słów, które wyrzuca się z siebie na bicie, a w innych gatunkach trzeba te słowa cedzić tak, żeby opisać w nich ten świat jak najbardziej zrozumiale, celnie i pięknie. I ja wraz z mijającymi latami doszedłem do momentu, w którym doceniam obie te formy wypowiedzi. Najchętniej bym je złączył w jeden spójny byt. Dobre teksty rapowe podszyte celnymi metaforami. Kanonady słów, z których każde byłoby poetyckie. Sportowe buty podbite metalem, takie najki z ostrogami. Ostatnio widziałem takie obuwie – dół od sneakersów, a góra od kowbojek, więc podobne hybrydy się zdarzają.

 

Piotr Więcławski (ur. 1977), lepiej znany jako Vienio, to filar polskiej sceny hip-hopowej. Jego macierzysty zespół – formacja Molesta Ewenement, wprowadził do języka potocznego szereg nowych słów, takich jak elo, melanż czy lamus, a jej debiutancki longplay „Skandal”, wydany w 1998 roku, jest jednym z najlepszych zapisów rzeczywistości blokowiska schyłku zeszłego wieku. Przez kolejne dwie dekady DJ Variat, jak nazywa się czasem wokalista, producent i tekściarz, reżyser, dziennikarz i… kucharz, wydał szereg albumów wraz ze swoim pierwszym zespołem, w duecie z Pelsonem, a także solo.

Filip Kalinowski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę