Znaleziono 0 artykułów
11.05.2021

William i Harry: Rozpad relacji między braćmi

(Fot. Getty Images)

„Mamy więc dwóch braci, którzy bardzo się kochali, ale nie potrafili wznieść się ponad swoje ograniczenia. Dla Williama najważniejszy był przyszły kształt jego monarchii, dla Harry’ego miłość do skomplikowanej i urzekającej kobiety”. Prezentujemy fragment książki „Bitwa braci. William, Harry i historia rozpadu rodziny Windsorów” Roberta Laceya, która ukazała się nakładem wydawnictwa Agora. 

Harry i Meghan nabrali przesadnego mniemania o swojej wielkości i roli, którą odgrywają w rodzinie królewskiej. W ciągu miesięcy, które upłynęły od ich ślubu, mogliśmy się przekonać, że łączy ich pewna ułomność charakteru – oboje najpierw wspięli się na szczyty szlachetnej pewności siebie, by potem stoczyć się w cierpiętnicze użalanie nad własnym losem i przekonanie, że zostali niewinnymi ofiarami. Uważają, że świat jest do nich wrogo nastawiony, i zaczynają przejawiać autodestrukcyjne zachowania, które prowokują rzeczywistą niechęć. 

(Fot. Getty Images)

Ale nie tym chcemy się zajmować w tym momencie. Najważniejsza jest tutaj obserwacja, że narodziny pierwszego dziecka Harry’ego i Meghan w maju 2019 roku znacząco odmieniły sposób myślenia i działania obojga rodziców. Trudności, które niegdyś byliby gotowi znieść, teraz stały się niemożliwe do zaakceptowania – zagrożenia, które nie wydawały się szczególnie istotne, teraz niosły ze sobą straszliwe niebezpieczeństwo. Mamy tu więc kolejny ważny powód, dla którego zaledwie dziesięć miesięcy po urodzinach Archiego jego rodzice spakowali manatki i opuścili Wielką Brytanię wraz z ukochanym dzieckiem, które tak bardzo odmieniło ich poglądy na życie. 

– Zawsze będę chronił moją rodzinę – oświadczył Harry po narodzinach syna. – Teraz mam kogo. 

„Arche”, jak już wspominaliśmy, oznacza w starożytnej grece „przyczynę działania”. Trudno chyba o bardziej pretensjonalne imię dla biednego, niewinnego dziecka! Powinniśmy też jednak docenić, jak bardzo to imię pasuje do sytuacji z lata 2019 roku – przecież wszyscy rodzice są przekonani, że w ich życiu zaczyna się nowy rozdział, gdy trzymają na rękach dopiero co narodzone dziecko. Wyczuwają jego kruchość, zastanawiają się z troską nad przyszłością tej nowej ludzkiej istoty, za którą są teraz odpowiedzialni. 

W maju tamtego roku (Archie urodził się 6 maja o 5.26 rano) Meghan całymi dniami słała e-maile i SMS-y dotyczące numeru brytyjskiego „Vogue’a”, który współredagowała. Harry zaś pracował nad swoim udziałem, czyli wywiadem z doktor Jane Goodall, brytyjską badaczką, antropolożką i aktywistką. Goodall przyjechała na rozmowę do Frogmore Cottage, świeżo wyremontowanej posiadłości opisanej w pierwszym rozdziale, która była nowym domem Sussexów położonym na terenach zamku w Windsorze. Gdy wywiad dobiegał już końca, dołączyła do nich Meghan. Czule tuliła maleńkiego Archiego w ramionach, a potem dała go do potrzymania osiemdziesięciopięcioletniej Goodall. 

(Fot. Getty Images)

„Był bardzo mały i bardzo śpiący – i niezbyt zadowolony, że rozdzielono go z mamą – wspominała Goodall. – Byłam chyba jedną z pierwszych osób spoza rodziny, która miała okazję go przytulić. Podniosłam jego rączkę do pozycji, w której trzyma ją królowa, gdy pozdrawia tłumy. »Pewnie będzie się musiał tego nauczyć« – powiedziałam. Na co Harry
odrzekł: »Nie! Nie będzie się tak wychowywał«”. 

8 maja, zaledwie dwa dni po narodzinach Archiego, prezenter programu „5 Live” Radia BBC, sześćdziesięciojednoletni Danny Baker, jeden z najpopularniejszych i najczęściej nagradzanych dziennikarzy (Osobowość Radiowa Roku w 2011, 2012 i 2014) zamieścił na swoim niezwykle popularnym koncie twitterowym pewną starą fotografię. 

Czarno-białe zdjęcie z 1925 roku ukazywało elegancko ubraną parę na schodach przed gmachem sądu w Tennessee trzymającą za ręce małego szympansa odzianego równie elegancko jak oni – w płaszcz, melonik, lśniące buty i getry. Był to amerykański fotos propagandowy związany z osławionym „małpim procesem” – tematem filmu Kto sieje wiatr – podczas którego fundamentaliści spierali się ze zwolennikami teorii ewolucji o naturę stworzenia. Czy Bóg dosłownie ulepił Adama i Ewę z gliny na swoje podobieństwo, jak napisano w Biblii, czy też pochodzimy od małp, jak twierdził Karol Darwin? To właśnie zdjęcie, z udziałem aktorów i znanego z występów w wielu filmach szympansa, miało ilustrować argument fundamentalistów, że nawet jeśli ubierzemy małpę w płaszcz i melonik, pozostanie ona małpą. 

Nie takie było jednak przesłanie Danny’ego Bakera z BBC. „Królewskie dziecię opuszcza szpital” – brzmiał jego podpis pod zdjęciem. Post stał się przyczyną prawdziwej burzy medialnej, a Baker natychmiast go usunął, pisząc: „Użyłbym tego samego głupiego zdjęcia do zilustrowania narodzin jakiegokolwiek innego królewskiego dziecka albo dziecka Borisa Johnsona, albo nawet mojego. To zabawny obrazek… Cóż, zdrówka, Archie, wybacz, kolego”. 

„Tak, owszem, usunął zdjęcie – odpowiedziała inna prezenterka
„5 Live”, Scarlette Douglas. – Ale jego przeprosiny wcale nie brzmiały szczerze. Uważam, że to nie w porządku”. 

BBC przyznało jej rację i natychmiast zwolniło Bakera. „To był poważny błąd – mówił rzecznik Radia 5 – sprzeczny z wartościami, które jako stacja radiowa chcemy upowszechniać”. 

Pałac Buckingham zachował milczenie, podobnie jak Harry i Meghan – choć jak teraz wiemy, para zauważyła z rozgoryczeniem, że „antyrasistowska” Wielka Brytania nie potrafiła po prostu zignorować tweeta Bakera lub potraktować jego „żarciku” z pogardą, na jaką zasłużył. Wręcz przeciwnie, zdjęcie ochoczo powielano w gazetach i mediach społecznościowych całego kraju przez kilka kolejnych dni, by wszyscy mogli się nim należycie oburzyć. 

(Fot. Getty Images)

BBC przynajmniej starało się postąpić stosownie do sytuacji. Jednak ta sama korporacja zachowała się znacznie mniej wiarygodnie, gdy podobny i dość groźny incydent wydarzył się jakiś czas wcześniej, kiedy Meghan była w piątym miesiącu ciąży. 

Na początku grudnia 2018 roku na stronie internetowej BBC pokazano obrazek przedstawiający uśmiechniętego księcia Harry’ego zbryzganego krwią z pistoletem przystawionym do głowy i napisem: SEE YA LATER RACE TRAITOR! (Na razie, zdrajco rasy!). Słowa były równie szokujące jak rysunek, który był dziełem Sonnenkrieg Division, brytyjskiej grupy neonazistowskiej powstałej zdaniem BBC z inspiracji amerykańską skrajnie prawicową organizacją Atomwaffen Division. Atomwaffen (co po niemiecku oznacza „broń atomową”) sławiła Adolfa Hitlera i zbrodniarza Charlesa Mansona, łączono ją z pięcioma morderstwami o podłożu rasowym i seksualnym. 

BBC było dumne z doniesień o Sonnenkrieg Division, w wyniku których zatrzymano dziewiętnastoletniego Michała Szewczuka z Leeds oraz osiemnastoletniego Oskara Dunna-Kaczorowskiego z Chiswick w zachodnim Londynie. W czerwcu 2019 obaj przyznali się do zarzutów związanych z nawoływaniem do terroryzmu i zostali skazani na długi okres zatrzymania w więzieniu dla młodych przestępców. 

Jednak bardziej szczegółowe śledztwo wykazało, że ci dwaj fanatycy byli jedynymi znanymi z nazwiska członkami tak zwanej Sonnenkrieg Division. Grupa o szumnej nazwie „Jednostka Śledcza BBC” nie potrafiła podać innych tożsamości, nie wspominając już o szczegółach dotyczących spotkań, których należałoby się spodziewać po rzeczywistej organizacji. Plakat z Harrym został potraktowany przez BBC jako wiadomość o dużym znaczeniu. Informację podano w ogólnokrajowych wiadomościach i analizowano przez kilka minut w „News at Ten”, głównym dzienniku BBC. Jednak czy ci dwaj mężczyźni rzeczywiście tworzyli jakąś większą „grupę”, nie wspominając już o ruchu? Czy też była to jedynie para otumanionych nienawiścią młodych szaleńców, których słowa potraktowano jak tanią sensację i nagłośniono bardziej, niż na to zasługiwały? 

Takie właśnie pytania stanowiły istotę skargi, którą książę Harry wniósł do BBC wkrótce po upublicznieniu plakatu, twierdząc, że nagłośnienie zachęty do zamachu może „poważnie zagrozić jego bezpieczeństwu” oraz „naraziło na ogromny stres jego rodzinę, a szczególnie żonę, która jest w piątym miesiącu ciąży”. 

BBC odrzuciło te zarzuty, twierdząc, że należało pokazać plakat, by zilustrować „naturę grupy”, a Ofcom, organ nadzorujący rynek mediów, poparł stanowisko korporacji. Zgodnie z orzeczeniem „w interesie publicznym” leżało dosadne ukazanie „obraźliwej natury przesłania grupy”. 

„To było ważne działanie dziennikarskie – brzmiała konkluzja. – Do informacji dołączono rysunek z podobizną księcia Sussex, by pokazać odrażającą naturę zachowania tych ludzi”. Korporacja przeprosiła jednak, że „nie poinformowała z wyprzedzeniem pałacu Kensington o tej publikacji”. 

Dopiero po osobistej rozmowie Harry’ego z szefem BBC, Tonym Hallem, dziewięć miesięcy później opublikowano pełne przeprosiny, w których zaznaczono, że Harry jako najbardziej znany brytyjski żołnierz, który walczył w Afganistanie, do końca życia będzie celem ataków talibów i że wuj jego ojca „Dickie” Mountbatten został zamordowany przez irlandzkich terrorystów. Każdego roku mało znana, lecz niezbędna jednostka brytyjskiej policji o nazwie FTAC – Fixated Threat Assessment Centre – oraz londyńska policja metropolitalna sprawdzają wraz z MI5 ponad tysiąc gróźb kierowanych pod adresem królowej i jej rodziny przez stalkerów i maniaków. 

(Fot. Getty Images)
(Fot. Materiały prasowe)

Tweet Danny’ego Bakera z szympansem i jego późniejsze przeprosiny oraz plakat „SEE YA LATER…” z groźbą zamachu – w obu przypadkach użyto w lekceważący i podszyty rasizmem sposób słowa „ya” – pokazują jednoznacznie, że brytyjska opinia publiczna, na co dzień okazująca ogromny szacunek i miłość do rodziny królewskiej, równie chętnie dokopie jej członkom dla zabawy, jeśli tylko będzie miała na to ochotę. Kochamy ich, kiedy spełniają nasze oczekiwania, ale śmiejemy się z nich, kiedy tego nie robią. Naród co roku przeznacza z podatków sześćdziesiąt siedem milionów funtów na utrzymanie rodziny królewskiej, uważa więc, że ma prawo traktować ją jak swoją zabawkę. 

Jako owoce wyzutego z miłości małżeństwa, które zawarto tylko dla dobra narodu, William i Harry byli żywymi przykładami syndromu „dokopać im”. Widzieliśmy wcześniej w rozdziale o Highgrove, jak Harry’ego uczono roli niereformowalnego drania za pomocą skandalu narkotykowego i incydentu z nazistowską opaską oraz jak dzięki tym samym wydarzeniom William mógł się cieszyć coraz lepszą reputacją. Wydawało się, że teraz żona Harry’ego i jego bezbronny synek, w którego żyłach płynęła również krew niewolników, zostali obiektem takiego samego obrzydliwego traktowania ze strony uprzedzonego narodu. A gdzie był William, rycerz na białym koniu, który powinien ruszyć im na ratunek lub choćby wesprzeć dobrym słowem, gdy było to naprawdę ważne? Gdy doszło do dwóch wspomnianych wcześniej incydentów, bracia podobno nie odzywali się do siebie przez jakiś czas. Teraz sprawa wyglądała znacznie poważniej. 

Nic już nie było między nimi takie samo od tamtej pamiętnej chwili w 2016 lub 2017 roku, gdy William chciał przesunąć w czasie kluczowe decyzje Harry’ego wobec Meghan, a potem zabiegał o pomoc Charlesa Spencera. Harry podobno poczuł się głęboko urażony tą podwójną interwencją i wpadł we wściekłość.

„Powiedziano wtedy i zrobiono wiele bardzo szkodliwych rzeczy
– wspominał ich przyjaciel Tom Bradby. – Atmosfera zrobiła się gęsta i nieprzyjemna… Mało kto próbował jakkolwiek uleczyć te rany”.  

Nikt jednak nie wie, czym dokładnie mogły być te „naprawdę szkodliwe rzeczy”. W czasie gdy powstaje ta książka, nie istnieją żadne wiarygodne opisy tego, co William i Harry powiedzieli sobie podczas tych bolesnych rozmów – należy to szczególnie podkreślić. Wszystko, co zewnętrzny świat wie o chwili rozłamu między królewskimi braćmi – i wszystko, co zechciał wyjawić William pytany o to przez przyjaciół – ogranicza się do stwierdzenia, że chodziło o tempo i rozwagę. William czuł po prostu, że Harry działa „zbyt szybko”. 

Wydaje się, że należy ten fakt poczytać obu braciom za zasługę, dowodzi on bowiem, że pomimo wszystkich nieporozumień, które w 2020 roku zawiodły ich na przeciwległe strony globu, synowie Diany wciąż są wobec siebie lojalni. Zachowali szczegóły tego sporu dla siebie, dzieląc się ze światem tylko odrobiną informacji. Oczywiście ukazuje to również, jakie ograniczenia są narzucone przez zasady funkcjonowania w królewskiej bańce – im mniej mówi się o problemie i im mniej wiedzą o nim inni, tym bezpieczniej. Obaj bracia znają te reguły. 

(Fot. Getty Images)

Nie umniejszamy jednak znaczenia uczucia złości. Harry otwarcie przyznaje, że od czasu do czasu zdarza mu się wpaść w niepohamowaną wściekło–ść jego starszy brat również już ddoe nie jest wzorem cierpliwości i spokoju. Po ślubie z Karolem w 2005 roku Camilla mówiła swoim krewnym i przyjaciołom, jakim zaskoczeniem było dla niej odkrycie tego nieznanego oblicza „księcia czarusia” – „ten chłopak ma temperament!”. Żona Karola była przerażona, gdy William czasami tracił nad sobą panowanie i wściekle atakował ojca w jej obecności. Z opowiadań Camilli wynika, że były to małe trzęsienia ziemi, przy czym wrzeszczał i złościł się głównie William, a Karol potulnie go wysłuchiwał. William nawet nie próbuje się powstrzymywać w takich chwilach. Młody książę potrafi wpaść w gniew proporcjonalny do znaczenia, jakie przywiązuje do swojej przyszłości w roli króla, a jeśli ojciec nie zdoła sprostać jego oczekiwaniom, syn bez ograniczeń daje ujście złości. 

W roku 2017, czyli w dwudziestą rocznicę śmierci Diany, William pozostał nieugięty i nie zechciał wygłosić pojednawczej uwagi o ojcowskiej opiece Karola nad pozbawionymi matki synami. Królewscy specjaliści od PR błagali młodego księcia, by uczynił jakiś drobny gest w stronę Karola podczas rozmowy z dziennikarzami przed pokazem filmu dokumentalnego ITV Diana, nasza matka, ale spotkali się ze stanowczą odmową. William nie był gotów udawać, że pochłonięty pracą, wiecznie zamartwiający się Karol opiekował się synami tak troskliwie, jak to obiecywał. 

Starszy z braci nie widział też powodu, by ważyć słowa w 2016 lub 2017 roku, gdy mówił o tym, że Harry nie jest dość ostrożny i rozważny w wyborze żony. William wypowiadał się nie tyle jak brat, ile jak szef kadr oceniający wartość nowo przybyłej pracownicy oraz walory, jakie ta pracownica może wnieść do „Firmy”, którą on, oczywiście, kiedyś będzie kierował. 

Mamy więc dwóch braci, którzy bardzo się kochali – naprawdę głęboko i szczerze – nie potrafili jednak wznieść się ponad swoje ograniczenia, gdy w grę wchodziło coś, co było dla nich bardzo ważne. Dla Williama był to przyszły kształt jego monarchii – jego świętego dziedzictwa; dla Harry’ego miłość do skomplikowanej i urzekającej kobiety, która w końcu nadała jego życiu sens. 

Jednak nawet skłóceni i zacietrzewieni bracia byli zgodni co do tego, jakie działania powinni podjąć w następnej kolejności – na początek rozdzielić finanse i siedziby. W listopadzie 2018 roku, gdy Meghan była od kilku miesięcy w ciąży, ogłoszono, że na wiosnę oboje z Harrym wyprowadzą się z Nottingham Cottage w Kensington i zamieszkają w Frogmore Cottage w Windsorze. Przyszłym rodzicom podobała się myśl, że będą wychowywać dziecko w bardziej naturalnej scenerii. 

(Fot. Getty Images)

To oznaczało, że bracia powinni również rozdzielić biura, z których korzystali wspólnie w Kensington od 2012 roku. Harry złożył prośbę o stworzenie własnego biura i minidworu, najlepiej we Frogmore. Nie spotkało się to jednak ze zrozumieniem królowej i księcia Karola, którzy musieliby sfinansować wszystkie zmiany. Harry’emu i Meghan powiedziano, że ich pracownicy będą musieli korzystać z biur w pałacu Buckingham pod nadzorem sir Edwarda Younga – co z pewnością nie podobało się żadnej ze stron. Jednak Buckingham był główną siedzibą królewskiej rodziny, a młoda para chciała się przekonać, co wyniknie z takiego układu. 

Najsmutniejszym – i to pod wieloma względami – aspektem rozstania braci była ich decyzja o podzieleniu Royal Foundation (Fundacji Królewskiej), świetnie prosperującej organizacji charytatywnej, którą założyli wspólnie dziesięć lat wcześniej, by wspierać szlachetne inicjatywy. Fundacja, która co roku gromadziła od siedmiu do ośmiu milionów funtów i wpłacała je na konta około dwudziestu sześciu organizacji charytatywnych, ucieleśniała zarówno dziedzictwo Diany, jak i harmonię, z jaką bracia rozsławiali jej imię. Gdy w lutym 2018 roku „Fantastyczna Czwórka” zebrała się razem, by rozpocząć pierwsze Forum Fundacji Królewskiej, a Meghan zachęcała kobiety, by „używały swoich głosów” i walczyły otwarcie z molestowaniem seksualnym, wydawało się, że dwa królewskie małżeństwa rzeczywiście mogą przenieść Royal Foundation w nowy wymiar. 

Stało się jednak inaczej. 20 czerwca 2019 roku, wkrótce po narodzinach Archiego, ogłoszono, że aktywa fundacji zostaną podzielone. William i Kate mieli przejąć istniejącą już organizację, a Harry i Meghan założyć własną instytucję o „globalnym zasięgu”. 

Nazajutrz, 21 czerwca – tak się złożyło, że były to trzydzieste siódme urodziny Williama – Harry i Meghan zarejestrowali w brytyjskim urzędzie patentowym pod numerem UK00003408516 Sussex Royal
– Foundation of the Duke and Duchess of Sussex (fundację księcia i księżnej Sussex). 1 lipca fundacja Sussex Royal otrzymała w urzędzie zwanym Companies House świadectwo rejestracji jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. 

Sussex Royal było wspólnym dziełem Harry’ego, Meghan oraz zespołu jej doradców kierowanego przez potężną agencję PR z Hollywood, Sunshine Sachs – powstałą dzięki współpracy niejakiego Kena Sunshine’a i guru PR Shawna Sachsa. Wśród klientów agencji znajdowały się takie sławy jak: Jennifer Lopez, Barbra Streisand i Justin Timberlake, oraz postacie i instytucje z lewej strony amerykańskiej sceny politycznej, takie jak: Mario i Andrew Cuomo, a czasami Konwencja Krajowa Partii Demokratycznej. 

Po zaręczynach z Harrym w 2017 roku Meghan ogłosiła, że definitywnie kończy karierę w show-biznesie. Nie zerwała jednak współpracy ze swoją hollywoodzką trójką „asów” – agentem, adwokatem i księgowym (agent, attorney, accountant) – nadal bowiem zamierzała korzystać z ich usług, realizując zadania związane z zawodową częścią swego życia. Utrzymywała też szczególnie bliskie relacje z Keleigh Thomas Morgan, przedstawicielką Sunshine Sachs, z którą pracowała jeszcze jako aktorka serialu Suits

(Fot. Getty images)

Thomas Morgan została przyjaciółką Meghan, a później także kolejną mamą – zajmowała jedno z najważniejszych miejsc na królewskim ślubie
– a gdy relacje Meghan z pałacem Buckingham zaczęły się psuć, Keleigh zastąpiła Edwarda Younga, by służyć księżnej profesjonalnym doradztwem.

Keleigh pomogła Meghan werbować bohaterki specjalnego numeru „Vogue’a”, a gdy po rozpadzie Royal Foundation pojawiła się sprawa rozwoju nowej, oddzielnej organizacji Meghan i Harry’ego, brała udział w dyskusji, której owocem była zgrabna i chwytliwa nazwa Sussex Royal, z eleganckim złotym monogramem „HM” zwieńczonym koroną na ciemnoniebieskim tle.  

(Fot. Getty Images)

Służyła również pomocą pod koniec lipca 2019, gdy wstępnie pokazano współredagowany przez Meghan wrześniowy numer „Vogue’a”, który spotkał się z surową i niepokojąco nieprzychylną oceną brytyjskiej prasy. 

„»Przebudzony« Vogue Meghan jest płytki i antagonizujący” – pisała Melanie Phillips z „The Times”, używając slangowego afroamerykańskiego określenia „woke” – „przebudzony”, które słownik Merriam-Webster definiuje jako „synonim świadomości społecznej… »Spałem, ale teraz jestem przebudzony«”. 

„Sygnalizowanie cnoty [virtue-signalling] w wydaniu Meghan to czyste samochwalstwo – krytykowała Phillips. – Demonstruje kompetencje wskazujące na osobę na wskroś szlachetną i prawą. Krzyczy »Ja! Ja! Ja!«”. Zdaniem Phillips nowa księżna najwyraźniej nie rozumiała, że jej królewski status „wyklucza deklaracje polityczne. Wciąż nie uświadomiła sobie, że rolą monarchii jest jednoczenie kraju”.  

Brak politycznej równowagi pośród aktywistek, których zdjęcia Meghan wybrała na okładkę „Vogue’a”, aż bił po oczach. Wszystkie były agresywnie lewicowe, a niektóre słynęły wręcz z wywrotowych poglądów, jak choćby Jane Fonda. 

„Co więcej, na samym szczycie listy księżnej powinna się znaleźć jej teściowa – kontynuowała Phillips. – Prawdopodobnie jednak taka myśl nawet nie przyszła jej do głowy. W końcu królowa jest symbolem głębokiego poczucia obowiązku, pokory i skromności – łączenia, a nie dzielenia”. 

„The Sun” podjął ten sam temat, choć z punktu widzenia klasy pracującej. „Kobieta, która naprawdę chce być członkiem rodziny królewskiej i bronić interesów najbiedniejszych, nie powinna współredagować lśniącego czasopisma reklamującego skandalicznie drogie ubrania dla najbogatszych ludzi świata”. Sukienki za dwanaście tysięcy funtów i para szpilek za sześćset funtów „to dla przeciętnego, ciężko pracującego Brytyjczyka rzeczy zupełnie nieosiągalne… I powinna być neutralna politycznie… CZŁONKOWIE NASZEJ RODZINY KRÓLEWSKIEJ NIE POWINNI UJAWNIAĆ SWOICH POGLĄDÓW POLITYCZNYCH”.

W wielu komentarzach pobrzmiewała nuta żalu i rozczarowania. 
„Zaczęłaś tak dobrze – pisała Sarah Vine w „Daily Mail”. – Powiew świeżego powietrza, zharmonizowana dawka spokoju i pewności siebie, idealna towarzyszka dla ukochanego przez naród Harry’ego”. Wydawało się jednak, że nikt nie przedstawił Meghan działającej już od dawna królewskiej „umowy” między koroną i ludem: „My zapewniamy wam fundusze i wspaniałe posiadłości, żebyście mogli wieść luksusowe życie, i obiecujemy, że nie będziemy ścinać wam głów. W zamian wy pozwalacie nam gruchać nad maleńkim Archiem i nie stroicie fochów, kiedy pytamy, kim będą rodzice chrzestni… Prawdziwa władza królewska opiera się na tradycji i obowiązku, na skromnej służbie i lojalności – rok po roku, sezon po sezonie”. 

Głosy dezaprobaty łączyły się w potężny chór – i nie tworzyły go tylko docinki złośliwych komentatorów. Redaktorzy pisali o poważnych obawach dotyczących przyszłości monarchii, która wkracza na grząski grunt polityki. Meghan najwyraźniej nie wiedziała – albo nie chciała wiedzieć – co znaczy być Windsorem. 

Wśród samych Windsorów dominowały te same uczucia – a książę William był szczególnie zaniepokojony. W wielu gazetach uznano, że brak zdjęcia Meghan na okładce, który miał być wyrazem jej skromności, jest w istocie niezbyt subtelnym przytykiem pod adresem Kate, która kilka lat wcześniej pojawiła się na okładce „swojego” numeru „Vogue’a”. 

(Fot. Getty Images)

Lecz obawy Williama sięgały znacznie głębiej. Wszystkie gazety podkreślały, że członkowie rodziny królewskiej powinni unikać kontrowersji – jak ujęto to w „The Sun”: „Monarchia istnieje do dziś głównie dlatego, że wznosi się ponad politykę”. Gazeta ludu dorzucała do tego komentarz będący w istocie niemal jednoznaczną groźbą: „Obawiamy się, że [Meghan] dąży do konfliktu z narodem, który ją teraz finansuje”. 

Pieniądze, władza i przetrwanie. Te trzy sprawy stanowiły podstawę królewskiego bytu i były zdecydowanie zbyt ważne, by miały im zagrozić jakieś modne kontrowersje ze stronic lśniącego czasopisma. William z całego serca wspierał poprzednią inicjatywę wydawniczą swojej szwagierki. Fundacja Królewska wsparła działania związane z książką kucharską ofiar pożaru Grenfell, zajmując się zbieraniem i dystrybucją funduszy. Całe przedsięwzięcie było „napędzane pragnieniem”, jak ujęła to fundacja, „by razem zmieniać świat na lepsze”. 

„Razem” było tu słowem kluczowym. William nie wyobrażał sobie, by jego zadanie jako przyszłego monarchy – i obecnego następcy tronu – polegało na opanowywaniu emocji narodu, podczas gdy jego zaangażowany brat z żoną będą się wygłupiać za jego plecami, tworząc polityczne i kulturowe podziały, realizując swoją modną wizję naprawiania świata. Windsorowie nie bawią się w „przebudzanie”. William martwił się już od jakiegoś czasu, że Harry się od niego oddala, a jego obawy tylko się potwierdziły, gdy próbował porozmawiać z bratem o kontrowersjach wywołanych „Siłami ZMIANY”. 

Podczas rozmowy nastąpił kolejny klasyczny wybuch złości Harry’ego, po którym przepaść dzieląca braci jeszcze się pogłębiła. Podobnie jak w przypadku braterskich kłótni z przełomu lat 2016 i 2017, gdy William próbował nakłonić Harry’ego, by „zwolnił”, szczegóły awantury dotyczącej „Sił ZMIANY” nie są znane. Nagle jednak okazało się, że Harry, Meghan i Archie nie dołączą do Williama, Kate i innych członków rodziny królewskiej na czas corocznych letnich wakacji z babcią w Balmoral. 

Oficjalną przyczyną tej nieobecności, przekazaną z pełną powagą przez pałac, było to, że trzymiesięczny Archie nie znosił jeszcze zbyt dobrze podróży samolotem. To jednak jakoś nie przeszkodziło Sussexom wybrać się w sierpniu na tydzień na Minorkę, a potem zabrać Archiego na kilkudniowy wyjazd na południe Francji z Eltonem Johnem i jego partnerem Davidem Furnishem. 

– Lazurowe Wybrzeże z Eltonem, owszem, ale Balmoral z babcią już nie? – pytał jeden z byłych służących Elżbiety II. – Chyba pomyliły im się królowe. 

W ciągu jedenastu dni Harry, Meghan i Archie, odbywając różne wycieczki, aż czterokrotnie korzystali z prywatnego odrzutowca. Meghan być może żałowała później, że nie posłuchała rady Anne McElvoy odnoszącej się do lotów helikopterem. 

Prince Harry’s Heir Miles głosił szyderczy nagłówek w „The Sun” [gra słów – „heir miles”, czyli „mile dziedzica”, zamiast „air miles”, czyli „mile powietrzne” – przyp. tłum.] umieszczony nad mapą ukazującą liczne podróże lotnicze Harry’ego i Meghan. DUMBO JET [„dumbo” – gdzie „dumb” oznacza głupca, zamiast „Jumbo” – przyp. tłum.] Ekobojownicy Meghan Markle i książę Harry znów lecą prywatnym odrzutowcem do Francji po niedawnej podróży na Ibizę – pisała ta sama gazeta w połowie sierpnia.

(Fot. Getty Images)

Były pracownik ochrony rodziny królewskiej, Ken Wharfe, zauważył przytomnie: „Szczerze mówiąc, to zwykła hipokryzja. Harry nie może prawić innym morałów o katastrofalnych skutkach zmian klimatu, latając jednocześnie po świecie prywatnym odrzutowcem”. 

William nie mógł zmarnować takiej okazji. W czwartek 22 sierpnia ogłoszono, że wraz z Kate i trójką ich dzieci poleciał z Norwich do Aberdeen – lotnisko najbliższe Balmoral – zwykłym rejsowym samolotem startującym o 8.40 rano. Lot realizowały linie Loganair działające w imieniu tanich linii Flybe. Książę wraz z rodziną zajął miejsca w zwykłych fotelach pośród zwykłych pasażerów, płacąc tak jak oni po 73 funty za bilet. 

„Jak twierdzą ich towarzysze podróży – pisano w „Daily Mail” – rodzina księcia dyskretnie wsiadła do samolotu na krótko przed startem i zajęła miejsca w kilku przednich rzędach, by potem wysiąść w pierwszej kolejności”. 
„Mail” donosił jednak również, że lot Norwich – Aberdeen o 8.40 byłby normalnie obsługiwany przez samolot z logo Loganair, ale Flybe chciało w pełni wykorzystać rozgłos związany z obecnością pięciu członków rodziny królewskiej na pokładzie. Firma sprowadziła więc odrzutowiec Embraer 145, który przyleciał do Norwich bez pasażerów, byle tylko William i jego rodzina udali się na północ samolotem opatrzonym logo Flybe. 
Oczywiście William i Kate nie byli temu winni. Jednak ta dodatkowa podróż odrzutowca Flybe oznaczała, że tani lot z rodziną królewską na pokładzie, który miał się przysłużyć ochronie środowiska, wygenerował dodatkowe cztery i pół tony dwutlenku węgla.

Robert Lacey
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę