Znaleziono 0 artykułów
28.10.2018

Wybieg do wypożyczenia

Garderoba marzeń (Fot. Getty Images)

Dzięki serwisom oferującym wypożyczenia ubrań od projektantów możemy nie tylko zaoszczędzić fortunę i zabłysnąć stylem, ale przede wszystkim zrealizować ideę zrównoważonej mody.  

Carrie Bradshaw, bohaterka najstarszych przedstawicielek pokolenia Y, mówiła, że „lubi, gdy pieniądze ulokowane są tam, gdzie może je zobaczyć, czyli w szafie”. Te same dziewczyny, które zazdrościły jej tiulowych spódniczek, szpilek od Manolo Blahnika i torebek Fendi Baguette, marzyły o gadżecie używanym przez Cher Horowitz ze „Słodkich zmartwień” (nota bene kultowe „Clueless” ma doczekać się odświeżonej wersji). Grana przez Alicię Silverstone nastoletnia fashionistka przeglądała swoją szafę na ekranie komputera, który ułatwiał jej wybór stylizacji. Za to program MTV „W domu u…”, który pokazywał złote klamki, włoskie marmury i kryształowe kandelabry gwiazd show-biznesu, podsycał pragnienie posiadania garderoby z równiusieńkimi rządkami Louboutinów we wszystkich odcieniach czerni, Birkin bags od Hermèsa i diamentowymi koliami wystawionymi na widok jak u Tiffany’ego. 

Garderoba od projektanta dostępna od zaraz (Fot. Getty Images)

Do pokolenia karmionego konsumpcyjnymi mirażami należy też Jennifer Hyman, założycielka serwisu Rent The Runway. Ale absolwentka Harvardu, choć kocha piękne ubrania, zbyt twardo stąpa po ziemi, żeby dać sobie zawrócić w głowie żądzy posiadania. Albo wręcz przeciwnie, na żądzy posiadania, efemerycznej jak każda namiętność, zbudowała swoją biznesową potęgę. – Szafa każdej kobiety już niedługo zostanie uznana za przeżytek. Jak telefon stacjonarny – mówi Hyman. Alternatywą dla wiecznej własności jest pożyczanie, czyli posiadanie, ale nie na zawsze. Na chwilę albo na dłużej, na specjalną okazję albo na co dzień. Dla kaprysu i z potrzeby. „Dostęp to nowa własność” – brzmi motto założonej przez Hyman i jej przyjaciółkę ze studiów, Jennifer Fleiss, firmy. Rent the Runway, nazywany wymiennie Netfliksem, Spotify’em albo Uberem luksusowej mody, za chwilę świętuje swoje dziesięciolecie. Społeczność RTR, która wypożycza ubrania od projektantów, liczy już 5,5 miliona członków. Średnio rocznie na ubrania i dodatki warte 40 tysięcy dolarów każdy z użytkowników wydaje tylko 1900 dolarów rocznie. A za 159 dolarów miesięcznie można uzyskać nieograniczony dostęp do wszystkich produktów i opcję wypożyczenia czterech produktów naraz. 

Kobieta, gdy otwiera szafę, widzi dziesiątki „martwych” sukienek, które założyła tylko raz – tłumaczy lapidarnie swój koncept Hyman. Jestem jedną z tych kobiet. Budowana mozolnie od nastoletnich lat świadomość stylu pozwala mi natychmiast stwierdzić, co przetrwa na dłużej, co wyrzucę, a czego nigdy nie włożę. Niestety ten instynkt wcale nie chroni mnie przed nietrafionymi zakupami. Kupuję, tak jak jem, oczami. Wiedząc, że nie ma szans, żebym na dłużej przywiązała się do marynarek w stylu lat 80. z poduszkami na ramionach, krótkich kolarek czy swetra w kanarkowym kolorze, nabywam je tak czy siak, bo nie jestem wystarczająco silna, żeby obronić się przed bombardującymi mnie zdjęciami z wybiegów. Rzeczy, które będą podobać mi się jeden sezon, znajduję w second handach. A tych, które podobają mi się najbardziej (królestwo za koronki Dolce & Gabbana), nie kupię nigdy, bo zwyczajnie mnie nie stać. Jest jeszcze jeden, właściwie najważniejszy, aspekt. Ekologia. Wierność idei mody zrównoważonej nie pozwala mi mnożyć bytów. Choć wiem, że i tak w setkach milionów schodzą z taśm produkcyjnych, nie mam zamiaru przykładać ręki do ekspansji fast fashion. A w każdym razie już się na to nie godzę. Podobnie jak coraz więcej konsumentów targanych sprzecznymi oczekiwaniami. Z jednej strony, chcą mieć coraz więcej tego, co nowe, z drugiej, wiedzą, że podsycanie produkcji szkodzi planecie. Zrównoważona moda oznacza ograniczenie wykorzystania zasobów, recykling, korzystanie z tkanin, które nie obciążają środowiska. Za tym wszystkim stoi szacunek dla wyprodukowanego już raz przedmiotu, jego twórców i surowców naturalnych. 

Wybór staje się łatwiejszy (Fot. Getty Images)

Kobieta co roku wyrzuca 37 kilogramów odzieży. To 20 proc. tego, co kupi. W szafach Amerykanek zalegają nienoszone ubrania warte łącznie osiem miliardów dolarów. 6 proc. nowojorskich śmieci to ciuchy. Rent the Runway to jedna z odpowiedzi na pytanie o to, jak ograniczyć konsumpcję, nie rezygnując z przyjemności. Tak jak nie potrzebujemy już własnego samochodu, bo mamy Ubera, hotele mają konkurencję w postaci Airbnb, a nawet Wi-Fi przestało być niezbędne, bo dzięki aplikacji Fon siecią można dzielić się z innymi, coraz chętniej pożyczamy ubrania w duchu ekonomii współdzielenia (całe sharing economy ma w 2025 roku generować zyski rzędu 335 miliardów dolarów rocznie w stosunku do zeszłorocznych 15 miliardów). Pozwala to nie tylko zakosztować luksusu bez konieczności inwestowania, ale otwiera dostęp do high fashion, nareszcie czyniąc wysoką modę egalitarną. 

Jennifer Hyman z Rent The Runway (Fot. Getty Images)

Dlatego Rent The Runway, choć wciąż pozostaje potęgą, doczekał się już sporej konkurencji. Serwis Armarium oferuje ubrania od projektantów, których wypożyczenie na wydarzenie kosztuje dziesięciokrotnie mniej niż zakup. Jest tu zielona suknia z marszczeniami od Alexandra Vauthiera, garnitur z dwurzędową marynarką od Haidera Ackermanna, wzorzysta suknia maks od Mary Katrantzou. Ich wypożyczenia na wieczór kosztuje od 300-500 dolarów. Niemało. Ale dla kogoś, kto musi pokazać się na kilku przyjęciach w tym samym gronie w jednym sezonie, to wybawienie. Kategoria „Gala Season” sugeruje, że korzystają z serwisu dziewczyny aspirujące do śmietanki towarzyskiej. Tańszy jest Style Lend, w którym to użytkowniczki wystawiają na wypożyczenie zawartość swoich szaf. Mała czarna BCBG Max Azria kosztuje tu tylko 29 dolary, kombinezon Zuhaira Murada z białymi koronkami, bardzo w klimacie JLo, 150 dolarów, czerwona suknia do ziemi Self-Portrait w granicach 50 dolarów. Mnie kusi biała chanelka 2.55 za 150 dolarów (kosztuje kilkanaście tysięcy złotych, więc moje na nią oszczędzanie potrwa do pięćdziesiątki). Dziewczyny, w których szafach można na Style Lend poszperać, zwracają oczywiście uwagę na ekologiczny aspekt ekonomii współdzielenia. Dlatego też zakazują wrzucania do systemu Zary, Forever 21 i Topshopu. Fast fashion nie jest tu mile widziane. Reformation, marka lansowana przez Meghan Markle, jak najbardziej. Gwynnie Bee to serwis dla plus size, Borrow For Your Bump dla przyszłych mam. W Wielkiej Brytanii sprawdzają się Wear the Walk You, na którym za 50 funtów miesięcznie, możesz wypożyczyć dwie rzeczy na miesiąc, a także Girl Meets Dress i Rentez-Vous. W Australii od 2012 roku rządzi Glam Corner z Sydney. W Europie podobają się Chic By Choice i Le Tote. W Polsce też mamy już swój Rent The Runway. E-garderobe.com założone przez Karinę Sobis oferuje 300 rzeczy, które można zarezerwować z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. – W modzie nie powinno być ograniczeń – mówi stylistka Różena Opalińska, która współpracowała przy projekcie. – Oprócz jednego. Ograniczając zawartość własnej szafy, możemy razem zadbać o zdrowe środowisko i wspólną przyszłość. Pamiętaj, wypożyczenie nowej sukienki jest zdecydowanie korzystniejsze od jej zakupu – zarówno dla nas, jak i dla otoczenia – zapewnia założycielka oferującego ubrania m.in. od The Kooples, Very Wang i Herve Leger. Podobnie jak na zagranicznych stronach, pralnia jest tu wliczona w cenę. Można też wykupić ubezpieczenie od uszkodzenia za 5 zł.

E-garderobe.com, która powstała na fali wznoszącej ekonomii współdzielenia, spełnia potrzeby millenialsów. Dziś każdy może, a w każdym razie chce, zostać influencerem. Do tego potrzebna jest całkiem spora liczba ubrań. W końcu raz wykorzystane, czyli sfotografowane na Instagram, natychmiast traci na wartości. Nie bez znaczenia jest też sposób, w jaki myślimy dziś o stylu. W trendzie jest wszystko i nic. Dobrze być jednocześnie nonszalanckim i eleganckim, maksymalnym minimalistą, Francuzką i Skandynawką w jednym. Każdy wyznacza swoje zasady. Ale żeby poszerzyć pole możliwości, potrzebny jest jeszcze większy arsenał narzędzi indywidualnej ekspresji. Czytaj: ubrań. Hyman wielokrotnie podkreślała, że jej ambicją jest to, żeby Zara kiedyś zbankrutowała. Dzięki niej i jej podobnym, sukienka od projektanta, którą i tak włożymy tylko raz, może kosztować tyle co fast fashion z sieciówki. Ideał, na szczęście, sięgnął bruku.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę