Znaleziono 0 artykułów
07.04.2018

Barbara Wrońska: Chciałam poczuć wolność

Barbara Wrońska (Fot. Zosia Zija i Jacek Pióro /Zwierciadło)

Byłam wychowywana przez kobiety w domu, w którym nie było ich kultu. Kobiety musiały być bardzo silne, ponieważ mężczyźni często je zawodzili – mówi nam Barbara Wrońska, wokalistka i kompozytorka Pustek oraz Ballad i Romansów. Niedawno ukazała się jej pierwsza solowa płyta, „Dom z ognia”.

Jak się czujesz?

Dobrze. Zostały już tylko dwa tygodnie do porodu.

Chłopiec, czy dziewczyna?

Dziewczyna. Mam już sześcioletniego chłopaka. Myślałam, że to też będzie chłopak, bo sami chłopcy się u nas w rodzinie rodzą. Ale cieszę się, że dziewczyna. Mam nadzieję, że będziemy się wspierać w tym męskim świecie. Dziewczynom jest teraz jeszcze ciężko. Ciągle muszą coś udowadniać światu. Role społeczne wciąż sprowadzają je do podstawowych funkcji w domu.

Podziały między płciami zaczynają się od najmłodszych lat. Wczoraj mojemu synkowi, który chodzi do państwowego przedszkola, chciałam założyć czerwone spodnie. Powiedział, że czerwone są dziewczyńskie i chłopcy będą się z niego śmiali. I jakkolwiek bym nie starała się go wychować, wpoić moje zasady i wartości, to cudze i tak przyjdą do mojego domu z zewnątrz. On pójdzie do przedszkola i będzie musiał sobie radzić sam. I dostosuje się do silniejszego. Bez względu na to, co mu mamusia powie. Widzę u mojego syna potrzebę wtopienia się w grupę, nie wychylania się. A to, co ja próbuję mu przekazać, zderza się ze ścianą grupy rówieśników. Bo jeśli się uprę na te czerwone spodnie, to on zostanie odrzucony przez swoje środowisko.

Dlatego od kiedy wiem, że będę miała córkę, coraz więcej myślę o kobiecości i o tym, jak ja byłam w tym kontekście wychowywana.

Jak byłaś wychowywana?

Byłam wychowywana przez kobiety w domu, w którym za bardzo nie było kultu kobiety. Mam wrażenie, że kobiety były zdominowane przez mężczyzn, którzy często je zawodzili. Ciężko było im zadbać o siebie, bo nie było na to przestrzeni. Próbowały wyrobić się z codziennością: obiad, dom, pranie. Choć ciężko pracowały zawodowo, były barwnymi kobietami, były  twórcze.

Nie było miejsca na poznawanie siebie, nie mówiąc już o poznawaniu siebie, jako kobiety. Myślałam, że coś jest ze mną nie tak, byłam przewrażliwiona, nie umiałam brać spraw w swoje ręce. Czułam się też często inna niż reszta dzieci. Bałam się.

Pamiętam, jak miałam siedem, może osiem lat. Byłam w podstawówce. Jedna z nauczycielek zaprowadziła mnie na pogadanki z psychologiem. Było mi miło, że ktoś się mną zainteresował, że mogę komuś poopowiadać o tym, co się dzieje, co czuję i co myślę.

Barbara Wrońska (Fot. Zosia Zija i Jacek Pióro /Zwierciadło)

Podziękowałaś jej kiedyś za to?

A wiesz, że myślę o tym ostatnio bardzo często? Mam zamiar ją odwiedzić i z nią pogadać. Są w życiu momenty przełomowe. I myślę, że to był taki moment. Ona tą pomocą sprawiła, że poczułam, że to nie jest fair sytuacja, że zasługuję na coś lepszego. To mi uświadomiło, że nawet jak się w życiu zakalapućkam, to jest taka pani, do której mogę pójść, mogę się jej wygadać i mogę tam dostać pomoc.

Teraz – rozmawiając z tobą – sobie uświadomiłam, że to totalnie zmieniło moją perspektywę na przyszłość. Że dzięki niej i pomocy, którą od niej dostałam nie próbowałam powtórzyć historii mojego domu rodzinnego. Ktoś pokazał mi inny świat, niż taki, który znałam. Dzięki temu szukałam czegoś więcej. Zrozumiałam, że musi być coś lepszego, że trudne  dzieciństwo niekoniecznie determinuje całe życie.

I gdyby nie ta myśl, to bym się nie odważyła nagrać solowej płyty, spełnić swoich marzeń, odsłonić się przed światem, zaufać. Zdobyłam się na to, żeby powiedzieć sobie: Słuchaj, dasz radę. Zrobisz to najlepiej, jak potrafisz. Nie bój się. Nie czekaj!

Wcześniej byłaś w zespołach: w Pustkach, nagrywałaś wspólnie z siostrą. Bycie w zespole, duecie dawało ci możliwość schowania się za kimś?

Dlatego fajnie było mi grać w zespole. Na tamtym etapie życia i twórczości nie byłam zdolna do innych rzeczy i to mi wystarczało. Czułam się dobrze w zespole, tak, jak mówisz, mogłam się za kimś schować, ale też mogłam realizować pasję, miłość do muzyki, byłam otoczona ludźmi, którzy mnie akceptowali.

Ale w którymś momencie poczułam, że chciałabym powiedzieć więcej, a nie mogę. Każdy z tych zespołów ma znakomitego tekściarza, w jednym jest Radek, w drugim – Zuzia. Nie chciałam się przepychać.

Myślałam, że coś jest ze mną nie tak, byłam przewrażliwiona, nie umiałam brać spraw w swoje ręce. Czułam się też często inna niż reszta dzieci. Bałam się

Strach przed konfrontacją ze światem i oceną powodował wycofywanie się. Długo czekałam na właściwy moment, żeby wypowiedzieć się samodzielnie. To było w sferze marzeń. Przez lata odpychałam to od siebie, tłamsiłam w sobie. Nagrywałam kolejne płyty z zespołami. Ale głód narastał.

Barbara Wrońska (Fot. MARIUSZ REDLICKI, EAST NEWS)

A co było momentem przełomowym, w którym poczułaś, że czas na samodzielność?

To była kumulacja różnych doświadczeń. Z jednej strony kolejne dziecko w drodze. Z drugiej chęć zmian i spróbowania czegoś nowego. Chciałam zacząć funkcjonować samodzielnie, móc liczyć na siebie, mieć poczucie wpływu na swoje życie i na sprawy zawodowe.

Czasami, gdy widzę, jak przyjemny był odbiór mojej solowej płyty, myślę sobie: Czemu, głupia, żeś tego wcześniej nie nagrała?

Prof. Bogdan de Barbaro tłumacząc, dlaczego każde dziecko (to oczywiście metaforyczne podejście) w jednej rodzinie jest inne, mówił, że ono się rodzi na innym etapie życia tej rodziny. Inny jest jej status materialny, inna praca, inna relacja w związku, inny układ rodzeństwa. Więc pewnie, gdybyś nagrała tę płytę kiedy indziej, byłaby pewnie zupełnie inna, bo ty byłabyś inna.

Kompletnie. Ona miała być zupełnie inna. Na przełomie 2015-2016 roku zaczęłam pracę nad płytą elektroniczną. Ale po roku ją odrzuciłam. Ten rok, te nieudane piosenki zawiodły mnie do tego, co jest teraz. Nie mogę więc powiedzieć, że to stracony rok. Zaczęło się od pomysłu, który się rozwijał, ewoluował i ostatecznie skończył się wydaniem tej płyty. Potrzebowałam tego doświadczenia i zaliczam go do procesu tworzenia.

Co chciałaś powiedzieć tą płytą?

Powstała na kontrze pracy w zespole. Była dla mnie kompasem. Chciałam poczuć wolność. Zrobić, co zechcę. I choć na początku to było bardzo przyjemne uczucie, potem zdałam sobie sprawę, że jest zniewalające – jak możesz zrobić wszystko, to de facto nie wiesz nagle, co masz zrobić.

Przeszłam kryzys twórczy. Wygrzebałam się z niego na szczęście w ciągu trzech miesięcy. Pomyślałam sobie: Nie myśl tyle, nie męcz się, wyrzuć to z siebie, napisz, co czujesz.

Puściłam się. Podążałam za intuicją, łapałam się strumieni świadomości. Praca nad płytą dała mi możliwość zajrzenia w głąb siebie.

Sporo wokalistek dziś to takie puste naczynia napełniane przez producentów mężczyzn. Oni wymyślają te kobiety. Tworzą je od nowa. Produkują

I czego się o sobie dowiedziałaś?

Dowiedziałam się, że jestem bardzo wrażliwą osobą. Czuję dużo skrajnych rzeczy, uczuć, które jestem w stanie w sobie pomieścić i zaakceptować. To była rzecz dla mnie nowa. Do niedawna miałam z tym problem: Ja mam takie zdanie, a ty masz inne. Dziś to dla mnie jest OK. Możemy sobie porozmawiać, ale nie oceniamy się, nie czuję się też już pokrzywdzona.

Oprócz tego, dowiedziałam się, że potrafię pisać teksty.

Nie uważam się za poetkę, ale podoba mi się, że mam jasność wypowiedzi – i muzycznie, i tekstowo. Jak pogrzebałam w sobie głębiej, to poczułam, że mam coś ważnego do zakomunikowania. Że chciałabym opowiedzieć o sobie, jako o człowieku, z perspektywy dojrzałej kobiety. O tym, jak postrzegam rzeczywistość. O relacjach międzyludzkich. O przyjaźni między kobietami. O miłości do mężczyzny, o życiu.

Teraz nie mam potrzeby kreowania się, udawania, wcielania się w kogoś, naśladowania. Nie wstydzę się pokazać światu, jak wyglądam, co myślę i co czuję.

Płyta jest melancholijna, momentami smutna, jest kawałek o depresji. Taka jesteś?

Na co dzień jestem pogodną osobą i staram się nie zamartwiać. Ale pisanie wesołego tekstu mnie przerasta. Melancholię i smutek w twórczości jest mi łatwiej doświadczać, niż rzeczy ultraradosne. Nie umiem pisać, żeby było sunshine. Podchodzę do tego po polsku: Słońce jest, ale za chmurami.

W życiu euforia jest super, zdarza się, zwłaszcza jak się ma rodzinę i dzieci.

Dużo masz tej euforii na co dzień?

Jestem w bardzo udanym związku od 15 lat, z pro-kobiecym mężczyzną, którego kocham i w którego wierzę. Poznałam Filipa, jak miałam 20 lat, on 24. Uważam , że ten związek jest dobry, bo bardzo się kochamy. Jest nam dobrze razem. Poświęcamy sobie sporo uwagi. Staramy się też, żeby było dobrze między nami, szukamy kontaktu. Oczywiście na przestrzeni tylu lat wspólnego życia zdarzyły się momenty trudniejsze. Natomiast nie uważam tego za negatywne doświadczenia. Związek nie musi być usłany różami.

Próbuję sobie wyobrazić swój dom, jaki on będzie za kilka lat? Nowe dziecko, nowe życie. Dom się znowu zmieni, relacje się pozmieniają. Czuję, że wchodzę w kolejny etap. To mnie jara.

Nie chcę dorabiać tu jakiejś wielkiej filozofii, ale czy twoja druga ciąża i solowa płyta, to jakieś symboliczne podwójne odcięcie pępowiny. Stawanie się dorosłą?

Moment, kiedy rodzi się dziecko, to dla mnie moment przemiany z dziecka w dorosłego, zmiany priorytetów, która przestawia w życiu wszystko. To moment dokonywania wyborów, w co się angażujesz, a w co nie, bo musisz być niezawodny dla siebie i dla swojego dziecka.

Dowiedziałam się, że jestem bardzo wrażliwą osobą. Czuję dużo skrajnych rzeczy, uczuć, które jestem w stanie w sobie pomieścić i zaakceptować. To była rzecz dla mnie nowa

Kolejnej ciąży bałam się przez większość lat, kiedy byłam w zespołach. Lawirowałam. Odwlekałam osobiste plany życiowe. Wielokrotnie się przekonywałam, że planuję wszystko pod innych, a potem na końcu lądowałam sama. I nic swojego nie miałam zrealizowanego. W którymś momencie stwierdziłam, że to nie ma sensu. Że nikt inny nie uzależnia swoich planów zawodowych od mojego życia. A u mnie wszystko się rozjeżdża, plany się sypią. Jedyną rzeczą, której jestem pewna, którą czuję, rozumiem – jest kolejne dziecko. Mój partner i mój syn też tego chcą.

I uwolniłam się od zależności od ludzi. Na tym chyba polega dojrzałość. Decydujesz się na coś, bo możesz polegać na sobie i swoich bliskich.

To moje życie. Efekt końcowy ostatecznie zależy tylko ode mnie. Poczułam, że jestem w stanie ponieść konsekwencje swoich wyborów. I mnie to nie paraliżuje.

Barbara Wrońska (Fot. Iwanczuk/REPORTER, EAST NEWS)

Dziś chcę mieć wakacje z dziećmi, chce być dla  nich uważną mamą, być na bieżąco. Jak urodziłam młodego i jechaliśmy w trasę, to był dla mnie koszmar. Karmiłam go piersią, a wsiadałam do busa i jechałam w trasę. Ciągle myślałam, jak on się czuje, jak rodzina sobie beze mnie radzi. To był moment przemian wewnętrznych. Zrozumiałam, że nie mogę być już trybem w jakiejś maszynie. Że muszę mieć wpływ. Bo są dla mnie ważniejsze rzeczy niż np. przyszłość zespołu.

Trasa, jeżdżenie z miejsca na miejsce... Nie chcę się obudzić z czterema dychami na karku i siedzieć w busie. Czuję, że to nie mój sposób na życie. Nagle zdajesz sobie sprawę, że całe życie dzieje się gdzieś indziej. Tylko ty siedzisz w busie. A ja wreszcie wiem, czego chcę: Chciałabym  nagrać kolejną płytę.

Nie mam superwarunków lokalowych, żyjemy w małym mieszkanku. Dziś zdałam sobie sprawę, że muszę mieć pracownię, żeby zacząć się rozwijać. Nie mieścimy się. Tę płytę nagrałam w domu.

Masz studio w domu?

Moje studio to połowa stołu. Mam tam rozstawiony komputer, klawiaturę midi i mikrofon. Podłączam go przez mały wzmacniacz – w studio zostały nagrane tylko bębny do dwóch utworów. Są za trudne do nagrania w domu. Wszystkie wokale zostały nagrane u mnie w domu.

Rynkiem muzycznym tak naprawdę  rządzą mężczyźni. Ostatnio rozmawiałam z Natalią Zamilską o kobietach producentkach muzycznych. I zdałyśmy sobie sprawę, że kobiet producentów nie ma

Wrzucałam dziecko do przedszkola i rozstawiałam moje mikrostudio nagraniowe. Zasysała mnie twórczość. Po 8 godzinach wyrzucało mnie do rzeczywistości. Zwijałam to, leciałam po dziecko do przedszkola i zajmowałam się domem, życiem.

Ten proces mnie strasznie zmęczył. Bo chcąc nie chcąc byłam w nim 24 godziny na dobę. Ciągle niepozamykane rzeczy w głowie. Nieponotowane. Tu musiałam dograć, tam dośpiewać, tu zapisać. Kładłam młodego spać, siadałam do komputera i do północy pracowałam.

A teraz pojawi się ta mała istota, która będzie z nami bite dwa lata na chacie siedziała. I zdałam sobie sprawę, że musze mieć swoje miejsce. Nie chcę kolejnej płyty robić w domu. Dla higieny psychicznej mojej i domowników.

Rynek muzyczny jest przyjazny matkom z dziećmi?

Rynkiem muzycznym tak naprawdę  rządzą mężczyźni. Ostatnio rozmawiałam z Natalią Zamilską (arystka muzyczna, kompozytorka muzyki techno – przyp. red) o kobietach producentkach muzycznych. I zdałyśmy sobie sprawę, że kobiet producentów nie ma.

Dlaczego?

Nasz rynek muzyczny przypomina ryneczek Lidla – jest malutki. Jeden producent muzyczny opaździeża połowę premier w naszym kraju. W ogóle jest pięciu producentów na krzyż. Samych mężczyzn. Uważam, że są świetni i topowi, zajmują się tym od lat, ale kobiety w tej dziedzinie  nie mają przebicia. Może się za to nie zabierają, bo czują, że nie mają szans – nie wiem.

Rynek jest skrojony dla masowo produkowanych gwiazdek – One hit woman. Sporo wokalistek dziś to takie puste naczynia napełniane przez producentów mężczyzn. Oni wymyślają te kobiety. Tworzą je od nowa. Produkują.

Ale jestem specyficzną kobietą. Mam gen męski, jestem twardzielem, jestem zajadła w tym, co robię. Umiem się uprzeć

Dlatego miałam potrzebę zrobienia tego samodzielnie. Stwierdziłam, że nie potrzebuję producenta, który mi to ubierze w dźwięki, bo ja je słyszę i wyobrażam sobie brzmienie mojej płyty.

Kiedyś usłyszałam o mojej płycie, że jest niesamowicie zrobiona – jak na kobietę. Pomyślałam sobie brzydko o moim rozmówcy.

Facecie?

No a jak?! W jakim kraju my żyjemy, co za średniowiecze!

W tej branży  brakuje życzliwości. Rzadko się zdarza , że ktoś mnie pochwali tak jak przyjaciela. Rzadko ktoś  mi  powie, że płyta, którą nagrałam jest dobra. Raczej mówią: fajnie, fajnie, ale ja bym tutaj zrobił tak, tu śmak, a tu bym podkręcił.

Może powinnaś zostać kobietą producentką?

Myślę o tym. Mam możliwości, żeby to rozwinąć. Produkować kobiety i mężczyzn. Ale na razie chcę się skupić się na własnej twórczości.

I nie myśl sobie, ja bardzo lubię pracować z mężczyznami. Przez lata, w zespole dobrze się z nimi czułam. Mieliśmy komitywę.

Ale jestem specyficzną kobietą. Mam gen męski, jestem twardzielem, jestem zajadła w tym, co robię. Umiem się uprzeć. Mam w sobie imperatyw przełamywania słabości. Gen chęci zmian. Znalazłam go w sobie i to dla mnie wciąż wyjątkowy element mojej rzeczywistości. Dowodem tego jest moja solowa płyta.

Kiedyś miałam cechę niedoprowadzania rzeczy do końca. Wtedy mogłam być dla siebie niedobra, mogłam być na siebie zła i  mogłam sobie mówić: znowu nie dałaś rady.

Teraz możesz być dla siebie dobra.

I powiedzieć sobie: Zrobiłam. Sama. I nie ma się do czego przyczepić. Idę dalej.

Barbara Wrońska - wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów. Od wielu lat współtworząca zespół Pustki. Połówka siostrzanego duetu Ballady i Romanse. Sama komponuje i sama aranżuje muzykę. Po latach pracy zespołowej postanowiła zaprezentować swój całkowicie autorski, solowy materiał, którego jest producentką. W lutym 2018 miał premierę pierwszy singiel zapowiadający płytę „Dom z Ognia”. Singiel ten jest bardzo osobistą wypowiedzią artystki.

Basia Wrońska odpowiada za oprawę muzyczną kampanii reklamowej Vogue.

Marta Wroniszewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
X Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.