Znaleziono 0 artykułów
11.09.2019

Blanka Lipińska: Byliśmy pokoleniem marzycieli

Blanka Lipińska (Fot. archiwum prywatne)

– Wydawało się, że świat stoi otworem. Wtedy każda firma, która wchodziła do Polski, organizowała na dzień dobry pokazy mody, w klubie Chata Żaka w Lublinie i w wałbrzyskim Zamku Książ. Bawiliśmy się, nawiązywaliśmy kontakty, myśleliśmy, że jesteśmy the best. A potem marzenia rozeszły się z realiami – opowiada laureatka pierwszej polskiej edycji Smirnoff International Fashion Awards.

W poprzednim odcinku cyklu o polskiej modzie lat 90. pisaliśmy o nadziejach, które towarzyszyły przełomowi, m.in. o konkursie dla najzdolniejszych młodych projektantów Smirnoff International Fashion Awards. Producent wódki organizował eliminacje w różnych miastach na świecie, a potem wielki finał dla laureatów lokalnych odsłon konkursu. Dziś rozmawiamy ze zwyciężczynią pierwszej polskiej edycji Blanką Lipińską. 

(Fot. archiwum prywatne)

Był początek lat 90., kiedy zdała pani na wydział projektowania ubioru w łódzkiej ASP. Skąd taki pomysł?

Zawsze interesowałam się modą. Upinałam stroje z chustek i apaszek. Podkradałam mamie kaszmirowe sukienki i przerabiałam na inne, czym prowokowałam awantury w domu. Kiedy w latach 80. modne były bombki, potrafiłam je wykroić z kiecek z lat 60. Chciałam zdawać do warszawskiej ASP na malarstwo albo wzornictwo przemysłowe, ale koleżanka powiedziała mi, że przecież w Łodzi jest wydział projektowania ubioru. Spróbowałam i dostałam się za pierwszym razem. 

Jak zapamiętała pani Łódź czasu transformacji?

Dzisiaj wiem, że byłam świadkiem transformacji, która dokonywała się w przemysłowej Łodzi. Wtedy niestety nie obserwowałam tego zbyt wnikliwie. Miałam na roku koleżanki, których całe rodziny pracowały w zakładach włókienniczych. Te zakłady padały, ale przez jakiś czas trwał jeszcze boom na przeszywanie. Zachodnie firmy, korzystając z tego, że można było tanio wynająć dobrych fachowców, zamawiały tu produkcję swoich kolekcji, powstawały szwalnie szyjące na Stadion X-lecia. Dopóki to wszystko nie przeniosło się do Azji, wydawało się, że drastyczny upadek przemysłu włókienniczego Łodzi raczej nie grozi. 
Jako studentka zmagałam się z brakiem tkanin. To był towar deficytowy. Marzyłam, żeby robić rzeczy jak od Armaniego – z powłóczystych, lekkich tkanin, ale zdobycie ich wymagało sporej orientacji. Przy Piotrkowskiej był sklep z tkaninami sprowadzanymi z Zachodu, w Warszawie przy Reymonta sklep bławatny, gdzie sprzedawano tzw. odrzuty z eksportu – jeszcze na początku lat 90. funkcjonowało to pojęcie. Tam kupowałam wełny. 
Wyzwaniem były zagraniczne gazety. W uczelnianej bibliotece były zapisy na „Vogue”, „Elle” czy „Depeche Mode”.  

Jak się pani ubierała? 

Tragicznie. Kupowałam ubrania w ciucholandach, które zaczęły się wtedy pojawiać, i oczywiście przerabiałam. Kupowałam, bo były z dobrych, zagranicznych tkanin, te tkaniny interesowały mnie najbardziej. Część wykorzystywałam w kolekcjach, resztę – na własne potrzeby. Podobało mi się tyle rzeczy, że nie chciałam wybierać –bizantyjsko łączyłam wszystkie. Pamiętam, jak kiedyś wracałam z zajęć 

(Fot. archiwum prywatne)

i w okolicach uczelni, zatrzymał się starszy facet z piwnym brzuchem, na którym rozchodziła się koszula, pokiwał głową i powiedział: „No to się wzięła ubrała. Sierota jedna”. W szkole, jak to na uczelniach artystycznych, nie było większych granic 
w szaleństwie, ale na ulicy nieczęsto spotykało się kogoś, kto miał za duże o dwa rozmiary ubranie przewiązane skórzanym pasem, buty typu harcerskiego i jeszcze zamotane coś na głowie. Bawiło mnie to, że ktoś zwraca uwagę na moje ubranie. Nie byłam obojętna – to plus. 

Marzyła pani, że będzie projektantką? 

Tak, my byliśmy pokoleniem marzycieli. Wydawało nam się, że wszystko jest możliwe. Ja marzyłam o Paryżu, o międzynarodowej karierze i, zresztą, otarłam się o spełnienie marzenia. Zabrakło pieniędzy. 

Co to była za sytuacja? 

Już po studiach, w 1997 roku, dostałam stypendium z Ministerstwa Kultury i pojechałam studiować modę na uniwersytecie w Lyonie. Wzięłam tam udział w konkursie, w którym nagrodą był staż u Chantal Thomass. Wygrałam to, tyle że staż był darmowy. Wróciłam więc do Polski, popracowałam parę miesięcy, żeby zarobić na Paryż, i w październiku zadzwoniłam, że mogę przyjechać na staż. Niestety, nie miałam już statusu studenta, więc Thomass powiedziała: „Musiałabym panią trzymać nielegalnie, bo nie mogę pani zatrudnić – Polska nie jest w Europie”. Oburzyłam się, że jak to nie jesteśmy w Europie, ale chodziło o Unię Europejską. 
Przypomina mi się to za każdym razem, gdy teraz słyszę, jak ludzie lekkim tonem mówią, że może nie musimy być w Unii. Doświadczyłam, jak to jest nie być w Unii, i nie życzę tego młodym ludziom. Staż u Chantal Thomass przeszedł mi koło nosa. 

A konkurs Smirnoffa? Skąd się pani wzięła w tych eliminacjach? 

Zobaczyłam plakat na uczelni. Nie miałam dobrych doświadczeń z konkursami, bo moje rzeczy nie przechodziły przez uczelniane sito. Tutaj mogłam zgłosić się sama i okazało się, że zakwalifikowałam się na podstawie rysunków. Zaczęło się szycie. Hasło konkursu brzmiało „Inny wymiar”, więc wymyśliłam kreacje trochę kosmiczne – miały formę transparentnych kokonów, każdy miał inny kolor, wszystkie były plisowane. Narysować łatwo, zrobić trudniej. Tu pomogła mi transformacyjna rzeczywistość Łodzi – wtedy działało jeszcze wiele małych zakładów rzemieślniczych, w których można było zamówić dziś już nieistniejące usługi. 
Najpierw musiałam zdecydować, z czego to w ogóle uszyć, żeby trzymało formę – znaleźć tkaninę, która byłaby przezroczysta, sztywna i jeszcze dała się splisować. 

Małgorzata Garda, adiunkt z pracowni profesora Andrzeja Nawrota, u którego studiowałam, podpowiedziała mi gazę młyńską – materiał, z którego robi się sitka. Był w Łodzi zakład, który ją produkował. Poszłam, sprzedali mi tyle metrów, ile potrzebowałam. W  sprawie plisowania poszłam do fachowca, który zajmował się tym chyba jeszcze przed wojną, gdzieś w bramie przy Piotrkowskiej. Nie dał gwarancji, że gaza utrzyma plisy, ale spróbowaliśmy. Gotową tkaninę farbowałam sprejem – wyniosłam gdzieś na trawnik i pryskałam. Lakier okazał się zresztą niezłymnarzędziem, bo mogłam zapanować nad gradacją koloru. 
Przy projekcie, w którym konstrukcja jest zwieńczona czymś w rodzaju hełmu na głowie, pomagała mi łódzka modystka – zrobiła filcowy model, na którym mogłam to oprzeć. Potem wszystko szyłam ręcznie, upinając na manekinie. I pojechałam do Warszawy. 

(Fot. archiwum prywatne)

Emocje?

Były, oczywiście. Dobrze pamiętam pokaz w Pałacu Kultury – w pierwszym rzędzie siedziało jury: Kora, Barbara Hoff, mój profesor Nawrot. Pokaz był dobrze zaprojektowany – kolumny i marmury pałacu robiły klimat, ale nie przytłaczały. 
Wygrałam i zaraz potem wróciłam do Łodzi, by się przygotowywać do sesji. To były czasy, gdy nie było telefonów komórkowych, do domu dzwoniłam z budki telefonicznej. Szykując się do egzaminów, siedziałam zamknięta w mieszkaniu i potem dopiero się dowiedziałam, że szuka mnie intensywnie pani odpowiedzialna za PR całej imprezy. Okazało się, że byłam potrzebna do wywiadów w mediach, czego przecież nie przewidziałam. Zrobiłyśmy to przed wylotem do Dublina, ale kiedy mnie dorwała, była mała zadymka. 

Dublin był pani pierwszym wyjazdem na Zachód? 

Nie, miałam za sobą rok w Paryżu. Tak bardzo chciałam wyjechać do Francji, przywieźć sobie w końcu „Depeche Mode” i zarobić na kolekcję dyplomową, że wzięłam dziekankę i pojechałam pracować jako au pair. To był wspaniały czas. Ciężko pracowałam, ale chodziłam po muzeach, poznawałam ludzi, rozglądałam się po prostu. Badałam też możliwości studiowania tam mody, ale to było finansowo poza zasięgiem. Jednak samo obserwowanie ulicy, zbieranie katalogów, oglądanie tego świata bardzo mnie otworzyło, uruchomiło wyobraźnię. Myślę, że gdyby nie Paryż, nie byłoby sukcesu w konkursie Smirnoffa. 
W Dublinie wygrał Japończyk, ale moje projekty pojawiły się w brytyjskiej prasie, do tej pory przechowuję artykuł z „The Sunday Times” ilustrowany całostronicowym zdjęciem mojej pracy. 

Co pani założyła na galę? 

To samo, co w Warszawie. Uszyłam sukienkę inspirowaną Armanim – była wtedy moda na proste, koszulowe sukienki z lejących tkanin i taką zrobiłam. Z półprzezroczystej brązowej żorżety, bardzo prostą, do kostek. Z tyłu wiązaną do samego dołu na małe kokardki, miała wycięcie na szerokie ramiączka. Pod spodem miałam koszulkę, której rękawki wystawały spod ramiączek, a na nogach czarne getry. Żadnej biżuterii. 

Wróciła pani z nadzieją, że teraz zawojuje świat? 

Zaczynałam czwarty rok studiów, a więc szykowałam się do dyplomu. Ale tak, świat wydawał się stać otworem. Wtedy każda firma, która wchodziła do Polski, organizowała na dzień dobry pokazy mody, często projektowałam przy tych okazjach ubrania. Uczestniczyłam na przykład w wielkim pokazie, który z okazji debiutu firmy Cadbury odbył się w wałbrzyskim Zamku Książ. Po dziekance, którą spędziłam we Francji, trafiłam na studiach na rok niżej, dzięki czemu znalazłam się na roku z Iloną Majer i Rafałem Michalakiem, którzy potem stworzyli MMC. Oni też byli bardzo aktywni, startowali w różnych konkursach. Razem jeździliśmy na pokazy w całej Polsce, ja z ubraniami ze Smirnoffa przejeździłam chyba rok. Bawiliśmy się, pokazywaliśmy nasze ubrania, nawiązywaliśmy kontakty, myśleliśmy, że jesteśmy the best.

A po dyplomie przyszła rzeczywistość. Jaka ona była? 

Przyszło małe rozczarowanie. Z jednej strony były dziesiątki tych pokazów, eventów dla firm telekomunikacyjnych, ubieranie hostess, ale czasy były takie, że o realia można było sobie nos rozbić. Bo na przykład było zamówienie na kostiumy z lat 30. Wszystko świetnie, ale nie było konstruktora, który tak skroi trudne technicznie projekty, żeby nadawały się do wielokrotnego użytku. Zdarzało się, że słyszałam: „Fajne te ciuchy, ale już cię więcej nie weźmiemy, bo masz ubranie na raz”.
Współpracowałam z Ireną Biegańską, dawną projektantką Mody Polskiej, która wówczas robiła kostiumy dla teatrów i Teatru Telewizji. Pracowałam dla domu mody Grobel, który zatrudniał osoby związane z Modą Polską, z Jerzym Antkowiakiem na czele. Pracowałam też dla firmy, która szyła na Stadion. Tyle że często oczekiwano kopii, a nie kreacji. Szybko się przekonałam, że nikt nie chce, żebym kreowała modę. Na targach miałam wybierać najtańsze tkaniny, a potem kopiować włoskie katalogi. 
Na stypendium w Lyonie nasłuchałam się o przewidywaniu trendów. Już wtedy, jako studentka, wiedziałam, że w 2008 roku będzie potrzebna komfortowa odzież do pracy w domu, bo ludzie będą częściej pracować zdalnie, siedząc przed komputerem we własnej kuchni, i tylko czasem spotykać się z kontrahentami. W Polsce nikt nie badał rynku. Miało się sprzedać, ale nie zawsze się sprzedawało. Z jednej strony były to świetne pionierskie czasy, ale z drugiej dość szybko się okazywało, że nie wszystko jest możliwe. 

(Fot. archiwum prywatne)

Porzuciła pani modę. 

Marzenia rozeszły się z realiami, nie chciało mi się kopiować. A w reklamie wtedy działo się dużo świetnych rzeczy, to było naprawdę kreatywne środowisko. Początkowo łączyłam współpracę z agencjami z robieniem jeszcze jakichś kostiumów, ale w którymś momencie musiałam podjąć decyzję – albo bujam w obłokach, albo pakuję manatki i zostaję w reklamie. 
Zostałam na z górą 20 lat i myślę, że nie była to najgorsza decyzja. Choć modę obserwuję z ciekawością. 

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę