Znaleziono 0 artykułów
21.12.2019

Demontaż atrakcji. Gwiezdne wojny

21.12.2019
Adam Driver i Daisy Ridley (Fot. materiały prasowe)

W najnowszych „Gwiezdnych wojnach” nie ma wystrzału szampana ani fajerwerków. Zamiast tego mamy powrót do źródeł. Rozmowy z duchami, pytania o tożsamość, zawrócenie z drogi. W rezultacie dostajemy film, który jest mieszanką wrażeń z czterech dekad, w którym wciąż nie padło ostatnie słowo.

Każdy toczy swoje gwiezdne wojny. Bez ustanku, tylko na zewnątrz ich nie widać. Sprawy, w których coś wydaje się białe lub czarne. Dobre i piękne jak szlachetny zakon Jedi lub złe i podłe jak okrutny mechanizm Imperium. Bez relatywizmu i szarości. I właśnie do tej chęci, by wszystko było symetryczne: dobre lub złe, słuszne lub błędne, odwołuje się rozpoczęta w 1977 roku saga „Gwiezdnych wojen”.

Minęły jednak lata świetlne, odkąd załoga brała nas ze sobą na pokład. Teraz zamiast dać nam nową przygodę, zostawia nas w klatce wspomnień. Gdzie sami wciąż jesteśmy dziećmi i dokąd ciągniemy również nasze dzieci. Jakbyśmy chcieli zostać tam na zawsze, by wierzyć w prosty podział, w którym jedni są ciągle po jasnej, a drudzy po ciemnej stronie Mocy. Niestety – jak pisał Stefan Themerson – „Świat jest bardziej skomplikowany niż nasze prawdy o nim”.

Może łatwo i przyjemnie jest oglądać przejrzystą walkę między lśniącym dobrem a chropowatym złem. Ale czy „Gwiezdne wojny” w tej formie mogą nadal być porywające? I co jest jeszcze do zdobycia, gdy wiadomo, kto wygra?

Adam Driver i Daisy Ridley (Fot. materiały prasowe)

„Skywalker. Odrodzenie” zawiódł tych, którzy się spodziewali wielkiego finału, nie tylko trylogii sequeli wypuszczanej przez ostatnie cztery lata, ale trylogii do kwadratu (dziewięć filmów połączonych w trzy trójki) snutej przez cztery dekady. Domyślam się, czego oczekiwali po krytyce, jaka spotkała najbardziej oczekiwany tytuł tego roku, a zwłaszcza jego scenę końcową. Fani chcieli czegoś w rodzaju zlotu postaci z „Avengers: Końca gry”, który zdaniem niektórych zredefiniował określenie „epicki”. Jakby na łożu śmierci pochylili się nad nami wszyscy ulubieni bohaterowie z bajek, filmów, komiksów i połączyli swoje siły, by przeprowadzić nas w stronę światła.

W ostatnich „Gwiezdnych wojnach” nie ma takiego wystrzału szampana, fajerwerków czy Bóg wie czego. I dobrze, bo to nie mogłoby się udać, choćby przez porównanie z niedawnym hitem Marvela. Zamiast złotego strzału mamy więc powrót do źródeł. Rozmowy z duchami, pytania o tożsamość, zawrócenie z drogi. Ma to być przypomnienie dla wiernego fandomu, ale też młodych padawanów, że ten film w swojej najlepszej wersji bazował na archetypach, mitach, poważnych pytaniach. Długo zanim jego ikonografia wysadziła popkulturę.

Jeśli nucimy dziś „Baby Yoda”, pijąc z kubka Star Wars i wymachując mieczem świetlnym przed telewizorem, na którym leci spiratowany serial „Mandalorian”, bo na polską premierę za pół roku nie mogliśmy się doczekać, to do kina jesteśmy zaproszeni w zupełnie innym celu. Mamy przyjrzeć się, czym na początku były „Gwiezdne wojny” i co zostawili nam zmarli.

Adam Driver i Daisy Ridley (Fot. materiały prasowe)
Adam Driver i Daisy Ridley (Fot. materiały prasowe)

Widzi ich i słyszy główna bohaterka Rey (Daisy Ridley), która co i raz zawiesza wzrok za kadrem, nieobecna nawet w środku akcji. Nachodzą ją wizje, w których matka i ojciec porzucają ją na pustynnej planecie czy może są aresztowani, ale pojawia się też obraz z przyszłości mówiący, że ona i Kylo Ren (Adam Driver) zasiądą razem na tronie Imperium. Skąd to wie? Przeczucie – to słowo najbardziej nadużywane w tym filmie. Raz na serio, innym razem dla żartu. Choć przecież „fatum” bardziej by pasowało. Dziewczyna trenuje na torze przeszkód bez ustanku, a jednak boi się, że wciąż jest niewystarczająco dobra, by stanąć do walki. Jeszcze bardziej obawia się utraty panowania nad sobą. Sama jest swoim największym wrogiem i ta jej cecha pokazana jest tu dosłownie. Niepotrzebnie, bo każdy z nas wie, co znaczy samemu sobie coś utrudniać.

Obraz walki z samą sobą wypada trywialnie i nie udaje się tu zanadto psychologia. „Gwiezdne wojny” działają najlepiej, gdy operują symbolem. Twórcy układają znów mitologiczną strukturę, gdzie sierota znajduje duchowych rodziców – księżniczkę Leię (Carrie Fisher) i Luke’a Skywalkera (Marc Hamill), którzy przekazują młodej kobiecie schedę empatii, siły i mocy.

Tą ostatnią, pisaną zawsze wielką literą, Rey w swej nieskończonej dobroci leczy rany swoich wrogów. Być może zresztą dlatego, że zna wynik kosmicznej walki odbywającej się dawno, dawno temu w odległej galaktyce, a więc jest przesądzony.

Adam Driver i Daisy Ridley (Fot. materiały prasowe)

Tym razem odtwarza się go jednak z dużym smakiem. Nie chodzi o efekty specjalne. One z początku wydają się doklejone do aktorów. Kylo Ren przemierzający ruiny Imperium wygląda karykaturalnie. Widzę po prostu Adama Drivera w rycerskiej pelerynie, z mieczem świetlnym, który stawia wielkie kroki na greenboksie. Przebranie i tło zupełnie odczepiają się od postaci.

Kiedy jednak akcja przenosi się na pustynię, gdzie Rey wykonuje akrobatyczny skok, przecinając na pół wrogi statek, film nagle robi się prawie jak „Diuna” Davida Lyncha i chwilami olśniewa wizualnie. W takich scenach jak ta klasyczna muzyka Johna Williamsa, analogowo-cyfrowa scenografia, efekty i kostium – wszystkie klocki pasują do siebie idealnie jak zestaw lego na zdjęciu z instrukcji.

Mnie do ekranu przykuły niebotyczne morskie fale, mroczne jak wykute z granitu, które spadają w zwolnionym tempie na wbity kantem w toń kosmiczny statek. Wspaniale wypada też scena, w której Jannah (Naomi Ackie) galopuje na kudłatym koniu przez łąki pełne dmuchawców. A także banda „obdartusów” w stylowych łachach.

Jak zwykle piękne są też roboty, przepraszam, droidy: tocząca się kula z pokrywką R2-D2, subtelnie rozklekotana i pokryta rdzą jak biżuterią, oraz wyniosły, złoty C-3PO, rzeczowy poliglota, jego przyjaciel – pozorne przeciwieństwo. Budzą uśmiech i poczucie, że oglądamy coś znajomego.

Adam Driver i Daisy Ridley (Fot. materiały prasowe)

Całość jednak sprawia wrażenie potykania się: a to o nierówną płytę chodnikową, a to o rzeźbę z marmuru, a to o nagrobek. Bo „mroczna sztuka klonowania”, jak nazywana jest w dialogu, potrzebuje spójności zamiast mieszania genów nadmiernie wielu gatunków. Reżyserzy dziewiątej części próbują pogodzić na ekranie wiele różnych konwencji po to, byśmy mieli uczucie, że oglądamy „Gwiezdne wojny” po raz pierwszy.

W rezultacie zamiast filmu czystej krwi, który domykałby serię, dostajemy mieszankę wrażeń z czterech dekad, w której wciąż nie padło ostatnie słowo. Na tle minimalistycznych projektów postaci i scenerii, niektóre rażą groteskową stylistyką. Na przykład zakapturzony Palpatine z rozpadającą się twarzą (Ian McDiarmid), który krzesze z rąk błękitne pioruny. Nie pomaga obejrzenie seansu w IMAX-ie, bo czarny paluch w skórzanej rękawicy wymierzony w widza z ekranu jest gwarancją co najmniej niesmaku, a może i nieprzespanej nocy.

Skłamałabym, pisząc, że pamiętam wszystkie części opery kosmicznej: od „Nowej nadziei”, przez „Imperium kontratakuje”, „Powrót Jedi”, „Mroczne widmo”, „Atak klonów”, „Zemstę Sithów”, „Przebudzenie Mocy” aż po „Ostatniego Jedi” sprzed dwóch lat. Nie ukrywam, że dawno zgubiłam się w gąszczu postaci, wątków i nawiązań. Bywały święta, że szłam do kina, by spędzić wieczór z rodziną i nawet nie próbowałam spamiętać, kto jest kim i z jakiej planety.

Mimo to, gdy w trylogii sequeli nagle pojawiła się Rey, poczułam, że wreszcie w gwiezdnym uniwersum jest coś dla mnie. Jej perypetie docierały do mnie skuteczniej niż przyciężkie dowcipy Poe’a (Oscar Isaac) czy umizgi Finna (John Boyega), a dzięki poświęceniu uwagi jej rozterkom mogłam nieco odetchnąć od powtarzalnej dynamiki: latania, spadania, strzelania i wybuchania.

Nie, żebym nie zauważała innych żeńskich postaci, które zaludniały ten świat, ale młoda wojowniczka jako pierwsza naprawdę stoi w centrum akcji i daje wgląd w swoje emocje. Dlatego rozumiem zabieg scenarzystów, by dać jej postaci scenę przełomu porównywalną z tą, gdy Luke Skywalker zdziera maskę Dartha Vadera, by dowiedzieć się, że to jego ojciec. Wtedy opadła nam szczęka i mieliśmy poczuć to teraz, gdy okazuje się… Nie, aż takich spoilerów nie zrobię.

Cóż, to było tylko marzenie z przeszłości, nie udało się wejść drugi raz do tej samej rzeki. W jednym z wątków droid traci pamięć i na nowo poznaje wszystkich swoich przyjaciół. Tak samo zachowują się J.J. Abrams i Chris Terrio, udając, że albo to oni, albo my wszystko zapomnieliśmy.

Dualizm świata „Gwiezdnych wojen” jest wytrwale odmieniany na wszystkie sposoby: dwa telluria, dwa skrzyżowane miecze, dwie płci, dwa kolory i dwie strony Mocy. Ten podział ciągnie się aż do napisów końcowych. Co ciekawe, w mitologii „Gwiezdnych wojen” znów triumfują siostrzeństwo i braterstwo naznaczone wspólnotą, wrogością, ale też niewyrażonym erotyzmem. Zresztą, skoro przybrani rodzice Rey: Luke i Leia, byli rodzeństwem, nie może być chyba inaczej. Co to wszystko znaczy? Że Lucasfilm – marka, której srebrne logo jak znaczek luksusowego samochodu pojawia się na początku filmu – zwalnia lub kończy swój rajd po kinach? Nic na to nie wskazuje, skoro w repertuarze kin na przyszłe Boże Narodzenie zapowiedziane są kolejne części cyklu „Gwiezdnych wojen: Historii”, a w Disney+ pojawią się kolejne spin-offy, sequele, seriale aktorskie i animowane.

Nie za duży chaos dzieje się w uniwersum „Gwiezdnych wojen”? Potrzeba, aby ktoś zaprowadził tu Ostateczny Porządek. Ktoś dobry, uczciwy, w białej zwiewnej szacie. Znacie kogoś takiego?

Adriana Prodeus
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Demontaż atrakcji. Gwiezdne wojny
Proszę czekać..
Zamknij