Znaleziono 0 artykułów
05.06.2018

Deutsche nasz. Berlin oczami Ewy Wanat

Ewa Wanat (Fot. Albert Zawada, Agencja Gazeta)

Cóż ta Wanat wyczynia? Zrobiła dziesiątki wywiadów z uchodźcami? Poszła rozmawiać z tymi, którzy uważają, że Niemcy powinni przyjmować wszystkich potrzebujących pomocy, a potem zapytała o zdanie zwolenników przymknięcia granic? Kto to słyszał, żeby przedstawiać argumenty obu stron? O najnowszej książce Ewy Wanat „Deutsche nasz. Reportaże berlińskie” pisze Mike Urbaniak.

Ale jak to? Dlaczego? I co będziesz tam robiła? Książkę pisała? Kiedy wyjeżdżasz? Masz mieszkanie? Często będziesz przyjeżdżała? Na zawsze? O czym książka? Jak twój niemiecki? Tak mniej więcej wyglądała moja rozmowa z Ewą Wanat jakieś dwa i pół roku temu. Jesienią Ewa została zwolniona z funkcji szefowej warszawskiego Radia RDC (dokąd mnie zaprosiła bym propagował kulturę i homoseksualizm), a wiosną już się wprowadzała do swojego berlińskiego mieszkania. Zdenerwowało mnie to okrutnie, bo nie po to wracałem do Polski z Chicago, żeby teraz oglądać, jak najbliższa memu sercu ludność (zwana czule przez mojego przyjaciela dziećmi szatana) emigruje w kierunkach berlińsko-nowojorskich. Kto będzie ze mną Matkę Naszą Polskę sodomią infekował, lewactwem ogłupiał, dżenderem raził? Kto kraj ośmieszy, upodli, zagranicznym mediom obrzydzi? Kto zdrową polską rodzinę tęczową flagą przydusi? Kto siać będzie zgorszenie? Kto pluć do Wisły będzie? Kto polskim wierzbom korzenie podetnie, by uschły niechybnie? Kto, ja się pytam, no kto?

Demonstracja antyfaszystowska w Berlinie (Fot. Mark Esper, Polaris/East News)
Lesbijki oraz geje z całego świata świętują Christopher Street Day w Berlinie (Fot. LUKASZ JUSZCZAK/REPORTER, EAST NEWS)

Nie podobało mi się, że Ewa wyjeżdża. Rozumiałem, że ma dość, bo ile można się z koniem kopać, ale żeby od razu walizkę pakować? Uważałem, że jest potrzebna tutaj, że i w TOK FM, i w RDC pokazała, jaki ma talent i radiowy szósty zmysł. Od lat była jedną z najbarwniejszych postaci polskich mediów i być może jedną z ostatnich szefowych, które kierowały się przede wszystkim znakomitą radiową intuicją, a nie tabelkami. W pakiecie z tą intuicją szła zawsze jej bezpośredniość i zadziorność, więc esemesy o treści: „Genialna była ta twoja rozmowa!” albo „Pieprzyłeś jak potłuczony” były na porządku dziennym. Bardzo to lubiłem.

W Berlinie Ewa Wanat siedzieć na balkonie, podlewając kwiatki nie zamierzała. Szybko wskoczyła na rower i ruszyła w miasto, które uchodzi powszechnie za europejską stolicę hipsterstwa i jedną z najbardziej różnorodnych metropolii świata. Wiadomo, kolorowe ptactwo nie znajdzie wygodniejszego siedliska. Ciągną więc do Berlina geje i weganie, transetki i nimfetki, burki, dredy i turbany, czarni, biali i różowi, i lewacy, i rodacy, i ci ciągle szukający pracy, i artyści, i cykliści, radykalni ateiści. Tu serwują ryż i curry, tam kapustę z ziemniakami, tu jest humus, tam kapary, włoskie także jest salami. Taki mamy w oczach Berlin: wielobarwny, fajny, pyszny. I Ewa Wanat z całą pewnością świetnie się w nim odnajduje, ale nie byłaby sobą, gdyby nie zaczęła zdrapywać berlińskiej farby.

Świeczki ułożone w napis „Welcome” – skierowany do uchodźców. W tle Brama Brandenburska (Fot. JOHANNES EISELE, AFP/EAST NEWS)
Lesbijki oraz geje z całego świata świętują Christopher Street Day w Berlinie (Fot. LUKASZ JUSZCZAK/REPORTER, EAST NEWS)

Tak powstała jej znakomita książka “Deutsche nasz. Reportaże berlińskie”, wydana niedawno przez Świat Książki. Zasiadłem do tej lektury nie tylko z miłości do Berlina i mojej odwiecznej, niewytłumaczalnej sympatii do potomków niegdysiejszego okupanta, ale i z wielkiej ciekawości reporterskich obserwacji Ewy, która nie waha się podważać poglądów ukutych przez lewicowe doktorantki ze Zbawixa. I, co tu dużo gadać, było warto, bo komisarz Wanat nie odpuszcza nikomu: śledzi, sprawdza, dopytuje, podważa, konfrontuje, szpera, czyta, wywiaduje, zagląda, puka, dzwoni, włazi bez pytania, a wszystko po to, by rzetelnie wyjaśnić i opisać każde reporterskie śledztwo. Pisze o swoich doświadczeniach, zdziwieniach, wątpliwościach, szkicuje tło historyczne, w końcu pochyla się nad wielkim tematem, o którym dyskutują całe Niemcy, i który bez wątpienia zmieni, a właściwie już zmienia Berlin.

Inny, bo to jest ten wielki temat, zmienia najpotężniejszy kraj Europy. Najpierw byli gastarbeiterzy z Turcji, a dzisiaj dołączyli do nich uchodźcy z Bliskiego Wschodu, głównie z pogrążonej w wojnie Syrii. I to w ilościach, które przyprawiają o palpitacje polskiego suwerena, łączącego swoją rzymskokatolicką moralność z kategoryczną odmową przyjęcia choć garstki szukających ratunku ludzi. Niemcy ze swoim wojennym doświadczeniem i wynikającym z niego poczuciem winy, otworzyli swoje granice jak mało kto i Ewa Wanat postanowiła bliżej się temu przyjrzeć, co w Polsce, kraju już niemal wyłącznie tabloidalnych mediów, musiało wzbudzić szok. No bo jak tak można? Cóż ta Wanat wyczynia? Ona tak na poważnie? Literaturą się obłożyła? Zrobiła dziesiątki wywiadów z uchodźcami? Poszła rozmawiać z tymi, którzy uważają, że Niemcy powinni przyjmować wszystkich potrzebujących pomocy, a potem zapytała o zdanie zwolenników przymknięcia granic? Kto to słyszał, żeby przedstawiać argumenty obu stron? Kto to słyszał, by krytycznie i z podejrzliwością podchodzić do publikowanych w internecie tekstów zwykle przeciw uchodźcom skierowanych? Kto słyszał, żeby pisać o trudnościach i wyzwaniach związanych z przyjęciem tak licznych i odmiennych kulturowo ludzi, opisując jednocześnie, jak bardzo ci Inni chcą się zintegrować i po prostu normalnie żyć, dając jednocześnie kopa spragnionej rąk do pracy niemieckiej gospodarce? No ludzie, przecież ta Wanat jest jakaś nienormalna!

Dzisiaj się cieszę, że Ewa wyprowadziła się do Berlina. Nawet bardzo, bo mamy dzięki temu znakomitą korespondentkę w stolicy naszego potężnego sąsiada, która – co pokazuje “Deutsche nasz” – okazała się być także urodzoną reporterką. I kiedy się zobaczymy następnym razem, nie będę jej już pytał, czy wraca do Polski, tylko czy pracuje nad kolejną książką.

Deutsche nasz. Reportaże berlińskie (Fot. Mat. Prasowe)

 

Mike Urbaniak
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę