Znaleziono 0 artykułów
29.09.2019

Diana Vreeland: Wyobraźnia uwolniona

Diana Vreeland (Fot. Getty Images)

– Nie sądzę, by ktokolwiek był w lepszym miejscu i czasie niż ja, będąc redaktorką w „Vogue’u” – mówiła o sobie jedna z najsłynniejszych redaktorek w historii. Vreeland przyszła na świat 116 lat temu w Paryżu.

Zapytana o to, jak być taką jak ona, Diana Vreeland odpowiedziała, że wystarczy urodzić się w Paryżu. Cała reszta przychodzi sama. Diana wychowała się w czasach belle époque. Paryż był wtedy centrum świata. Najpiękniejszym miastem świata. Jego mieszkanki też uchodziły za piękności. – Szkoda, że masz tak piękną siostrę, a sama jesteś tak potwornie brzydka – słyszała jednak Diana od własnej matki. Uważana za brzydkie kaczątko, nie dała sobie jednak podciąć skrzydeł. Podczas nauki w szkole baletowej Diana zrozumiała, że jeżeli ma jej się w życiu coś udać, to musi się wyróżniać. – Myślę, że w młodości powinno się spędzać dużo czasu ze sobą i swoim cierpieniem. Później przychodzi taki dzień, że świeci słońce, pada deszcz i sypie śnieg, ale wszystko nabiera sensu. Dla mnie życie nabrało sensu w Nowym Jorku w latach 20. – opowiadała George’owi Plimptonowi. Jej panieńskie nazwisko „Dalziel”, które z galicyjskiego oznacza „mam odwagę”, dodatkowo motywowało ją do walki o marzenia. A te były wielkie. Jak sama wyznała, miała w planie stać się najpopularniejszą dziewczyną na świecie.

Diana Vreeland (Fot. Getty Images)

Dziwaczne piękno

Tym, co wyzwoliło Dianę Vreeland z kompleksów, była miłość. Jak sama wspominała po latach, przy swoim mężu, Reedzie, zawsze czuła się piękna, niezależnie od tego, co mówiła jej matka. – W Europie wielcy kreatorzy stylu nigdy nie byli piękni – podkreślała publicystka mody Eleanor Lambert, przywołując jako przykład Marie-Laure „Vicomtesse” de Noailles. Diana wiedziała, że wpisuje się w tę tradycję. Jednak nie powstrzymało jej to przed powrotem do Stanów Zjednoczonych. W 1936 roku jej życie wywróciło się do góry nogami. Dzięki baletowi Vreeland rozpoczęła karierę w modzie. Bawiąc się na parkiecie w St. Regis, zwróciła na siebie uwagę ówczesnej redaktorki z „Harper’s Bazaar”, Carmel Snow. Ta złożyła jej propozycję współpracy. Pomimo że Diana Vreeland odpowiedziała na nią z rozbrajającą szczerością, informując, że nigdy przedtem nie pracowała i nigdy nie ubiera się przed lunchem, to jednak ją dostała. Z czasem zaczęła odkrywać własną wizję magazynu, jednak dopiero o kolejnej posadzie powiedziała: – Nie sądzę, aby ktokolwiek był w lepszym miejscu i czasie niż ja, będąc redaktorką w „Vogue’u”.

Były lata 60. W Londynie trwała rewolucja obyczajowa. Diana Vreeland określiła te przemiany mianem youthquake („trzęsienie młodych”). Wyobraźnia Vreeland była w doskonałej harmonii z dzikim hedonizmem epoki. Część brytyjskiej fali, w tym Beatlesi i Twiggy, którzy znaleźli się na stronach „Vogue’a”, są tego najlepszym przykładem. Żadne pomysły nie były zbyt wybujałe, żadne wydatki zbyt przesadne, żadne fantazje zbyt dziwaczne dla nieustraszonej redaktorki i jej czasopisma.

Przekonana, że nie ma piękna bez dziwaczności, Diana Vreeland sprowadziła na okładki oryginalnie wyglądające dziewczyny z ciekawymi korzeniami. Wśród nich znalazły się: Veruschka, Twiggy, Anjelica Huston, Marisa Berenson i Edie Sedgwick. Dzięki niej modelki po raz pierwszy stały się osobowościami, a nie manekinami. Diana Vreeland mawiała: – Podkreśl ich wady, jeżeli mają przerwę między zębami, zrób z tego najpiękniejszą rzecz na świecie. Wysokim kobietom radziła, by nosiły buty na wysokich obcasach, posiadaczkom długiej szyi sugerowała, żeby się nie garbiły, a postaciom obdarzonym dużym nosem zalecała, by uczyniły z niego swój największy atut.

Z modelkami (Fot. Getty Images)
Z Andym Warholem (Fot. Getty Images)

Koniec rewolucji

Choć praca z nią nie należała do najłatwiejszych, każdy był zaszczycony, że może być jej protegowanym. – Wszyscy mieliśmy wrażenie, że możemy za nią umrzeć. Od chwili, gdy cię chciała, byłeś lojalny jak labrador – wspominała Grace Mirabella z „Vogue’a”.

Gdy mówiła o sesjach zdjęciowych, opowiadała o poszczególnych wizjach każdej z nich. Brzmiało to dla mnie jak świat fantazji. Podróżowali z fotografem i modelką w odległe zakątki świata i tworzyli magię – wspomina jeden z synów Diany Vreeland. W podobny sposób jej stosunek do tworzenia edytoriali utkwił w pamięci Melvina Sokolsky’ego – Gdyby ktoś powiedział jej: „masz do dyspozycji statek kosmiczny, leć na księżyc” – to poleciałaby. Właśnie takie podejście stało się dla niej zgubne. Choć efekty jej pracy i cała rewolucja, jaką pod jej rządami przeszedł „Vogue”, były spektakularne, to jednak kosztowały fortunę. Jej zwolnienie w 1971 roku było końcem pewnej epoki. Stworzony przez nią „Vogue” nie był magazynem wyłącznie o modzie. Znalazło się w nim miejsce na sztukę, muzykę i problemy społeczne. Dzięki temu, że te wszystkie tematy się w nim przeplatały, idealnie spełniał swoją funkcję – reprezentował ludzi. I tak zostało do dziś.

Diana Vreeland (Fot. Getty Images)

Rozkwit w jej rękach

Po śmierci męża przyjaciele pocieszali Vreeland, mówiąc, że przynajmniej ma pracę. A ona odpowiadała, że wcześniej miała i Reeda, i posadę. Po zwolnieniu z „Vogue’a” nie miała ani jednego, ani drugiego. To jednak jeszcze nie był czas emerytury. Diana Vreeland podpisała kontrakt jako konsultantka w Instytucie Kostiumów w Metropolitan Museum of Art. Jej wystawy poświęcone takim tematom jak Balenciaga, Hollywood i Yves Saint Laurent okazały się hitami, nawet jeżeli wiele tradycyjnych zasad zostało odrzuconych na rzecz dramaturgii. To, co zrobiła z MET, było na swój sposób lepszą wersją czasopism, które tworzyła wcześniej. Było żywym magazynem, w który można było wejść i poznać go od środka. Choć nie każdy podzielał jej wizję, to tworzone przez nią wystawy przyciągały do muzeum tłumy zwiedzających. Wszystko, czego dotykała w swoim życiu Diana Vreeland, rozkwitało. Nawet 30 lat po jej śmierci, często nieświadomie, wciąż podziwiamy efekty jej wyjątkowej pasji. Jej wizje świata, kobiety, a nawet własnego życia zawsze były skupione na pięknie.

Agnieszka Oleszek
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę