Znaleziono 0 artykułów
12.10.2019

Fragment nowej książki Jerzego Pilcha

(Fot. Beata Zawrzel/Reporter/EastNews)

W zbiorze felietonów „Widok z mojego boksu” pisarz opowiada o Krakowie, przyjaciołach i sobie samym. „Fragmentaryczny, kapryśny, niedokończony, ale jednak: dziennik duchowości” – pisze o tomie krytyk literacki Marian Stala. Publikujemy jego fragment – felieton z 2007 roku o Ryszardzie Kapuścińskim.  

Kapuściński

Widział wszystkie krajobrazy świata, ostatnie oglądał z okien szpitala na Banacha; zaznał wszystkich klimatów, umarł w niespotykanie ciepłym styczniu, w przeddzień pierwszych i jakże spóźnionych śniegów. Jakie są w tym metafory – nie wiem. On pewnie by wiedział, na przykład o śniegu albo mrozie umiał (w Imperium) niezwykle pisać. Zawarty w jednym z rozdziałów tej książki obraz tężejącej mroźnej syberyjskiej mgły, w której sylwetki przechodzących wytyczają swym ciepłem osobne korytarze, jest nie do zapomnienia. (Zawistni kąśliwcy, rzekomi posiadacze monopolu i patentu na pisanie o Rosji snuli jadowite

komentarze, że to są komiksowe ujęcia; Kapusta – jak to on ‒ wybaczył im od ręki, Bóg po pewnym czasie, ja nigdy).

Pisał wiersze, przywiązywał do tego pasma swej twórczości wielką wagę. Przywiązywał wielką wagę do metafory. W bodaj najsławniejszej swojej książce, w Cesarzu, metafora wyszła mu – tak jak dzieje się to w przypadku całkowitego literackiego spełnienia – znakomicie. Wszystko w tej książce jest realizmem i wszystko – znacznie bardziej za sprawą języka niż egzotyki – szybuje z lekkością mowy symbolicznej.

W latach ostatnich, które – teraz, niestety, to wiemy ‒ były latami bilansu, szukał metafory świata; ściślej: szukał klucza do zagadki świata. Wiedział, że świat jest tajemnicą, chaosem, chińszczyzną. W Podróżach z Herodotem jest wymowny (teraz po jego śmierci każdy akapit nabiera szczególnej wymowy) właśnie „chiński” fragment: „W miarę jak mijały dni, zacząłem coraz bardziej traktować Wielki Mur jako Wielką Metaforę. Otaczali mnie bowiem ludzie, z którymi nie mogłem się porozumieć, otaczał mnie świat, którego nie mogłem przeniknąć. (…) Prasa była tylko po chińsku, więc nic nie rozumiałem. Z początku prosiłem kolegę Li o tłumaczenie, ale każdy artykuł w jego przekładzie zaczynał się od słów: »Jak naucza przewodniczący Mao« albo »Idąc za wskazaniami przewodniczącego Mao« itp., itd. Ale czy tak naprawdę było tam napisane, skąd mogłem wiedzieć? Jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym był kolega Li, ale to on właśnie był najszczelniejszą barierą. Na każdą prośbę o spotkanie, o rozmowę, o podróż odpowiadał – przekażę to redakcji. Nigdy jednak potem nie było odpowiedzi. Nie mogłem też wychodzić sam – kolega Li szedł ze mną. Zresztą dokąd mogłem pójść? Do kogo? Nie znałem miasta, nie znałem ludzi, nie miałem telefonu (miał go tylko kolega Li). Przede wszystkim nie znałem języka. Fakt, że od razu na własną rękę zacząłem się go uczyć sam. Próbowałem przedzierać się przez gąszcze hieroglifów i ideogramów, aż zabrnąłem w zaułek bez wyjścia: była nim wieloznaczność znaku”.

(Fot. Zofia Katarzyna Morstin)

Pewnie nie uważał, że „Chiny są wszędzie”, ale wszędzie była wieloznaczność znaku, wieloznaczność znaku świata – rozkodowywał tę wieloznaczność z zapałem nie artysty, ale społecznika święcie wierzącego, że jak ludzie zrozumieją świat, życie na tym świecie będzie lepsze. Jakby w przekonaniu, że należy po sobie zostawić nie Wielką Metaforę, ale Wielkie Wytłumaczenie, wolał w latach ostatnich stosować język dyskursu niż obrazu. W dyskursie, owszem, był bardzo przekonujący, ale rezygnując z obrazu – tracił. W obrazie, w czystym opisie, a raczej nie w czystym, a w z założenia przychylnym opisie (dającym w ostatecznym efekcie zupełną bezstronność) był mistrzem.

Wspomina się teraz jego dobroć – istotnie był człowiekiem dobrym, z dobroci brała się jego odwaga i mądrość. Kto miał szczęście z nim się zetknąć (a z racji jego otwartości miały takie szczęście całe rzesze), ten wie, jak przychylnym był człowiekiem. Nieraz na granicy naiwności była to przychylność – czeredy grafomanów, których nie był w stanie odegnać, żywiły się jego życzliwością.

(Fot. Zofia Katarzyna Morstin)

Taki był po prostu – widząc świat i człowieka w całej komplikacji, pozornie zdawał się nie widzieć złej strony człowieka, ciemnej strony świata. Ten swoisty franciszkanizm dawał jego pisaniu niewiarygodnie silną perspektywę. Kapuściński na dobrą sprawę o nikim źle nie pisał, w zasadzie w jego prozie (wiem, że brzmi to ryzykownie) negatywnych (w zamiarze autorskim) postaci nie ma – starał się zrozumieć wszystkich: fanatyków, bolszewików, terrorystów, dyktatorów i popleczników dyktatorów. (Skarga na towarzysza Li widoczna w przytoczonych linijkach – to jest akurat wyjątkowo – jak na autora Hebanu – czarna emocjonalność). Cesarza opisuje w codziennym mrówczym trudzie, trud cesarskiego dworu jeszcze bardziej jest mrówczo zapobiegliwy, każdy się stara, każdy dba o codzienność – nie ma tu żadnych ocen i żadnej ideologii – potworność wyświetla się tym wyraziściej.

Nie odpuszczał tej perspektywy w swych publicystycznych wywodach. Wiadomo było na przykład, że w czasach ostatnich, w pierwszych latach trzeciego tysiąclecia, w kluczowej sprawie islamu i terroryzmu pomiędzy poglądami Oriany Fallaci a poglądami Ryszarda Kapuścińskiego była przepaść nieprzebyta, czeluść nieprzejrzana. Jeśli na globalne sprawy istniały spojrzenia biegunowo różne, były to właśnie spojrzenia tej pary naddziennikarzy. Ale Kapuściński wielokrotnie o tę różnicę, o ten spór pytany zdawał się unikać sporu. Nie polemizował z Fallaci, nie pokazywał jej mylnych założeń i krótkowzrocznych wniosków, nie obalał jej tez – mówił krótko i jakby niechętnie, że się nie zgadza, i obszernie wykładał własne racje. Racje dobra. Racje zrozumienia. Racje pojednania i racje nadziei. Zachowywał się tak, jakby na obalanie fałszywych i podtrzymujących wrogość koncepcji szkoda było czasu. Wierzył, że wyłożenie dobra jest lepsze. Był dobrym człowiekiem.

Późną wiosną 2001 w Teatrze Narodowym Jerzy Grzegorzewski szykował intensywne i ekscentryczne przedstawienie oparte na Giacomo Joyce Jamesa Joyce’a. Wyszły jakieś problemy z prawami autorskimi i do premiery ostatecznie nie doszło. Odbyło się parę „prób” z udziałem zaproszonych gości. Doskonale pamiętam ten „zakazany spektakl”, niebywałe czerwcowe popołudnie, zmysłową malarskość scen, urodę aktorek, tajemniczą aurę. Kapuściński w jasnoniebieskiej koszuli i wymiętej letniej marynarce siedzi z przodu, potem po przedstawieniu rozmawia z Grzegorzewskim. Trudno sobie wyobrazić parę twórców bardziej sprzecznych, bardziej różnymi środkami wyrazu się posługujących, bardziej odmiennie na wszystko patrzących. (Fallaci przy Grzegorzewskim to była bliźniaczka Kapusty). A jednak ci dwaj stoją i gadają z najwyższym przejęciem. Obaj w świetnej formie. Jest upalny czerwcowy zmierzch. Grzegorzewski coś tłumaczy, Kapuściński się uśmiecha. Prawie jednakowym ruchem unoszą dłonie.

2007

„Widok z mojego boksu” opublikowano nakładem wydawnictwa Znak.

 

Jerzy Pilch
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę