Znaleziono 0 artykułów
20.02.2020

Handel śmiercią

(Fot. Getty Images)

Łuskowce giną, bo ich mięso jest uznawane za przysmak w Chinach i Wietnamie, a łuski za niezbędny produkt w ponad 500 przepisach medycyny chińskiej. Mają leczyć anoreksję, choroby skórne, nerki i problemy z laktacją. Ale nie ma żadnych wiarygodnych badań, które by potwierdzały te cudowne właściwości. Tak samo jak nie ma jeszcze jednoznacznych badań, które potwierdzają, że to łuskowiec przeniósł koronawiursa z nietoperza na człowieka.

(Fot. Getty Images)

Szacuje się, że pomimo światowego zakazu handlu kością słoniową w ciągu roku kłusownicy zabijają 30 tysięcy słoni. Tylko przez 10 lat – od 2007 do 2017 roku – zabito 1015 nosorożców. Ich rogi uważane są za lekarstwo na wszystko. Tak samo jest z tygrysami, których sproszkowane kości podaje się i na malarię, i na oparzenia, a wąsy nosi jako amulety. Na wolności żyje nie więcej niż 4 tysiące tygrysów, ale w całej Azji są farmy, na których zniewolone zwierzęta rozmnaża się dla zysku (w 2016 roku głośno było o tajskiej świątyni Wat Pha Luang – sanktuarium dla dzikich zwierząt, w którym okazało się, że mnisi trzymali na sprzedaż zamrożone ciała 40 tygrysiątek). Orangutany są celem kłusowników, bo niektórzy miliarderzy z Bliskiego Wschodu lubią trzymać je jako zwierzęta domowe. Goryle górskie, których na świecie zostało zaledwie 800, są zabijane dla mięsa. Krytycznie zagrożone wyginięciem żółwie szylkretowe odławia się dla ozdobnej skorupy.

(Fot. Getty Images)

To lista gatunków, na które najczęściej polują kłusownicy. Dla naszej rozrywki, dla ozdoby, dla zadowolenia naszych kubków smakowych albo naszych przekonań o tym, co jest dobre dla zdrowia. Ale najczęściej łowionym przez kłusowników zwierzęciem wcale nie są majestatyczne słonie czy nosorożce ani nawet królewskie tygrysy i lamparty. Najczęściej, bo raz na pięć minut, kłusownicy łapią niepozorne łuskowce. Zwinięte w kulkę, opancerzone zwierzę nie ma zbyt wielu przeciwników. Ale człowiek może je po prostu podnieść z ziemi i wrzucić do worka. A potem obgotować we wrzątku, zdjąć skórę i łuski i załadować na statek, ukrywając łuski w workach z psią karmą. Czasem łuskowce po prostu mrozi się w całości. W 2016 roku fotograf Paul Hilton wygrał Wildlife Photgrapher of the Year zdjęciem 4 tysięcy martwych i zamrożonych łuskowców, przechwyconych z rąk przemytników przez rząd Indonezji. Szarobrązowe oszronione ciała zwinięte w kulki wypełniają cały kadr. Z daleka wyglądają jak cmentarzysko muszelek. W sumie zwierzęta ważyły pięć ton. Policja wrzuciła ich ciała do dołu i spaliła. Chciała pokazać, że więcej są warte żywe niż martwe.

Pomimo prób zwrócenia uwagi na los łuskowców, chociażby przez księcia Williama, twórców gry „Angry Birds” (jedna z postaci – Sandslash – jest na nich wzorowana) czy genialne fotografie Adriana Steirna, który w Zimbabwe fotografował rangersów ratujących łuskowce (półnadzy mężczyźni przytulają opancerzone ciała podopiecznych – najpiękniejsze jest zdjęcie opiekuna z łuskowcem, który zwija się w kłębek na jego głowie), do opinii publicznej nadal nie przebijała się informacja o ginących ssakach. Kiedy pisze się o kłusownictwie, łatwiej przyciągnąć uwagę słoniami i tygrysami niż małymi nocnymi zwierzakami jedzącymi mrówki. Sześć lat temu książę Cambridge mówił, że łuskowce mają wielkie szanse na wyginięcie, zanim większość ludzi w ogóle o nich usłyszy.
Mylił się. Dzisiaj wie o nich cały świat.

(Fot. Getty Images)

Dziesięć dni temu o łuskowcach zrobiło się głośno, kiedy naukowcy zaczęli podejrzewać, że to one są brakującym ogniwem w wędrówce koronawirusa od nietoperzy do ludzi. Szacuje się, że do tej pory zaraziło się nim ponad 72 tysiące osób (99 procent w Chinach), ponad 1800 zmarło. Internet zaroił się od faktów na temat pokrytych twardą łuską ssaków, którym genetycznie bliżej jest do pand i niedźwiedzi polarnych niż do pancerników, do których wydają się bardziej podobne. Ich lepki język jest dłuższy od całego ciała (to pomaga w wyjadaniu mrówek), uszy mogą się zamknąć (żeby mrówki nie weszły do środka), a małe łuskowce wędrują uczepione maminego ogona.

Z ośmiu gatunków łuskowców (z których cztery żyją w Afryce, a cztery w Azji) wszystkie objęte są ochroną w ramach CITES – konwencji o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem. Według organizacji pozarządowej TRAFFIC co roku przemyca się ok. 20 ton łuskowców – głównie z Afryki do Azji. Jednak z opublikowanego niedawno raportu międzynarodowej organizacji Wildlife Justice Commission (którego wyniki opisuje Rachel Nuwer dla National Geographic) wynika, że tylko w ciągu ostatnich czterech lat przemycono 228 ton samych łusek. 228 ton łusek to dziesiątki tysięcy zabitych zwierząt. A to jedynie ułamek całości. Większość przemytników umyka celnikom.

Łuskowce giną, bo ich mięso jest uznawane za przysmak w Chinach i Wietnamie. A łuski za niezbędny produkt w ponad 500 przepisach medycyny chińskiej. Mają leczyć anoreksję, choroby skórne, nerki i problemy z laktacją. Ale nie ma żadnych wiarygodnych badań, które by potwierdzały te cudowne właściwości. Tak samo jak nie ma jeszcze jednoznacznych badań, które potwierdzają, że to łuskowiec przeniósł koronawiursa z nietoperza na człowieka.

Informacje o przemycie łuskowców na chiński rynek wywołały kolejną burzę w internecie, która ociera się o rasizm. Jak słusznie pisze dr Jonathan Kolby (w tekście dla NBC News), który przez dekadę pracował dla CITES, walcząc z nielegalnym handlem, a teraz prowadzi Centrum Ratowania i Ochrony Płazów w Hondurasie: „Rozumiem przeważającą publiczną i rządową frustrację wywołaną tym, że łuskowce są nadal obiektem kłusowników – pomimo najwyższej możliwej ochrony ze strony CITES […]. [Ale] łatwo jest obwiniać innych ludzi za niszczenie różnorodności biologicznej – zwłaszcza kiedy robią rzeczy, których nie rozumiemy albo nie akceptujemy. O wiele trudniej jest wziąć odpowiedzialność za szkody, jakie każdy z nas powoduje codziennie – poprzez wybory jedzeniowe, sposób podróżowania i poziom komfortu, na który wydaje nam się, że zasługujemy”. Kolby pisze o tym, że najgroźniejszym patogenem na świecie jest chytridiomikoza powodująca grzybicę skóry u płazów. Z jej powodu wyginęło ponad 500 gatunków żab i ropuch. Ale Stany nie wprowadziły żadnych obostrzeń i nadal importują tysiące zainfekowanych zwierząt, które rozprzestrzeniają chorobę. Póki patogen nie zagraża nam, nie ma znaczenia, ile zwierząt zabija.

Wygląda na to, że łuskowca uratują nie wysiłki ludzi chroniących przyrodę, ale przypadek. Nawet jeśli okaże się, że to nie one przenoszą koronawirusa – świat wreszcie o nich usłyszał, a popyt na ich mięso i łuski chwilowo spadł. Ale historia łuskowca jest nie tylko o Chińczykach, którzy używają jego łusek do robienia lekarstw, które w najlepszym przypadku działają jak placebo. To jest historia o nas. I naszym stosunku do świata. Traktujemy go jak jeden wielki zasób, który ma karmić nasze niezaspokojone potrzeby. A przecież bez biologicznej różnorodności, którą zapewniają ginące z naszej winy gatunki, nie przetrwamy wiele dłużej od nich.

 

Katarzyna Boni
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę