Znaleziono 0 artykułów
02.03.2021

Jacek Poniedziałek: Byłem na równi pochyłej

Jacek Poniedziałek (Fot. Stolarska)

Najgorsze stały się urwane filmy. Urwane nie dlatego, że zalegam nieprzytomny w jakimś barłogu, ale baluję, rozmawiam, robię coś i nic potem nie pamiętam. Ani sekundy. Zdałem sobie wtedy sprawę, że mogłem zrobić wszystko: wsiąść do pociągu albo zrobić komuś coś niedobrego. Utrata kontroli nad sobą to mój największy koszmar, to mnie przeraziło najbardziej – mówi Jacek Poniedziałek w szczerej rozmowie o drodze do trzeźwości. 

Skąd ta potrzeba?

Sam się właściwie nad tym zastanawiam. Mogę ci dać dwie odpowiedzi do wyboru. Pierwsza jest taka, że zacząłem pisać dziennik na prośbę reżysera, Krzyśka Garbaczewskiego, z którym pracowaliśmy w Nowym Jorku nad spektaklem „Ginsberg/Białoszewski VR”. Potem przestałem i do powrotu nakłonił mnie redaktor Maciej Makselon z wydawnictwa W.A.B., i tak zacząłem znów pisać, zaciekawiony tym, co powstanie. A druga odpowiedź jest taka, i zrozumiałem to ostatnio, że chcę się po prostu uwolnić od różnych napięć, od wstydów, od potrzeby maskowania się przed ludźmi. Jak nie masz już nic do ukrycia, to osiągasz stan absolutnej wolności, bo nikt już nie może ci nic zrobić – ani komentarzem, ani plotką, ani hejtem, ani skandalem, ani niczym. To była, tak sobie myślę, moja instynktowna potrzebna.

Jacek Poniedziałek (Fot. Stolarska)

Coś jak z „Proszę bardzo” Andy Rottenberg. Chcecie? To macie. Proszę bardzo!

Tak, to jest dokładnie to samo. Bierzcie i dajcie mi już spokój.

Jak długo pisałeś?

W Nowym Jorku miesiąc, tyle trwały próby. Potem za wspomnianą redaktorską namową pisałem od sierpnia 2018 roku do marca 2020, więc skończyłem mniej więcej rok temu. Pisałem nieregularnie, bliżej końca intensywniej, a największym bodźcem do zapisków był odwyk. Zrozumiałem, że jeśli to ma być dla ludzi interesujące i zauważalne w masie wydawnictw „memłarycznych”, powinienem oddać czytelnikom coś najbardziej osobistego, wyrazistego, opisać doświadczenie graniczne, transformujące, zmieniające. Dla mnie był nim właśnie odwyk, który mnie trochę przeorał i zmienił moje spojrzenie na dotychczasowe życie, na relacje z ludźmi. Wtedy też poczułem głębszy sens tego pisania, które stało się również świadectwem trzeźwienia. Ono jest najważniejsze w tej książce.

Odwyk trwał jak długo?

Miesiąc z jedną trzydniową przepustką na zagranie w spektaklu.         

Pisanie dziennika z zamiarem jego rychłej publikacji zmienia coś w jego pisaniu?

Kiedy zaczynałem pisać w Nowym Jorku, to nie było przeznaczone do publikacji. Zapiski ponowojorskie już tak – od razu były pisane z myślą o wydaniu. A to źle, że pisałem do publikacji?

Jacek Poniedziałek nie(Dziennik) (Fot. Materiały prasowe)

Nie, to nie zarzut, tylko ciekawość, bo inaczej – przypuszczam – pisze się dziennik do wydania po śmierci, a inaczej do wydania zaraz.

Rzeczywiście, ludzie być może częściej piszą dzienniki z zamiarem podsumowania swojego życia i chęcią zostawiania po sobie czegoś osobistego. Ja, mówię ci szczerze, kiedy pisałem, w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Po prostu pisałem i nie myślałem jakoś specjalnie o odbiorcach, o tym, co kto pomyśli. To przyszło, kiedy całość była prawie gotowa, kiedy odstawiłem ją na chwilę i wróciłem po jakimś czasie z nieco większym, jeśli to możliwe, dystansem i świeżością. Wtedy dopiero zadałem sobie pytanie, jak ludzie mogą to odebrać, ale nie w sensie, że coś za dużo opowiedziałem, ale raczej z troską, czy moje intencje zostaną dobrze zrozumiane, nie będą odczytane na opak. 

„Głód przychodzi zwykle po spektaklu” – piszesz. Kiedy zaczął przychodzić?

Kilkanaście lat temu, kiedy poczułem jeszcze mocniej niż zwykle odpowiedzialność za nasz sukces, za powodzenie naszych spektakli, za zadowolenie reżyserów, za uznanie mnie w końcu za pełnowartościowego artystę, a nie kogoś, kto cały czas aspiruje. Początek był za czasów TR Warszawa, może jeszcze nie „Hamleta”, ale „Burzy” to już na pewno, czyli w 2003 roku, mniej więcej.

I to była od tego czasu równia pochyła?

Była, tak to zresztą wygląda w tysiącach podobnych świadectw dotyczących uzależnień. Z każdym rokiem równia jest coraz bardziej pochyła. Z każdym rokiem jest coraz więcej do stracenia. Z każdym rokiem upadek może być boleśniejszy. I klęska, i sukces stają się powodami do picia i ćpania. Po spektaklu dopada cię euforia. Chcesz trwać w tym stanie podniecenia, radości, podłechtanego ego. Chcesz się upijać sobą, upijać się zespołem, upijać się recenzjami w kuluarach, upijać się przychodzącymi wiadomościami, że „to było genialne!”, że jesteśmy boscy, fenomenalni, najlepsi. I chcesz w tym być, choć zdajesz sobie jednocześnie sprawę, że to jest iluzja, i kiedy wracasz do rzeczywistości, nie jesteś w stanie skupić się na niczym – wtedy musisz pić i ćpać. Nasze spektakle są długie, wymagające, wyczerpujące, generują napięcie i po zejściu ze sceny chcesz to ciągnąć, bo same brawa – nawet na stojąco – ci nie wystarczają. To za mało, koszt twojego wysiłku nie jest zwrócony. Może w takim razie wino po spektaklu? Może klub? Może jeszcze domówka? I nagle się okazuje, że jest siódma rano. Zresztą z wieloma naszymi wspólnymi znajomymi.

Jacek Poniedziałek (Fot. Stolarska)

Pamiętam taką imprezę po premierze, z której wyszedłem jakoś po północy i kiedy wróciłem następnego dnia po południu do mieszkania, gdzie owa domówka trwała, ty bawiłeś się na niej nadal w najlepsze. Mówiłem: „Jacek, jest szesnasta, za trzy godziny grasz spektakl!”, a ty kompletnie porobiony odpowiedziałeś z uśmiechem: „Majki, damy radę! Może kreseczkę?”. Do dzisiaj jest dla mnie zagadką to, jak wszedłeś trzy godziny później na scenę i zagrałeś ten spektakl. 

Pamiętam, choć muszę powiedzieć, że takich skrajnych sytuacji, jak ta, nie było wiele, najwyżej kilka. Ale były. I były wystarczająco przerażające, żeby spróbować coś z tym zrobić. Najgorsze jednak w tym wszystkim stały się urwane filmy, bo nawet jak jesteś nawalony, to napijesz się wody, kawy, weźmiesz zimny prysznic i mimo tego, że drżą ci wszystkie członki, jakoś dajesz radę. Ale urwane na długo filmy to było najgorsze. Urwane nie dlatego, że zalegam nieprzytomny w jakimś barłogu, ale baluję, rozmawiam, robię coś i nic potem nie pamiętam. Ani sekundy. Zdałem sobie wtedy sprawę, że mogłem zrobić wszystko: wsiąść do pociągu albo zrobić komuś coś niedobrego. Utrata kontroli nad sobą to mój największy koszmar, to mnie przeraziło najbardziej. 

Jak to wygląda?

Tak, jak jesienią 2019 roku, to był ostatni raz. Obudziłem się w swoim mieszkaniu i nie wiem, jak do niego dotarłem. Zadzwoniłem do kolegów, z którymi imprezowałem, i oni mi powiedzieli, że mnie do domu przyprowadzili. „A skąd wiedzieliście, jaki adres, która klatka, które piętro?” – pytam. A oni, że wszystko im powiedziałem. „Byłeś zombie, ale rozmowa była świetna” – mówią. A ja nic nie pamiętam. „Jak długo to trwało?” – dopytuję. „Stary, chyba sześć godzin” – śmieją się. – „Tańczyłeś, gadałeś, byłeś rozkoszny”. A ja nic nie pamiętam. „Aż w końcu się przewróciłeś” – kończą relację – „i uderzyłeś głową w parkiet”. A ja nic nie pamiętam. 

Sam powiedziałeś sobie dość, czy była potrzebna interwencja?

Sam się przestraszyłem, a strach jest silnym bodźcem. Strach i złość. Złość na siebie, bo ona alarmuje: musisz coś z tym zrobić. W zespole czy naszym środowisku teatralnym ludzie sobie takich rzeczy nie mówią, bo wiedzą, że podobne interwencje kończą się kłótnią albo zerwaniem znajomości. Poza tym problem dotyczy wielu, choć nie u wszystkich jest to tak destrukcyjne jak u mnie, takie bez trzymanki. 

Teraz jesteś wolny od używek?

Tak, ale to nie znaczy, że kiedyś nie wrócę do jakiegoś umiarkowanego picia alkoholu. Na razie jest na pewno za wcześnie. Parokrotnie zamoczyłem tylko usta w winie podczas kilku toastów i tyle. Pomaga w tym wszystkim antydepresant, reguluje mi dzień.

I życie jest teraz piękne?

Spokojne, stabilne, pracowite. Oprócz tego, że pracujemy teraz w Nowym Teatrze nad „Odyseją. Historią dla Hollywoodu” Krzyśka Warlikowskiego, to w maju zaczynam zdjęcia do fajnego filmu w roli, na którą czekałem od lat. Poza tym wychodzi książka, o której rozmawiamy, teatry zwracają się z prośbami o kolejne przekłady sztuk – wszystko to sprawia mi wielką radość i bardzo dobrze robi mi na głowę.

Piszesz sporo o rodzinie, nie pierwszy raz – o poczuciu niekochania przez mamę, o bracie alkoholiku, o biedzie w domu bez kanalizacji. To wszystko zdeterminowało twoją dorosłość? 

Oczywiście. Przez całe dorosłe życie czułem jakiś ciężar, niewygodę, coś mnie uwierało, czułem się odrobinę gorszy, jakiś niepokój plątał się po mojej głowie. Wiesz, kiedy się siada podczas odwyku na terapii, nagle pojawiają się odpryski z okresu dzieciństwa, dojrzewania i od słowa do słowa docierasz do rzeczy, które niby znałeś, wiedziałeś, ale nagle zaczynasz rozumieć ich znaczenie. Nagle odnajdujesz traumę, która cię ukształtowała, i rozumiesz, że z jej powodu zachowujesz się tak, jak się zachowujesz. Terapia to z ciebie wyciąga i trwa to latami, bo w miesiąc się tego nie załatwia, ale kiedy już dotrzesz do sedna, zaczyna się proces samoleczenia. 

Jacek Poniedziałek (Fot. Stolarska)

Wydajesz „(Nie)dziennik” w takim kraju i w takim czasie, w jakim żyjemy – stajesz się łatwym łupem dla rozmaitych mediów.

Nie zajmuję się tym. Od lat nie czytam żadnych plotkarskich portali.

Ale inni je czytają.

Ich sprawa.

Rządowe media mogą mieć używanie.

Proszę bardzo! 

Rzeczywiście się uwolniłeś. 

Myślę tylko o tych, których „(Nie)dziennik” może autentycznie poruszyć. Już dostaję pierwsze informacje zwrotne od ludzi, którzy mi piszą, że szacun, że sami by się nigdy nie odważyli na taką szczerość, że będą musieli chyba trochę przemyśleć swoje życie. Czego więcej chcieć? 

„Bycie osobą publiczną kojarzy mi się głównie z męką. Nieustanną samokontrolą, ciągłą inwigilacją przez medialne kurwy, niezręcznością w podrywaniu, wymuszonymi uśmiechami na ściankach, wygłaszaniem durnych mądrości na poczekaniu, wewnętrznym nakazem bycia w formie albo ciągłą blazą” – piszesz. Coś się teraz zmieniło?

Nie, to się nigdy nie zmieni. Ta cała rozpoznawalność przyszła do mnie sama. Nie planowałem jej, kiedy szedłem w 1986 roku do szkoły teatralnej. Miałem po prostu aspiracje, potrzeby, marzenia. A najbardziej wymarzone wydawało mi się właśnie życie artystyczne. Kojarzyło mi się ze zmiennością, dynamizmem, nowymi ludźmi, nowymi miejscami, podróżami. 

„Zostałem aktorem, żeby być wolnym” – to twoje słowa.

Właśnie, taki był cel i w pewnym sensie jestem wolny. A ta medialność, ta publiczna kontrola, te plotkarskie kurwy, które mnie prześladują, są tylko tej wolności odpryskiem. Tak jak to, że ktoś krzyknie na mnie na ulicy do czasu do czasu: „Pedale, zajebiemy cię!”. O wiele częściej słyszę jednak dobre słowo. Tak jak teraz, po wyjściu książki. Bardzo to jest budujące, gdy usłyszysz od nieznajomej osoby: „Panie Jacku, bardzo pana lubię”.

Ależ panie Jacku, też bardzo pana lubię.

Ciebie to akurat znam. 

* Jacek Poniedziałek „(Nie)dziennik”, wydawnictwo W.A.B. W księgarniach od 10 marca

Mike Urbaniak
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę