Znaleziono 0 artykułów
22.11.2019

Katarzyna Kalwat: Zacieranie granic

Katarzyna Kalwat (Fot. Monika Stolarska)

Niepokorna reżyserka teatralna, która właśnie pracuje nad swoim pierwszym filmem, wprowadza nieistniejące artystki do kanonu sztuki, tworzy fikcyjne archiwa, otwiera wymyślone wystawy. Jej spektakle, którym często blisko jest do performance’u, można oglądać na deskach TR Warszawa i stołecznego Nowego Teatru, w Opolu, we Wrocławiu i w Gdańsku, a także za granicą. 

Umówiłyśmy się przy warszawskim placu Zbawiciela w kawiarni, w której poznałyśmy się na początku jej teatralnej historii, gdy jeszcze nic nie było przesądzone. Teraz, po 10 latach pracy w teatrze, Kasia Kalwat osiadła w stolicy. Warsztat wykuwała jednak na scenach innych miast, które darzy wielkim szacunkiem. – Bycie wyłącznie reżyserem w teatrach stołecznych odgradza od rzeczywistości – uważa. – Oczywiście moje peregrynacje prowincjonalne miały swoją cenę. Miałam małe dzieci, a jeździłam do pracy na drugi koniec Polski, zarabiałam grosze, mieszkałam w nieogrzewanym mieszkaniu gościnnym, w którym jest tak zimno, że kiedy wracałam z próby, kładłam się do łóżka w płaszczu, żeby szybko zasnąć. Ale za to mogłam próbować przez trzy miesiące z aktorami, którzy mieli czas, nie chodzili na castingi i oddawali się wspólnemu celowi. Mogłam zrobić wszystko, czego nie zrobiłabym w Warszawie. Chociażby dlatego, że była wtedy artystycznie martwa, a w mniejszych ośrodkach trafiałam na prawdziwe talenty – dodaje Kalwat.

Przełomem dla reżyserki okazało się nagrodzone w Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej „Holzwege” w TR Warszawa z 2016 roku, nawiązujące do biografii awangardowego kompozytora Tomasza Sikorskiego. Na scenie oniryczna historia życia muzyka (brawurowy Tomasz Tyndyk) miesza się z teatralnym śledztwem wokół jego tajemniczej śmierci i koncertem na żywo w wykonaniu jego przyjaciela, Zbigniewa Krauzego. Kolejne cenione realizacje to toruński „Reykjavik ’74”, „Rechnitz. Opera – Anioł Zagłady” w TR Warszawa, wrocławsko-opolski „Grotowski non-fiction” czy instalacje performatywne, „Robert Walser. I would prefer not to” oraz „Maria Klassennberg. Ekstazy” z TR Warszawa, pokazywane w przestrzeniach ekspozycyjnych Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski i rozwijane na stypendiach, choćby we Francji.

Rechnitz. Opera - Anioł Zagłady (Fot. Marcin Oliva Soto)

Uwiedzenie…

Na początku ważny był krakowski dom rodzinny Katarzyny. Rodzice nie zajmowali się teatrem, mama pracowała za to w galerii, co pozwoliło Kasi obcować ze sztuką współczesną od najmłodszych lat. – Nasze pierwsze mieszkanie było właściwie jednym pomieszczeniem, więc mama przewiesiła wielką zasłonę, za którą był mój „pokój” i zza której wychodziłam siłą rzeczy do „innego teatru”. Miałam w domu osoby różnych frakcji politycznych: tata był działaczem Solidarności, mama wierzyła w „socjalizm z ludzką twarzą”. Na moich oczach odbywało się więc opisywanie rzeczywistości z odmiennych punktów widzenia. Może to sprawiło że na pierwsze studia, przed Akademią Teatralną, wybrałam psychologię polityki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie umiem chyba bardziej zgłębić tych pierwszych decyzji. Na pewno interesowało mnie to, jak polityka przechyla wajchę w różne strony, budując jednostkowy kapitał społeczny lub całkowicie go dewaluując. Do dziś fascynuje mnie, jak bardzo składamy się z wielopokoleniowych historii i stwarzających je okoliczności.

Katarzyna Kalwat (Fot. Monika Stolarska)

Krakowska młodość w pobliżu Teatru Starego pozwalała jej oglądać wybitne spektakle, w tym Krystiana Lupy. – W liceum widziałam „Kalkwerk” 13 razy – śmieje się Kasia. – Znajome bileterki wpuszczały mnie na mój ulubiony drugi akt. Wtedy w Krakowie istniały nieformalne grupy quasi-artystyczne, spotykające się przestrzeniach pozadomowych. Dzięki temu wiele osób, z którymi dziś pracuję, poznałam nieoficjalną drogą.

…I rozczarowanie

Po psychologii zastanawiała się, czy studiować reżyserię filmową, czy teatralną, ale zanim podjęła decyzję, wygrała stypendium rządu francuskiego. Uczyła się w Lille w szkole filmowej i w Brukseli. Zrozumiała jednak, że potrzebuje teatru, więc podjęła studia reżyserskie na Akademii Teatralnej w Warszawie.

Był to bardzo trudny czas, bo musiałam powściągnąć całą swoją osobowość, głównie ze względu na tradycyjne, akademickie podejście do reżyserii – wspomina Kalwat. – Robiłam rzeczy niestandardowe, więc mój dyplom został pokazany za zamkniętymi drzwiami, żeby inni nie pomyśleli, że można tak bezkarnie eksperymentować. Był to „Sen nocy letniej” Szekspira, który w tej szkole należało wystawiać w sposób kanoniczny, a u mnie wszystkie kobiety były grane przez jedną aktorkę, Lidkę Sadową. Po doświadczeniach kobiecych Szekspirowskich postaci w finale stawała się Tytanią i przemawiała z pozycji siły. Oczywiście kazano mi zaznaczyć, że to spektakl na podstawie „Snu nocy letniej”, a całość nazwać „Snem”, czyli jakąś osobliwą kobiecą imaginacją. Jedną z niewielu jasnych stron studiów było robienie etiud reżyserskich cztery razy w roku, do których zapraszałam twórców spoza szkolnego obiegu, m.in. aktorów: Pawła Tomaszewskiego, Rafała Mohra, Krzysztofa Szekalskiego, Henia Niebudka. Mogłam się dzięki temu zabunkrować na Miodowej i jakoś przetrwać. Głęboko wierzę, że teraz, pod nowymi auspicjami, ta szkoła może stać się miejscem poszukiwań, a przede wszystkim będzie przestrzenią wolną od przemocy.

Z planu filmowego Marii Klassenberg. Ekstazy (Fot. Anna Tomczyńska)

„A Krystian Lupa powiedział”

Tak brzmi nazwa satyrycznego profilu na Facebooku, który ironizuje z mistrzowskiego statusu tego reżysera. Jak kontakt z patronem krakowskiej młodości teatralnej wpłynął na Katarzynę, gdy jako asystentka stanęła u jego boku?

Staff Only (Fot. Monika Stolarska)

Wtedy, na drugim roku warszawskich studiów reżyserskich, pójście do Lupy było najlepszą rzeczą, jaką mogłam zrobić. Poszłam do niego jak czeladnik do fachury – po narzędzia. Jednak trafiając pod skrzydła mistrza-demiurga, ryzykujesz, że na zawsze wasze nazwiska się skleją. I w każdym wywiadzie będą cię pytać o to doświadczenie. I chociaż moja droga od początku była budowana na odmiennych doświadczeniach, to dzięki Lupie dostałam też coś, co pozwoliło mi przetrwać pierwsze lata w zawodzie. Krystian uczy, że popełnianie błędów jest wartościowe, a robienie rzeczy z pozoru błahych czy głupstw może mieć dużą siłę. Lupa koncentrował się na wymiarze filozoficznym spektaklu. I w obrębie takiej instalacji dokonywał demaskatorskich przekształceń, puszczając całe sceny wolno i niedbale. Był to więc taki aktorski postpunkowy Joy Division.

Jest życie w teatrze

Dziś Katarzynę interesuje teatr, który przekracza linię demarkacyjną, emancypuje się spod władzy reżysera i wkracza w rzeczywistość. Służą temu artefakty wytwarzane w trakcie spektaklu, a mogące istnieć także samoistnie. Całość jest oparta na próbie zbudowania modelu rzeczywistości w przestrzeniach przypisanych kulturze. To utopijna wizja, która stawia wiele pytań, w tym o kształt sztuki przyszłości.

I tak efektem przedstawienia „Grotowski non-fiction”, które powstało we współpracy z artystą wizualnym Zbyszkiem Liberą, było wydanie książki. To kolejna pozycja o teatralnej legendzie – Jerzym Grotowskim, ale pierwsza napisana przez aktorów i dramaturga (Krzysztofa Szekalskiego), z pełną wolnością słowa, mająca więc wymiar emancypacyjny. Nie tylko rekwizyt spektaklu-konferencji, ale obiekt sztuki i archiwum pracy artystów. Z kolei w pokazywanym w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej projekcie „Robert Walser. I would prefer not to” troje performerów w roli kuratorów nieistniejącej wystawy wprowadza widzów w świat enigmatycznego szwajcarskiego pisarza. – Zainteresował nas Walser jako artysta, który kamuflował własną twórczośćużywał mikroskopijnego pisma, szyfrując swój przekaz – mówi reżyserka. – Z aktorami Jankiem Dravnelem, Michałem Opalińskim i Hanią Klepacką oraz dramaturgiem Beniaminem Bukowskim postawiliśmy pytanie o imperatyw budowania statusu artysty poprzez nadprodukcję dzieła i jego masowe uzewnętrznianie. Czy artysta może istnieć bez dzieła? Publiczność wkracza w przestrzeń CSW i mając do dyspozycji tylko performerów i nagrany głos, musi się podjąć trudu interpretacji braku, czyli pustki.

Rechnitz. Opera - Anioł Zagłady (Fot. Marcin Oliva Soto)

Na potrzeby spektaklu "Maria Klassenberg. Ekstazy” powstały dzieła, które naprawdę są wystawiane w galeriach i stanowią część dorobku współpracujących z reżyserką artystów: Anety Grzeszykowskiej i Jana Smagi. Stworzyli dokumentację performance’ów wymyślonej artystki polskiej awangardy, Marii Klassenberg. – Archiwum pokazywano w formie instalacji uzupełniającej spektakl, który sam można traktować jak formę performance’u zamkniętego – wyjaśnia. – Teraz odbędzie się premiera w Volksbühne w Berlinie z polsko-niemiecką obsadą. To „prawdziwa retrospektywa nieistniejącej artystki”, którą wprowadzamy do kanonu historii sztuki jako symbol wszystkich artystek usuniętych z męskocentrycznej narracji. Pytając przy okazji o koszt takiego wykluczenia, ale też o to, kiedy wykluczenie staje się towarem. Projekt stanowi dyptyk ze sztuką „Grotowski non-fiction”. Tam męski geniusz wpisany do kanonu, tu – Klassenberg, dzieło pominięte i wyciągnięte z archiwum prywatnego, jeszcze nieusankcjonowanego.

Grotowski non-fiction (Fot. Tomasz Tyndyk)

Kiedy matka tworzy

„Klassenberg” rozpoczyna się wprowadzeniem krytyczki sztuki Andy Rottenberg. Do pewnego momentu funkcjonuje na prawach rzeczywistości. – Na pokazy specjalne przyjechali kuratorzy z zagranicy. W finale, po monologu Uli Kiebzak, w którym ujawnia ona swoją tożsamość „nieznanej aktorki Teatru Starego” wcielającej się w rolę Marii Klassenberg, zapomnianej artystki wizualnej, byli zdruzgotani, że to inscenizacja, a nie prawda.

W „Marii Klassenberg” Kalwat poruszyła ważny dla niej wątek relacji matki i córki oraz to, jak będąc artystką, przenosi się emocje z twórczości na życie prywatne. Tytułowa Maria daje sobie prawo, by sztuka konstytuowała jej życie. Dochodzi do zawłaszczenia dziecka przez matkę, a potem dorosła już córka sama staje się archiwistką twórczości matki. Na końcu córka grana przez Natalię Kalitę podejmuje próbę przekroczenia matki. – Równie dobrze to mogłaby być matka naukowczyni, matka lekarka – uważa reżyserka. – Ten projekt nie tylko buduje napięcie między życiem osobistym a potrzebą tworzenia, ale pozwala zrealizować marzenie o figurze silnej matki prekursorki sztuki. Mówi o autonomii każdej z nich: matki i córki, w relacji często zachwianej przez jej silnie uczuciowy wymiar.

Grotowski. Non Fiction (Fot. Zbigniew Libera (videoperformance))

I chociaż bycie matką i artystką nie jest proste, Kalwat uważa, że to rozdarcie jest świetnym paliwem dla sztuki: – Bycie matką oznacza bycie blisko rzeczywistości, ale też szczególny dystans do niej. To gotowość do pracy w różnych interwałach czasowych, np. podczas przemieszczania się z miejsca na miejsce albo wykonywania codziennych czynności.

Język kłamie, akcent queeruje

Trwanie przy reżyserii teatralnej wymaga determinacji. – Nigdy nie uważałam, że to proste – mówi. – Zaakceptowanie tego pozwoliło mi działać. Przez siedem lat nie mogłam zrealizować „Rechnitz. Opera – Anioł Zagłady” według Elfriede Jelinek, bo dyrektorzy nie chcieli tak progresywnego tekstu. Albo może w ich wyobrażeniu nie były to teksty dla kobiety ważącej 45 kilo, którą wtedy byłam. Myśleli, że sobie nie dam rady.

„Rechnitz. Opera - Anioł Zagłady” jednak powstało i okazało się sukcesem. Paraoperowa opowieść, zakomponowana na sześciu aktorów i kwartet smyczkowy, pokazuje bestię rodząca się w człowieku. Spektakl, tworzony wspólnie z tłumaczką Moniką Muskałą i kompozytorem Wojtkiem Blecharzem, odwołuje się do wydarzeń na zamku baronowej Margit von Batthyány w austriackim Rechnitz w marcu 1945 roku. Podczas przyjęcia goście – oficerowie SS i gestapo – dokonali mordu na dwustu żydowskich robotnikach przymusowych. Ciał nie odnaleziono, oprawców nie skazano. – To tekst o tym, jak język potrafi rozpuszczać rzeczywistość – mówi twórczyni. – Każdy z pięciu posłańców inspirowanych „Bachantkami” dodaje coś od siebie, tym samym zacierając prawdę o przebiegu historii.

Ostatnio Kalwat znów zatarła granice sztuki i życia w projekcie „Staff only”, który na Biennale Warszawa przygotowała z performerami cudzoziemskiego pochodzenia. Na scenie TR Warszawa pokazuje aktorów, którzy mówią z obcym akcentem, przez co istnieją poza kanonem teatralnym. – Akcent jest karczowany, więc jego istnienie okazuje się rodzajem oporu politycznego – uważa. – Dla mnie akcent jest darem, bo zawsze pracuję z aktorem na jego tożsamości. Cudzoziemcy zmieniają polską składnię w taki sposób, że tworzą jakby nowy rodzaj poezji, który nazwaliśmy z Beniaminem „lingwistycznym queerem”. Teraz chcemy, by nasi performerzy zastępowali polskich aktorów w dużych spektaklach znanych reżyserów. Jesteśmy na etapie rozmów. „Zmiennicy” będą mówić ze swoim akcentem i pracować ze swoją tożsamością kulturową. I w ten sposób zmieniać wydźwięk spektaklu. Podobnie jak to było z „Grotowskim” czy „Marią Klassenberg. Ekstazy”, „Staff only” będzie wpuszczał „wirusa życia” w świat teatru i go zmieniał.

Staff Only (Fot. Monika Stolarska)

Od prof. Krystyny Duniec oraz Objazdowego Uniwersytetu Powszechnego im. Ireny Krzywickiej i feministycznej grupy Teraz Poliż Katarzyna otrzymała zaproszenie do pracy nad projektem o pierwszych polskich emancypantkach politycznych, szpularkach z Żyrardowa. Równolegle przygotowuje adaptację głośnego „Powrotu do Reims” Didiera Eribona w Nowym Teatrze w Warszawie. Kręci też swój pierwszy film. – „Fizycy” to ogromna produkcja francusko-szwajcarska i jednocześnie film-performanc’e. Pracuję nad scenariuszem z Beniaminem Bukowskim i szwajcarskim reżyserem polskiego pochodzenia Grzegorzem Zglińskim – wyjaśnia Katarzyna. „Fizycy” opowiedzą o grupie naukowców, wśród których znaleźli się późniejsi nobliści: Werner Heisenberg, Carl Friedrich von Weizsäcker i Otto Hahn, uprowadzeni pod koniec II wojny światowej z Niemiec przez aliantów. Internowani w posiadłości w Farm Hall koło Londynu, byli podsłuchiwani przez brytyjskie służby, które chciały przechwycić domniemany przepis na bombę atomową. Oprócz fizyków jądrowych w filmie pojawi się Lise Meitner, fizyczka żydowskiego pochodzenia, eks-współpracowniczka Hahna. – Mamy dostęp do ok. 10 proc. zapisanych nagrań, resztę archiwum odtworzymy sami, używając wyobraźni i prowadząc własne śledztwo – mówi reżyserka. – Niedawno wróciliśmy z Anglii, gdzie zwiedzaliśmy ten dom internowania, dziś prywatną posiadłość prof. Marciala Echenique. To opleciony labiryntem korytarzy i schodów budynek, sam jest żywą metaforą inwigilacji.

Najbliższe spektakle w reżyserii Katarzyny Kalwat:

RECHNITZ. OPERA – ANIOŁ ZAGŁADY

Gdański Teatr Szekspirowski, Gdańsk

pokaz w ramach Tygodnia Austriackiego

4.12.2019, g. 19.00

TR Warszawa/Marszałkowska, Warszawa

najbliższe planowane pokazy: styczeń 2020 

STAFF ONLY

TR Warszawa/Marszałkowska, Warszawa

17.11.2019 oraz 13, 14, 15.12.2019, g. 19.00

GROTOWSKI NON-FICTION

Teatr im. J. Kochanowskiego w Opolu/Teatr Współczesny we Wrocławiu

23.11, g. 20.00 (Opole)

29 i 30.01.2020 spektakle, Teatr Współczesny we Wrocławiu

POWRÓT DO REIMS

Nowy Teatr w Warszawie

26/27/28.03.2020 w ramach showcase’u Nowego Teatru

 EKSTAZY. MARIA KLASSENBERG

Volksbühne, Berlin

27.05.2020 premiera międzynarodowa 

jesień 2020 planowana premiera polska

Anna Sańczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę