Znaleziono 0 artykułów
24.08.2019

Love Me Tinder: Boję się i pragnę bliskości

(il. Iza Kacprzak)

Tinder to recepta na nieśmiałość, bo zasady są tu jasne, a odrzucenie mniej boli. – Na żywo nie wiem, czy ktoś jest dla mnie po prostu miły, czy chodzi o coś więcej. A gdy już mi się spodoba jakaś dziewczyna, zwykle się okazuje, że jest hetero albo zajęta – opowiada kolejna bohaterka naszego cyklu.

Od zawsze wykorzystywałam internet do zawierania znajomości.  Byłam raczej nieśmiała, więc tak było mi łatwiej. Pierwsze zauroczenia przeżywałam na czatach. Gdy zdałam sobie sprawę z mojej orientacji psychoseksualnej, szukałam partnerek na portalach Queer.pl i Kobiety-kobietom.com, a w końcu w aplikacjach randkowych. Najczęściej używam Tindera, ale w porównaniu z Queer.pl brakuje mi tu informacji, które pozwoliłyby świadomie przesunąć czyjś profil w prawo lub lewo.

(il. Iza Kacprzak)

Gra w otwarte karty

W aplikacjach randkowych wszystko jest prostsze i jaśniejsze. Na żywo nie wiem, czy ktoś jest dla mnie po prostu miły, czy chodzi o coś więcej. Albo gdy spodoba mi się jakaś dziewczyna, to zwykle się okazuje, że jest hetero albo zajęta. Odrzucenie w sieci mniej boli, bo jest mniej namacalne. A na pocieszenie możesz znów odpalić aplikację. I znaleźć nowy obiekt westchnień. Kogoś, kto też szuka – seksu, związku, miłości. Oczywiście zdarzają się osoby, które chcą po prostu kogoś poznać, bo na przykład są nowe w mieście. Albo ludzie szukają chętnych do trójkąta. To łatwo wywnioskować w rozmowie. Na Tinderze można mówić o swojej orientacji otwarcie. To bezpieczna bańka, w której nie trzeba się outować. A niektóre apki wręcz cię ostrzegają, jeśli odpalisz je w kraju, gdzie osoby homoseksualne karane są więzieniem, a nawet śmiercią.

Nie ma fal?

Myślę, że randkowanie online nawet osobom bardziej otwartym niż ja ułatwia życie, bo daje więcej możliwości przeżycia przygody – romansowania w różnych konfiguracjach. I nawet trochę zazdroszczę tym, którzy potrafią z tego korzystać. Sporo dziewczyn deklaruje, że jest w otwartej relacji, ale nie umawiam się z nimi. Znam siebie na tyle, że wiem, że byłabym zazdrosna. Chyba jestem po prostu monogamiczna. Od początku szukam w sieci czegoś głębszego. Kogoś, do kogo poczułabym coś więcej, mogła stworzyć związek. I wręcz uważam, że pisząc z kilkoma osobami naraz, można się pogubić. Dlatego staram się dość szybko umówić się na randkę. Spotkanie na żywo bardzo szybko weryfikuje, czy nadajemy na tych samych falach. Wydaje mi się, że zbyt długie pisanie stwarza wrażenie fałszywej bliskości między ludźmi. Zaczynamy żyć wyobrażeniami o tej drugiej osobie, fantazjujemy o niej, co jest przyjemne i do czego mamy duże pole. Ale wtedy rozczarowanie może być tym bardziej bolesne.

Choć wiem, czego szukam, nie mam sztywnych wymagań. Zdarzają się na Tinderze opisy: „Szukam kobiety do związku, ma być taka i taka, mamy się kochać do śmierci”. Ja tak nie robię, bo to trąci desperacją. Sama piszę raczej, czym się interesuję, żeby ktoś wiedział już na początku, czy będzie między nami nić porozumienia. Nie odrzucam też dziewczyn biseksualnych, spotkałam się z kilkoma. Wiem jednak, że są one dyskryminowane wśród lesbijek na portalach randkowych, bo uważa się, że chcą tylko poeksperymentować, a ostatecznie będą wolały się związać z mężczyzną.

Zasady są po to, by je łamać

Podobne artykułyLove Me Tinder: Serial w kolorze tęczyDominik Wojciechowski Każdą znajomość traktuję jak doświadczenie, możliwość zmiany perspektywy, poznania innej muzyki, kultury, innego sposobu odżywiania. Zdarzyło mi się kiedyś spontanicznie zaprosić do siebie do domu dziewczynę, z którą dopiero co zaczęłam pisać. Akurat ugotowałam zupę krem, ona, wracając z pracy, miała do mnie po drodze. To była miła odmiana od pierwszych randek w parkach, kawiarniach albo pubach. Może to zaproszenie przyszło mi tak łatwo, bo dziewczyna była młodsza. Przez kilka godzin rozmawiałyśmy i przeglądałyśmy książki z ilustracjami, później jeszcze ze sobą pisałyśmy, ale nic z tego ostatecznie nie wyszło. Co do zasady, jestem zdania, że zawsze trzeba uważać na obce osoby. Randkowanie między dziewczynami nie jest wcale bezpieczniejsze niż z mężczyznami.

Mam na sumieniu również inne odstępstwa od swoich zasad. Zdarzył mi się parę razy seks na pierwszej randce. I nie żałuję. Mimo że potrzebuję pogłębionych relacji, korzystam z życia, nie robiąc oczywiście niczego wbrew sobie. Po prostu czułam się wtedy wystarczająco bezpiecznie, widziałam potencjał w znajomości, wierzyłam, że to nie będzie tylko jedna noc. Byłam gotowa się z kimś przespać.

Ten pierwszy raz

Z pierwszą dziewczyną, którą poznałam na Queer.pl, miałam bardzo platoniczną relację. Pisałyśmy ze sobą dwa miesiące, zanim spotkałyśmy się na żywo. Zdążyłam się nią zauroczyć jeszcze przed spotkaniem. Czułam, że jest bardzo wrażliwą, ale też pogubioną osobą. Na żywo od razu przyciągnął mnie jej wygląd – chuda, blada, ciemne oczy i włosy. Nasze spotkania były dość rzadkie, a przez to pewnie jeszcze bardziej ją idealizowałam. Przez prawie rok co noc ze sobą pisałyśmy, grałyśmy też w Scrabble online. Niestety, szukałam związku, a ona wolała niezobowiązujące układy, bo nie chciała się wiązać z jedną osobą. Nasza znajomość była więc połączeniem przyjaźni i romansu. Czułam ciągłą tęsknotę i niedosyt. Mimo silnego zauroczenia zrozumiałam, jak bardzo rani mnie ta relacja. Zostałyśmy koleżankami. Mam do niej duży sentyment. Nieraz wpadamy na siebie na mieście i zawsze wtedy ciepło się witamy.

Duchy z Tindera

Nie udało mi się dotąd zbudować naprawdę trwałej relacji. Czasem myślę, że to niemożliwe. Albo że internet to nie jest ta droga. Ale za każdym razem, gdy poznaję kogoś ciekawego, nadzieja odżywa. Ostatnio fajna dziewczyna po dwóch randkach urwała kontakt bez słowa. Traf chciał, że wpadłam na nią w sklepie. Nie wiedziałam, że tam pracuje. Totalnie spanikowała. Uciekła na zaplecze, a obsłużyła mnie jej koleżanka.

Niestety urywanie kontaktu to częsta praktyka. A potem prędzej czy później się na siebie wpada. I zaczyna się festiwal niezręczności. Dlatego staram się być w porządku. Choć to trudne, to zazwyczaj piszę szczerze, że mi przykro, ale nie nadajemy na tych samych falach. Z tym się wiąże randkowanie, zwłaszcza to internetowe. I niby powinno się z czasem jakoś uodpornić na bycie odrzuconą czy odrzucanie, ale to nie jest takie proste. Czasem czuję się emocjonalnie wyprana. Zwłaszcza gdy staję się powierniczką cudzych rozterek w temacie orientacji, a po pięciu sekundach randki już wiem, że to nie to.

Intymne chwile z aplikacją

Zauważyłam też, że swipe’owanie wchodzi w krew. Robisz to w przerwie na lunch, w pracy i wieczorem w domu. Nie lubię przeglądać Tindera w miejscach publicznych, bo się obawiam, że ktoś mi zajrzy przez ramię. I nie chodzi o to, że zobaczy, że oglądam dziewczyny, tylko o samą aplikację. Ma złą sławę, więc trochę wstyd z niej korzystać. Swipe’owanie to intymna czynność. Wymaga skupienia, nastroju, spokoju.

Czego teraz szukam? Zrozumienia. Zaczynam rozpoznawać, co mi się w ludziach podoba, a co mnie odrzuca. Poznaję innych, ale i siebie, coraz lepiej. Jeśli w końcu z kimś się zwiążę na dobre, odrzucę bezpieczną przestrzeń wirtualną. I niby bym chciała, ale trochę sobie tego nie wyobrażam. Może boję się prawdziwej bliskości, więc podświadomie wybieram niedostępne kandydatki albo idealizuję dziewczyny z sieci.

Wysłuchała Paulina Klepacz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę