Znaleziono 0 artykułów
01.09.2020

Margot ze Stop Bzdurom: Nie mam czasu się bać

(Fot. Kaśka Marcinkiewicz)

Nikt nigdy nie wywalczył sobie praw, siedząc grzecznie w kącie. Wszystkie rewolucje były splamione krwią osób, które wiedziały, że inaczej nie można. Ale nie chcę być postrzegana jako męczennica – mówi aktywistka w pierwszym wywiadzie po trzech tygodniach aresztu.

Jak się czujesz?

Ostatnie dwa dni spędziłam w domu w gronie przyjaciółek. Czas minął nam na rozmowach, jedzeniu i kochaniu się. Po wyjściu musiałam na chwilę się odciąć. Teraz powoli wracam do rzeczywistości i normalnego rytmu pracy, więc dziś mam się różnie – czasami czuję radość, a chwilę potem przygnębienie i stres. Dopiero dziś w nocy czytałam o wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie tygodnie i byłam pod ogromnym wrażeniem.

Jak wyglądał twój czas w areszcie?

Po aresztowaniu zostałam przywieziona na komendę policji na Muranowie, gdzie wszyscy krzyczeli, że muszą załatwić wszystkie formalności jak najszybciej i wywieźć mnie z Warszawy, zanim pojawią się tu kolejni protestujący. W niespełna godzinę zostałam zabrana do aresztu śledczego w Wołominie. Podczas podróży samochodem jedna z policjantek oglądała na telefonie film o tym, jak policja rozrzucała protestujących, którzy próbowali zatrzymać samochód ze mną w środku. W pewnym momencie, rozsyłając nagranie do swoich kolegów na WhatsAppie, przez przypadek wrzuciła nagranie na facebookowe stories. Dopiero na miejscu zauważyła, co się stało i je usunęła.

Po rutynowych formalnościach zostałam przewieziona do aresztu śledczego na Białołęce. Co zabawne, na wjeździe na teren więzienia przywitała mnie wielka rzeźba z marmuru przedstawiająca Polskę, postawiona ku pamięci więźniów politycznych represjonowanych przez państwo w latach 80. Więzienie na Białołęce to moloch. Strażnicy byli bardzo nieprzyjemni. Po kilkanaście razy wchodzili do mojej celi, tylko po to, żeby mnie musztrować.

Później trafiłam w ręce psycholożki, która bardzo chciała mi pomóc, ale prosiła, żebym nie posługiwała się swoimi zaimkami i imieniem, żeby nie ujawnić tożsamości. Jej prośba na nic się zdała, bo już przy pierwszym kontakcie z innymi więźniami wszyscy mnie rozpoznali. Nie mieli złych zamiarów. Jeden z nich słyszał, że jeszcze zanim mnie przywieziono, przewożono ludzi z dołków i więzień, żeby zrobić miejsce na protestujących.

(Fot. Kaśka Marcinkiewicz)

Na kolejnym etapie trafiłam do wychowawców, którzy odpowiadają za przydzielenie odpowiedniej celi, w zależności od skali przewinień. Oni też kazali mi posługiwać się męskimi zaimkami i imieniem Michał. Powiedziałam im, że to bezcelowe, bo już zostałam rozpoznana. Nikt nie wiedział, co ze mną zrobić. Wyraźnie obawiali się, że coś może mi się stać. Poprosiłam o izolatkę, ale jej nie dostałam.

Niedługo później pojawili się strażnicy, którzy zakuli mnie w kajdanki i bez słowa odprowadzili do samochodu. Początkowo myślałam, że przewożą mnie do innej części zakładu. Potem dotarło do mnie, że wyjechaliśmy z miasta. Nie wiedziałam, co się dzieje. W głowie pojawiła się plątanina myśli – dokąd jedziemy? Czy oni mnie zabiją? Czy to już koniec? Ale się nie bałam. Byłam zaskakująco spokojna, jak gdybym już pogodziła się z tą myślą. Kierowca puszczał na cały regulator techno. To czyniło sytuację jeszcze bardziej absurdalną.

W końcu dotarliśmy do Płocka. Tam ponownie przechodziłam z rąk do rąk, ale spotkałam się z dużo większą życzliwością. Zapytano mnie nawet o preferowane zaimki. Dostałam izolowaną celę, poprosiłam o dietę wegańską, trzymano mnie z daleka od innych więźniów. Wydano nawet rozporządzenie, że nie wolno nikomu rozmawiać o mnie w obecności innych więźniów. Nie przyniosło to efektu – już kilka dni później całe więzienie wiedziało, że tu jestem.

Lu, Margot i Łania (Fot. Kaśka Marcinkiewicz)

Jak wyglądał twój rytm dnia?

Pobudka była o szóstej. Rytm dnia wyznaczały posiłki. Więzienne jedzenie jest naprawdę okropne. W ciągu dnia miałam czas, żeby wyjść na spacerniak, chwilę poćwiczyć albo poczytać. Od jednej psycholożki dostałam „Psychologię”. Wybłagałam, żeby załatwiono mi Nowy Testament, który pożyczył mi jeden z więźniów.

Dlaczego Nowy Testament?

Nowy Testament miał mi się przydać do napisania licencjatu o początkach chrześcijaństwa, które miało charakter radykalnie anarchistyczny. Ale otrzymanie zgody na laptopa graniczy w areszcie z cudem.

Jestem wściekła, że myśl chrześcijańska jest zawłaszczana przez skrajną prawicę. Zawsze mnie oburzało, że biorą ją za swoją ludzie, którzy mają z nią niewiele wspólnego. Pisząc pracę, odkryłam, że tak naprawdę, my, queerowe anarchistki, kierując się miłością do bliźniego, ale też nie bojące się radykalności, mamy więcej wspólnego z myślą chrześcijańską niż oni. Chrześcijaństwo jest zbyt poważną sprawą, by zostawiać ją w rękach polskich katolików.

Jak traktowali cię strażnicy i więźniowie?

Przez pierwsze kilka dni część współosadzonych krzyczało w moją stronę obelgi i groźby, ale szybko im się to znudziło. Później kilka razy zaczepiano mnie tekstami w stylu: „Co tam Margareta?” czy „Jak masz na imię, dziewczynko?”. Prawie wszyscy współwięźniowie zwracali się do mnie żeńskimi zaimkami, czego nie mogłam wyegzekwować ze strony służby więziennej.

Czy w czasie pobytu miałaś kontakt z prawnikami albo bliskimi?

Po kilku dniach odwiedziła mnie przedstawicielka Rzecznika Praw Obywatelskich, a po tygodniu udało się do mnie dotrzeć prawnikom. Później kilka razy widziałam się z adwokatami. Moim oknem na świat był telewizor. Przez pierwsze dni widziałam na ekranie Łanię, Lu oraz inne bliskie mi osoby – to bardzo podnosiło mnie na duchu. Później coraz częściej musiałam słuchać, jak są obrażane w TVP. To było trudne doświadczenie, dlatego później przerzuciłam się na programy kulinarne.

Z telewizji też dowiedziałam się, że facet, który zaatakował i skatował dwie osoby, dostał jedynie nadzór policyjny. Wobec mnie – według prokuratury – byłby to niewystarczający środek kontroli.

Co było najtrudniejszym doświadczeniem podczas tych tygodni?

Od razu po zamknięciu rozpoczęłam strajk głodowy. Początkowo czułam się nieźle, ale po tygodniu zdarzało mi się stracić przytomność. Nikt nie został zaalarmowany – póki przyjmowałam jedzenie przez drzwi, to w systemie wszystko grało. Poprosiłam moich adwokatów, żeby przekazali informację na zewnątrz. Oni jednak powiedzieli, że nie mogą tego zrobić i poradzili mi przerwać strajk przed procesem. Po dwóch tygodniach zawiesiłam go więc, ale byłam gotowa na to, że jeżeli sąd odrzuci moje odwołanie, to do tego wrócę.

(Fot. Kaśka Marcinkiewicz)

Jakie emocje towarzyszyły ci w tym czasie?

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to minęło strasznie szybko, ale w areszcie momentami strasznie mi się dłużył. Szczególnie męcząca była ostatnia doba, gdy czekałam na rozprawę. Sam pobyt w więzieniu był paradoksalnie bardzo spokojnym czasem. Przez większość dni czułam zwyczajną nudę, więc pisałam licencjat i listy, których nie dane mi było wysłać. Planowałam też nasze dalsze działania. To było produktywne zawieszenie. Potrzebowałam go, choć nie w takim wydaniu.

Po wyjściu też nie czułam niczego szczególnego. Być może dlatego, że wszyscy wokół bardzo to przeżywali. Moi adwokaci martwili się o mnie i kazali mi siedzieć w domu. Lu był wzruszony i rzucił mi się na szyję. Moi przyjaciele odetchnęli z ulgą i chcieli świętować.

Kiedy dowiedziałaś się, że wychodzisz?

Zaraz po rozprawie. O niej samej dowiedziałam się też na dwa dni przed. Na rozprawę zostałam przewieziona do Warszawy. Decyzję wydało troje sędziów. Gdy już wiedziałam, że wychodzę, główna sędzia zwróciła się bezpośrednio do mnie i mówi: „Niech pani zrozumie, że nie może pani łamać prawa”.

Twoje aresztowanie wywołało ogromne emocje. Jak się z tym czułaś?

Reakcja mediów mnie rozczarowała. O ile po prawicowych mediach nie spodziewałam się za wiele, to zaskoczyło mnie, że tytuły bardziej liberalne poświęciły uwagę samemu aresztowaniu i misgenderingowi, jednocześnie potępiając nasze metody. Ten sam zawód czuję wobec polityków. Poza nielicznymi wyjątkami, większość niby przyznała, że są za prawami osób LGBTQ+, ale tylko póki jesteśmy potulni, grzeczni i cichutko czekamy, aż ktoś łaskawie uzna nas za ludzi. Klasyczne „Jesteśmy sojusznikami, ale…”. Ważniejsze niż to, że łamane są nasze prawa, po raz kolejny okazała się dyskusja o tym, kto pierwszy był niemiły.

(Fot. Kaśka Marcinkiewicz)

Rozbawiło mnie zaskoczenie, jakie wywołała brutalność policji wobec protestujących. Dla nas to nic nowego. Takie sytuacje zdarzają się od lat – jesteśmy spisywani bez powodu, policja nie reaguje na przemoc wobec nas, a chroni homofobiczne ciężarówki. Podczas mojego aresztowania policja zorganizowała specjalny oddział, który miał usunąć protestujących, a policjanci, którzy siedzieli ze mną w samochodzie, nagrywali całą sytuację. Śmiali się z tego, jak brutalne obchodzono się z ludźmi. Przemoc jest na porządku dziennym, a niedawno przybrała na sile.

Dlaczego twoim zdaniem bycie „miłym” czy „grzecznym” nie przynosi już skutku? Dlaczego sięgacie po bardziej radykalne metody?

Nikt nigdy nie wywalczył sobie praw, siedząc grzecznie w kącie. Wszystkie rewolucje były splamione krwią osób, które wiedziały, że inaczej nie można. A przekonanie, że można to zrobić „ładnie”, jest fałszywe i powtarzane przez tych, którzy, gdy tamci ginęli za zmianę, stali grzecznie obok, nie wychylając się. To im dane jest korzystać z tej zmiany. Choć sami nie przyłożyli do niej ręki, najgłośniej krzyczą o konieczności bycia dla siebie miłym i przestrzeganiu reguł.

Mam też poczucie, że skoro w Polsce skrajna prawica ma się tak dobrze, że przy nich nawet PiS staje się centrum, to potrzebujemy też skrajnej lewicy. Nasze działania wcale nie są radykalne i dziwi mnie, że przylgnęła do nas łatka „lewackich bojowniczek”. Traktuję te określenia jako komplement na wyrost. Nic takiego jeszcze nie zrobiłam. Dla wielu, w szczególności dla prawicy udającej centrum, osiągnęłyśmy skrajny radykalizm, a to nieprawda. Nie jesteśmy nawet blisko. A nie musimy się cofać, bo nie mamy nic do stracenia.

Co dalej ze Stop Bzdurom?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Jak pokazują ostatnie tygodnie, tak bywa najlepiej. Nasze ostatnie akcje nie były planowane miesiącami, często robiłyśmy je przypadkiem, przy okazji, spontanicznie.  W przypadku furgonetki wszystko wydarzyło się niespodziewanie. Zatrzymywałyśmy homofobusy już wiele razy. Tego dnia akurat przechodziłam przez ulicę, gdy ją zauważyłam. Nie miałam planu, wszystko potoczyło się samo. Z kolei w akcji z flagami nawet nie brałam udziału, choć jako Stop Bzdurom wrzucałam relację z akcji. Dlatego byłyśmy zaskoczone, gdy to właśnie te akcje wywołały taką burzę. Nie byłyśmy na nią gotowe.

W najbliższym czasie chcę skupić się na rzeczach, które planowałyśmy od dawna, a przez Wielkie Skandale utknęły w martwym punkcie, np. dodruk wlep, o które pytało nas wiele osób. To będzie największy dodruk w historii queeru, a może i Polski. Ponieważ wiele osób okazało nam ogromne wsparcie, postanowiłyśmy też, że zebrane pieniądze będziemy przekazywać na rzecz organizacji, które nie mają szansy na dofinansowania, bo zajmują się organizowaniem aborcji na żądanie, kupują transmłodzieży bindery na święta czy organizują posiłki dla bezdomnych.

(Fot. Kaśka Marcinkiewicz)

Same pamiętamy, jak do tej pory zamiast zrobić porządne zakupy, wydawałyśmy własne pieniądze na kupno sprejów czy wlep. Wszystkie poważne instytucje odrzucały nasze podania o granty, choć starałyśmy wpasować się w tę grzeczną politykę. W końcu uznałyśmy, że to bez sensu. Nigdy nie zależało nam na wpasowywaniu się w przyjęte normy. Mam to gdzieś. Interesuje mnie moja społeczność, a nawet jedynie ta jej część, która postrzega i czuje rzeczy, tak jak my. Jest słaba, brakuje jej sił na konfrontacje, ale nigdy nie udaje, że wszystko jest okej. Na takich ludziach nam zależy.

Jak widzisz swoją przyszłość?

Mam poczucie, że nie dożyję starości. Czuję, że ktoś mnie w tym kraju zabije. Za każdym razem, gdy ktoś nazywa mnie bojówkarką albo terrorystką, mam poczucie, że ta wizja staje się coraz bardziej realna. Ale nie mam czasu się bać. Urodziłam się tutaj. Jestem Polką, chrześcijanką w homofobicznym kraju. Chcę coś zrobić, zanim to się wydarzy. Chcę spędzić ten czas z osobami, które kocham i zatroszczyć się o wszystkich, którzy są w tej samej sytuacji. Mam też poczucie, które paradoksalnie daje mi wiele ulgi i jeszcze więcej motywacji, że jesteśmy skazane na przegraną. Nie mamy siły, żeby zmienić pół Polski i przekonać ją, że jesteśmy takimi ludźmi jak one. Dlatego chcę wykorzystać swój czas w pełni i mieć poczucie, że zrobiłam tyle, ile mogłam.

To dość przygnębiający scenariusz.

Wcale nie. Dużo bardziej przygnębiająca jest dla mnie wizja świata, w której nic się nie dzieje, a całe życie chowasz się w szafie, albo gorzej – ta, w której zaczynasz wierzyć, że jeżeli przyjmiesz tę rolę, będziesz nosić i mówić to, co trzeba, to jakoś ci się uda przejść przez to życie. A jest tyle do zrobienia. Oprócz sytuacji osób LGBTQ+, musimy zmierzyć się z kryzysem klimatycznym i stale walczyć o prawa kobiet. Idąc na ustępstwa, przegrywamy dużo więcej niż tylko swoją sprawę.

Lu, Margot i Łania (Fot. Kaśka Marcinkiewicz)

Nie chcę być postrzegana jako męczennica. Lubię to, co robię, jestem szczęśliwa, że mogę działać, mam poczucie sprawczości. Może oberwę za to dzisiaj, ale dzięki temu potem kolejne osoby już nie dostaną, a będą miały odwagę iść dalej.

Czy tak duży odzew, w szczególności młodych ludzi, nie napawa cię nadzieją?

Nie zdążyłam jeszcze odczytać wszystkich wiadomości, które do nas spłynęły. Otrzymałam ponad dwa tysiące listów, które oczywiście nigdy do mnie nie dotarły, bo utknęły gdzieś w prokuraturze. Podobno mogę je odebrać. Jestem wdzięczna za wszystkie wyrazy solidarności. A jeszcze bardziej cieszy mnie, że po tych wydarzeniach część osób przestała się bać i zaczęły mówić to, co myślą. Jara mnie ten bunt i radykalność. Bo nawet jeżeli przegramy, to liczy się tylko to, że miałyśmy odwagę się postawić.

Na każdym kroku towarzyszy nam policja, krążą radiowozy. Pod moim mieszkaniem i mieszkaniami znajomych kręcą się tajniacy. To najlepszy moment, żeby zrobić sobie przerwę. Skupić na codziennej pracy. Nie martwię się, bo widzę, że w dziesiątkach miejscach w Polsce nasza społeczność zaczęła się organizować. To jest optymistyczne. Teraz inni zrobią robotę, odwrócą uwagę, a ja wrócę prosto w dym.

Julia Właszczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę