Znaleziono 0 artykułów
20.04.2022

Meg Mason: Radość i żal

Meg Mason (Fot.Grant Sparkes Carroll)

Meg Mason, autorka „Smutku i rozkoszy”, nie spodziewała się sukcesu. Myślała nawet, że przestanie pisać. Tymczasem jej powieść sprzedaje się świetnie, dostaje nominacje do nagród, zostanie zekranizowana. – Jakiś rodzaj wewnętrznej walki trzeba stoczyć, żeby napisać książkę – mówi Mason. Rozmawiamy o zaczynaniu od nowa, o rolach, od których trudno się uwolnić, nieprzewidywalnych kobietach i cierpliwych mężczyznach.

Kiedy słyszy, że „Smutek i rozkosz” porównuje się do prozy Sally Rooney, komentuje: – Zaczęłam pracować nad tą książką po czterdziestce, byłam wtedy mężatką od 20 lat, więc moje spojrzenie na miłość, role kobiet, mężczyzn, przyjaźń musiały różnić się od tego, jak postrzega te sprawy Rooney.

Mason pisze wprawdzie o wchodzeniu w dorosłość, ale na tym etapie życia, kiedy teoretycznie czas na to już minął. Akcja „Smutku i rozkoszy” dzieje się przede wszystkim w Londynie, gdzie Meg pochodząca z Nowej Zelandii, a dorastająca w Australii mieszkała przez kilka lat po ślubie i pracowała jako dziennikarka. Po powrocie z mężem i dwiema córkami do Sydney wciąż pisała artykuły, współpracowała między innymi z magazynem „Vogue”. Wydała też zbiór esejów oraz powieść, oba tytuły dotyczyły macierzyństwa, ale żaden z nich nie dał Mason tego, o czym marzyła – sukcesu, który oznaczałby zajmowanie się pisaniem książek na pełny etat. Postanowiła zawalczyć o to ostatni raz.

Bohaterka „Smutku i rozkoszy”, Martha, też walczy, ale nie o własną pasję albo zawód, tylko o udane małżeństwo, spokój, samą siebie. Ta mieszanka powieści psychologicznej, komedii, dramatu i romansu była zaplanowana jako romantyczna historia, dziejąca się w Boże Narodzenie. Nie dowiemy się, jak potoczyłyby się losy Marthy w świątecznych okolicznościach, bo akurat ten pomysł został przez autorkę przekreślony. Skasowała nieudany jej zdaniem tekst i porzuciła myśl, że kiedykolwiek wróci do pisania powieści.

Jak długo nie byłaś w stanie pisać, po tym jak pierwszą wersję „Smutku i rozkoszy” wyrzuciłaś do kosza?

Nie tak bardzo długo, ale wtedy ten etap wydawał mi się wiecznością. Przerwa pomiędzy skończeniem tej książki, moim zdaniem katastrofalnie nieudanej, a rozpoczęciem pracy nad jej nową wersją trwała około sześciu tygodni, pomiędzy grudniem a styczniem 2018 i 2019 roku. Nie byłam wtedy przyjemną towarzyszką życia dla moich bliskich. Znaczną część tego czasu spędziłam u rodziny w Oksfordzie, chociaż najchętniej zapadłabym się pod ziemię, a już zdecydowanie nie byłam w nastroju do pisania.

Właśnie emocje towarzyszące przekonaniu, że nie wiesz, co dalej, stały się ważną częścią przekazu „Smutku i rozkoszy”. Nie miałam innego marzenia, zawsze chciałam pisać powieści, ale kiedy się tym zajęłam, odkryłam, że chyba jednak nie potrafię. Już po kilku tygodniach pracy nad moją trzecią książką wiedziałam, że mi nie idzie, ale odpychałam tę myśl przez kolejne miesiące, wciąż pracując. Wysłałam skończoną powieść mojej wydawczyni, prosząc, żeby raczej nie czytała. Chciałam tylko, żeby wiedziała, że się starałam. Po wysłaniu tego tekstu wyrzuciłam go do kosza. Mój plan na życie został w ewidentny sposób przekreślony, więc opuściłam miejsce pracy, żeby pozbierać się po tej sromotnej porażce, i wyjechałam do Anglii.

Jednak znowu zaczęłaś pisać. Na czym polegał ten nowy etap?

Nie chodziło o powrót do konkretnej historii czy też o próbę uratowania nieudanej powieści. Po prostu wróciłam do biurka, żeby napisać cokolwiek, do czego musiałam się trochę zmusić, bez większych ambicji. Wciąż bardzo zaskakuje mnie, że ta powieść okazała się sukcesem, bo przecież na pewnym etapie w ogóle nie miała być książką. Najpierw była czymś, co trafiło do kosza, potem przez jakiś czas luźnymi zapiskami.

Poczucie niespełnienia, jakiego doświadczyłam, sprawiło, że drugi raz podeszłam do pisania w tajemnicy przed wszystkimi. Potraktowałam to jako ćwiczenie. Nawet przed samą sobą udawałam, że nic z tego nie może albo nie powinno wyjść.

Kiedy jednak wymyślony przeze mnie świat, jaki czytelnicy znają ze „Smutku i rozkoszy”, zaczął mieć sens, poświęciłam się mu całkowicie. Ale wydaje mi się, że są takie zajęcia, i należy do nich pisanie powieści, które mogą się udać tylko przy pełnym zaangażowaniu. Bo tak naprawdę nikomu nie zależy na kolejnej książce mało znanej autorki. Nikt na nią nie czeka, może poza bliskimi znajomymi. Dlatego jedyną osobą, która mogła zadbać o to przedsięwzięcie, byłam ja.

Ostatecznie praca nad „Smutkiem i rozkoszą” trwała tylko czerty miesiące?

Tak, ale gdyby doliczyć ten pierwszy etap, czyli pracę nad tekstem potem wyrzuconym, można też powiedzieć, że około dwóch lat. Po jakimś czasie od mojej porażki dowiedziałam się, że Ann Patchett napisała „Dom Holendrów” od początku po raz drugi, skasowała pierwszą wersję. Wydało mi się to pocieszające.

Mnie samej przy drugim podejściu poszło już dosyć łatwo, szybko, a po skończeniu tekstu nie musiałam niczego w nim zmieniać. Wiedziałam, że skoro może nie wyjść, jak za pierwszym razem, mogę też spróbować zaryzykować, napisać wszystko, co wydaje mi się ważne, nawet jeśli nie pasuje do świetnie sprzedających się książek.

Pisząc tę powieść po raz pierwszy, bardzo starałam się brzmieć jak poważna autorka, a wyszłam na słabą. Zatem przy drugim podejściu nie chciałam już być wyrafinowana, napisałam po prostu: pewnej kobiecie przydarzyło się coś takiego, koniec.

Forma „Smutku i rozkoszy” nie jest jednak prosta, a główna bohaterka bez przerwy zaskakuje.

Nie da się ukryć, że Martha ma złożony charakter, zmienia się, dorasta, chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że około czterdziestki czas dorastania powinna mieć za sobą. Ale to miała być opowieść o kobietach, jakie znam, a jestem otoczona koleżankami, które, niezależnie od wieku starają się walczyć o swoją niezależność, nie zawsze są uśmiechnięte, zadowolone z siebie. Martha bywa trudna, jednak chciałam dać czytelnikom poczucie, że to ich trudna najlepsza przyjaciółka.

Myślisz, że z tego powodu bohaterka „Smutku i rozkoszy” bywa porównywana do tytułowej Fleabag z serialu Phoebe Waller-Bridge? Poza tym, że obie są trudne, łączy je poczucie, że coś przegrały, straciły nadzieję.

Zapewne o to chodzi. Sama zbyt dobrze znam ten moment w życiu, kiedy pytana o marzenia, jeśli chcesz odpowiedzieć szczerze, możesz tylko wyjaśnić: – Niczego nie planuję, nadzieję już miałam. Być może łączył mnie z Marthą ten rodzaj rezygnacji czy bezruchu, z którego jednak można się podnieść. A kiedy jesteś nieszczęśliwa, oczywiście daleko ci do najlepszej wersji siebie. Ale to są właśnie momenty, z którymi trudno się z nie identyfikować.

„Powieść dla wszystkich, którzy czują, że coś jest z nimi nie tak”, przeczytałam na okładce polskiego wydania twojej książki. Jak myślisz, ilu czytelników stwierdzi: „Nareszcie coś o mnie”?

Wszyscy, którzy nie są pozbawieni wrażliwości. Ale muszę też przyznać, że gdybym zaczynała pisać właściwą wersję „Smutku i rozkoszy” z przekonaniem, że ktokolwiek to przeczyta, nie pozwoliłabym sobie na tak dużo humoru przy poruszaniu tematu zdrowia psychicznego. Bo nie zdradzimy chyba zbyt wiele, jeśli powiemy, że problemy głównej bohaterki to nie tylko przeczucie, że coś z nią jest nie tak, lecz naprawdę poważna sprawa.

Niezależnie jednak od tego, z jakimi tragediami się mierzymy, próbujemy szukać ratunku w śmiechu. Czarny humor w naturalny sposób pojawiał się w moich zapiskach, przeznaczonych pierwotnie tylko dla mnie. Przecież życie każdego z nas bywa wyjątkowo smutne, wyjątkowo zabawne, a bardzo często jest jednocześnie i takie, i takie.

Meg Mason (Fot.Grant Sparkes Carroll)

Dlaczego zdecydowałaś, że powtarzającym się elementem twojej powieści są rodzinne spotkania z okazji świąt?

Bo święta z rodziną, tak samo jak klasa albo pieniądze, obsadzają nas w rolach. A to, jakie role zostają nam przypisane w rodzinach, było jednym z moich pierwszych pomysłów na temat opowieści. Zazwyczaj ktoś jest tą ładną, ktoś inny zabawną, a ktoś inny odgrywa rolę rodzinnego intelektualisty albo wariata. Za tym ostatnim określeniem mogą kryć się poważne problemy, bagatelizowane przez tych, którzy w łatwy sposób opisują kogoś raz na zawsze. Jedziesz do rodzinnego domu jako dorosły człowiek i wciąż musisz istnieć w roli, w jakiej obsadzono cię lata temu, kiedy byłaś dzieciakiem. Jesteś prawniczką albo lekarką, albo kimkolwiek innym na co dzień, a przy stole z mamą, tatą, kuzynami traktują cię jak na przykład kogoś, kto wciąż wpada w kłopoty. Moja bohaterka, Martha, dostała swoją rolę jako nastolatka. Większość z nas chce dorosnąć, ale rodziny czasami nie pozwalają nam na to. Ale przypisywanie ról jest wygodne, bo zapewnia spokój, łagodzi wewnętrzną niezgodę na to, że kogoś nie akceptujemy.

Jedna z twoich bohaterek czuje, że jest postrzegana wyłącznie w rolach. Bywa nazywana żoną, siostrą, matką, nikt nie pamięta, kim jest w oderwaniu od innych.

Czasem udajemy, że to nie jest problem. W mediach społecznościowych, opisując siebie, wybieramy hasła: matka, żona, partnerka. Ja wyszłam za mąż, kiedy miałam 22 lata, matką zostałam trzy lata później. Planowałam to, byłam bardzo szczęśliwa, wychowując córki, ale nie znam dorosłej siebie bez tej roli. Jako dojrzała kobieta zawsze byłam matką.

W opinii innych za wcześnie miałam dzieci, powtarzali mi to wszyscy dookoła. Zatem pocieszałam się, że kiedy będę miała 45 lat, córki będą już chodziły do szkół, może zaczną studia, a ja będę mogła zająć się tym, kim jestem poza kontekstem rodzinnym. Tylko że u mnie ten moment zbiegł się z porażką. Krótko mówiąc, stałam się kimś, komu wydawało się, że będzie pisarką. To dosyć ciekawe, że cała twoja tożsamość może zostać po prostu wypalona. I wydaje mi się, że nie dotyczy to w tak dużym stopniu mężczyzn, rzadziej słyszy się o ich kryzysach osobowości, kiedy zostają ojcami albo kiedy ich dzieci opuszczają dom.

W „Smutku i rozkoszy” kobiety nie starają się być grzeczne, a mężczyźni są zazwyczaj cierpliwi, rozumiejący, rozważni. Dlaczego?

Nie znam zbyt wielu kobiet, które udawałyby grzeczne dla zasady, czyli nie wyrażałyby tego, co myślą, w sposób swobodny. Ktoś powiedziałby może, że moich znajomych nie da się lubić, bo są głośne, nieprzewidywalne, a ja myślę, że są po prostu niesamowicie silne, odważne, choć często złamane albo wyczerpane.

Nie sądziłam też, że Martha ze „Smutku i rozkoszy” zostanie uznana przez wielu czytelników za złośliwą, nieprzystępną. Dla mnie zawsze była cudowna, czarująca, pełna charyzmy. Owszem, mówi rzeczy, które mogą wydawać się niemiłe, ale przede wszystkim stara się być szczera. A jednak musi być w niej coś takiego, że ludzie identyfikują się z nią. Wzruszyłam się kilka razy podczas spotkań autorskich, widząc czytelników z ich egzemplarzami z pozaginanymi rogami, podkreśleniami. Domyślam się, że zauważyli w mojej książce opisy przeżyć albo sytuacji, które wydały im się znajome.

A dlaczego większość mężczyzn, o których piszesz, to postaci spokojne, zdystansowane?

Nie mam takiego celu, żeby pisać o wyłącznie dobrych mężczyznach, ale chciałam, żeby mąż głównej bohaterki był jej przeciwieństwem. Dlatego wydaje się cierpliwy, dojrzały, chociaż jest też niestety bierny, co łatwo przeoczyć. Nie wiem, dlaczego matki opisuję jako te z problemami, wadami, nieumiejętnością tworzenia prostych relacji, opartych na szczerości, a kiedy myślę o literackim ojcu, zazwyczaj przychodzi mi do głowy człowiek mądry, spokojny. Być może wynika to z tęsknoty za światem, w którym kobiety nie muszą być zawsze tymi, które wybaczają, mogą być, jakie chcą, za to mężczyźni pozostają silni, kiedy ktoś straci przy nich głowę.

Czy twoim zdaniem istnieje różnica w sposobach pisania powieści czy opowiadań o zdrowiu psychicznym mężczyzn i kobiet?

Na ostatnim etapie pracy nad moją książką miałam w głowie wiele literackich odniesień, od klasyki, czyli Virginii Woolf czy Sylvii Plath, po twórczość mniej znanych autorek, takich jak Janet Frame. Ale nie potrafię sobie teraz przypomnieć żadnej powieści z mężczyzną jako głównym bohaterem, którego zdrowie psychiczne byłoby opisane w tak zniuansowany sposób, jak robiły to pisarki, oddając przeżycia swoich bohaterek.

Mimo że historia Marthy nie jest moja, jako kobieta mogę sobie wyobrazić, co się z nią działo. Przyjęcie perspektywy męskiej byłoby dla mnie zdecydowanie trudniejsze. Nie jestem też pewna, czy chciałabym napisać książkę, w której jasne byłoby, że bohater zmaga się z konkretną chorobą psychiczną. Nie czuję się wystarczająco odważna, żeby wydawać wyroki czy też edukować w tak ważnych sprawach. Potrafię tylko, jak się ostatecznie okazało, tworzyć opowieści. A chciałam opowiedzieć o relacji polegającej na tym, że kobieta wiąże się z mężczyzną, w którym zakochała się bardzo wcześnie, mija dwadzieścia lat, związek się rozpada. Coś jest nie tak, zawsze było, ale nie potrafią tego nazwać. Do odkrycia pozostaje zatem tajemnica żalu, niedostatku albo przemilczanego błędu, który niszczy codzienną radość.

W twoim życiu minął już chyba moment, w którym nie wiadomo, co dalej. Teraz jesteś popularną pisarką, której powieść chce zekranizować hollywoodzki producent filmowy.

Po premierze „Smutku i rozkoszy”, kiedy książka została dobrze przyjęta, mówiłam przyjaciółce przewidującej rewolucję w moim życiu: – Nie wygłupiaj się, nic już nie może się zmienić. A jednak zmieniło się bardzo dużo. Wcześniej w dzień zajmowałam się zleceniami do prasy, a nad książkami pracowałam wieczorami i w weekendy. Teraz mogę na pełny etat pisać powieści i nie wiem za bardzo, jak to robić, kiedy za oknem nie jest ciemno. Zazwyczaj pracuję w małej chatce w ogródku za domem. Dziwna jest świadomość, że postaci, które tam wymyśliłam, w totalnej prywatności, będą bohaterami filmu wyprodukowanego przez studio stojące za takimi tytułami jak „Małe kobietki” Grety Gerwig czy „Lighthouse”.

Masz termin skończenia nowej książki?

Tak, właśnie minął. Czuję, że jeszcze nie jest taka, jaka powinna być. Ale na tym polega część trudności tego zawodu, prawda? Jednak jakiś rodzaj wewnętrznej walki trzeba stoczyć, żeby napisać książkę. Moja wydawczyni jest jedyną osobą, która widziała ten pierwszy, słaby tekst, zamieniony potem na „Smutek i rozkosz”. I powtarza: – Jeśli nie zrobisz tego, o co cię proszę, w możliwie szybkim terminie, pokażę innym tę twoją pierwszą wersję słynnego bestselleru. Staram się zatem grzecznie pracować.

Kulinarną specjalnością jednej z twoich bohaterek, tych, które nie udają grzecznych, jest makaron bez niczego. Podasz przepis?

Wrzuć do garnka jakikolwiek makaron, jaki znajdziesz w domu, dodaj wodę z kranu, gotuj tak długo, jak chcesz, odcedź, jeśli masz ochotę. Przełóż na talerz. Powiedz dzieciom, rodzinie albo gościom, żeby zjedli, bo inaczej nie będzie deseru. A potem wróć szybko do zajęć, które lubisz najbardziej.

(Fot. materiały prasowe)

„Smutek i rozkosz”, Meg Mason, tłumaczenie Mateusz Borowski, Znak Literanova

Marta Strzelecka
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę