Znaleziono 0 artykułów
03.07.2020

Miasto utkane z marzeń

(Fot. Fred Cebron, Auroville Outreach Media)

Sto pięćdziesiąt kilometrów od Ćennaju, stolicy stanu Tamilnadu, między Pondicherry a Zatoką Bengalską, w 1956 roku powstało idealne miejsce na ziemi. Jego pomysłodawczynię i mieszkańców opisała Katarzyna Boni w książce „Auroville. Miasto z marzeń”.

„Nie należę do żadnego narodu, żadnej cywilizacji, żadnego społeczeństwa, żadnej rasy, tylko do Boskości” – te słowa zanotowała Matka w dzienniku w 1920 roku. Matka była guru i przewodniczką duchową. Twierdziła, że sama wybrała sobie rodziców i miejsce urodzenia. To było jej kolejne już wcielenie. 

(Fot. Marco Saroldi, Auroville Outreach Media)

Ojcem był Moïse Maurice Alfassa – Żyd tureckiego pochodzenia, Francuz z wyboru, z zawodu bankier. Matką – Mathilde Ismalun, Żydówka z Egiptu. Ich córka przyszła na świat na koniec lutego 1878 roku w Paryżu, nazwali ją Blanche Rachel Mirra Alfassa. Francja miała jej dać kulturę i jasny umysł. Mirra wybrała studia na Akademii Sztuk Pięknych. Wyszła też za artystę, z którym miała jedynego syna André. Nie uważała się za dobrą malarkę, wolała studiować Wedy i pisma filozoficzne, czytać o buddyzmie. 

Od dziecka miała wizje. W jednej z nich usłyszała, że dokona rzeczy wielkich, ale nikomu ich nie zdradzała. Drugi mąż zaprowadził ją do Indii, do francuskiej kolonii Pondicherry na południu kraju. A tam spotkała mędrca i mistyka Aurobindo Ghosego. To on nazwał Mirrę „Matką”, wierząc, że jest inkarnacją boskiej siły. Aurobindo gromadził wokół siebie coraz więcej uczniów, Matka rozbudowywała aśram. 

Gdy w 1950 roku Aurobindo zmarł, Matka kontynuowała jego dzieło, a 29 lutego 1956 doznała swojej najważniejszej wizji: „Tego dnia narodził się nowy świat”. 

Osiem lat później podjęła decyzję o budowie miasta nowego porządku, które nazwała Auroville. Wezwała architekta z Paryża, Rogera Angera, by zajął się projektem. Na mapie wskazała miejsce. Palcem trafiła na kawałek pustyni, na którym rósł jeden samotny banian. Sto pięćdziesiąt kilometrów od Ćennaju, stolicy stanu Tamilnadu, między Pondicherry a Zatoką Bengalską. 

Historię Matki, powstawania idealnego miejsca na ziemi oraz losy jego mieszkańców, przybyłych z całego globu, opisała Katarzyna Boni w książce „Auroville. Miasto z marzeń”. Autorka zaprasza nas do świata, który wydaje się na poły fantastyczny, odrealniony, na poły przypominający przedziwny dobrowolny, rygorystyczny obóz pracy. Czytając opowieść Boni, zachwyt miesza się z wątpliwościami, błogość z niepokojem. 

(Fot. Marco Saroldi, Auroville Outreach Media)

Budowa Auroville przywodzi mi na myśl powstawanie pierwszych kibuców w Palestynie. Inna motywacja, inne pobudki, ale cel jeden: stwórzmy miejsce dla ludzi podobnie myślących, samowystarczalną wspólnotę, w której nie pieniądze i sukces będą wyznaczać drogę, ale wysiłek i równe prawa. Miasto bez obiegu gotówki, gdzie za pracę nie dostaje się wynagrodzenia, ale społeczność dba, by każdy miał dach nad głową, jedzenie, opiekę zdrowotną, pomoc. Gdzie dzieci mają własny budynek, w którym mieszkają i dorastają, same dbają o porządek, dorośli dają im wolną rękę, niczego nie narzucają. Bo to przecież aurodzieci mają być nowymi lepszymi ludźmi. 

Auroville, jak kibuce, był wznoszony na jałowej pustynnej ziemi, by po latach zamienić się zieloną oazę. Do tego to utopijne miejsce na południu Indii dostało błogosławieństwo i wsparcie od UNESCO oraz indyjskiego rządu. Nawet oficjele umieją marzyć. 
– Ta analogia z kibucami jest na miejscu – odpisuje mi Katarzyna Boni, która przez pandemię utknęła na Bali. – Jak w przypadku każdej wspólnoty, którą zakładano z powodu niezadowolenia stanem rzeczy na świecie. Zresztą do Auroville przyjechało sporo rozczarowanych kibucami ludzi z Izraela. I sami aurovillianie mówili też, że ciekawe jest, że po upadku ZSRR w Auroville pojawiło się sporo Rosjan, w ogóle obywateli byłej republiki, jakby nieustannie szukali spełnienia tego marzenia, które się nie chce spełnić. 

Jak wygląda Auroville dzisiaj, pół wieku później, gdy dawno już zabrakło przewodniczki Matki, a aurovillianie muszą radzić sobie sami z niepowodzeniami, sporami, lękami, przeciwnościami? Czy nie stało się wyłącznie turystycznym miejscem przynoszącym niezłe dochody? Z ogłoszeń reklamujących atrakcje, które wiszą na tablicy obok Visitor’s Centre, można by wywnioskować, że to rodzaj ekologicznego i duchowego Disneylandu:

„Seminarium o zrównoważonych siedliskach życia. Trzy dni warsztatów, które pogłębią twoje zrozumienie o tym, jak planować i budować w sposób zrównoważony. (…) Świątynia Kobiet z Dariyą i przyjaciółkami. Przybądźcie, siostry, będziemy tańczyć, słuchać, dzielić się, płakać i śmiać. (…) Wycieczki indywidualne i grupowe w różnych językach. Zarejestruj się pod insight@auroville.org.in. Od pół dnia w górę. Tematy: cele i ideały Auroville, historia, organizacja i ekonomia, zalesianie (…). Showroom Colours of Nature otwarty codziennie od dziewiątej rano do szóstej po południu. Produkujemy w stu procentach ekologiczne materiały, barwione naturalnymi sposobami. Medytacje energii serca w każdy wtorek. (…) Warsztaty robienia papieru, warsztaty oddechu, aikido, jazda konna, masaż dźwiękiem, bębny w pawilonie afrykańskim (…)” – spisała wnikliwie autorka. 

(Fot. materiały prasowe)

Czy Auroville okazało się jednak marzeniem, którego nie udało się spełnić? Zwłaszcza gdy czytam, że wśród nowo przybyłych krąży dowcip: „Po czym odróżnić aurovillanina od turysty? Turysta się uśmiecha”. To chyba najsmutniejszy dowcip, który słyszałam. 

Dowcip mówi też o tym, jak wiele energii i zacięcia wymaga budowanie nowego świata. Nie wiem, czy Auroville to porażka, czy nie, w jakiejś części pewnie tak, w innej nie. Chyba każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, na ile niedoskonale spełnione marzenie jest satysfakcjonujące. I czy pomimo wszystko od Auroville czegoś można się nauczyć. Ja myślę, że tak, zwłaszcza o sobie – odpowiada mi Boni. 

Jedno jest pewne, wnikliwy, a do tego pięknie napisany reportaż czyta się jak cudną baśń, w której ostatecznie dobro ma dużą szansę wygrać ze złem. Kto z nas byłby w stanie porzucić dotychczasowe życie i wyruszyć do Auroville w poszukiwaniu lepszego siebie? W końcu wymaga to nie tylko odwagi, chęci adaptacji i podporządkowania się regułom tam panującym, ale przede wszystkim wytrwałości i ciężkiej pracy.

Katarzyna Boni, „Auroville. Miasto z marzeń”, wydawnictwo Agora

Maria Fredro-Boniecka
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę