Znaleziono 0 artykułów
12.11.2019

Młynarski i Masecki: Urodziliśmy się 20 lat za późno

(Fot. Filip Ćwik)

Wokalista Jan Emil Młynarski i wirtuoz pianina Marcin Masecki wydali właśnie ze swoim Jazz Bandem „Płytę z zadrą w sercu”. Z przedwojennymi piosenkami w nowych aranżacjach koncertują teraz po całej Polsce.

Jesteście zadowoleni z tej płyty?

Jan Młynarski: Tak, jesteśmy pewni jej brzmienia. Ale wiemy, że nagranie jej w trybie mono to był radykalny ruch.

Marcin Masecki: To jak budowanie roweru z jednym kołem. Już widziałem komentarz na YouTubie, że płyta źle brzmi. Ale jesteśmy tak pochłonięci zajawką, że nie spędza nam to snu z powiek. Nie rozmawiamy o tym, jak osiągnąć sukces. Gramy tak, jak nam się podoba. Poszliśmy za głosem serca.

JM: Sukces pierwszej płyty nas zaskoczył. Z drugą wiąże się większa presja, bo nie chcesz nagrać gorszego albumu niż pierwszy. Ale nie jesteśmy sfokusowani na sukces.

MM: I jakiegoś fenomenalnego sukcesu nie osiągnęliśmy.

JM: Nie jesteśmy bestsellerem. Jazz Band zawsze będzie trochę na kontrze wobec mainstreamu. Tym razem zaczęliśmy pracę od fascynacji starą pianistyką. Zawsze dochodzimy z Marcinem do wspólnego rozwiązania. I nigdy nie jest to zgniły kompromis.

MM: Jesteśmy też zadowoleni z orkiestry, którą udało nam się skompletować.

JM: Orkiestry złożonej z nieprzypadkowych ludzi. Gdy budujesz 15-osobowy zespół, często zatrudniasz tego, kto ma czas. U nas nie ma przypadków. Jesteśmy po dwóch latach koncertów w siedmioosobowym składzie, który stanowi trzon tej większej orkiestry. 100 koncertów to ogromny kapitał.

Za pracę, która jest pasją, płaci się cenę – koncerty zamiast weekendu z rodziną.

JM: Tak, ale zamiast weekendu mamy wolny poniedziałek.

MM: Ceną jest to, że nie ma wyłącznika.

JM: Gdy się gra na instrumencie, zawsze można grać lepiej. A to wymaga wielu godzin ćwiczeń.

MM: Nawet podczas wywiadu mogę ćwiczyć palcami utwory.

JM: Ale poza wszystkim jesteśmy szczęściarzami. Wielu ludzi robi rzeczy, których nie chcą robić. I czeka na weekend, żeby o nich zapomnieć.

MM: Robimy to, co kochamy. W zespole muzyczne współgranie może jednak generować konflikty. Są górki i dołki. Nikt jeszcze nikogo ze złości nie uderzył, ale bywało gorąco.

JM: Nigdy jednak nie przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Pracujemy w ciągłym procesie. Koncertu nie da się zagrać rutynowo. To jest podróż. Każdy wieczór jest inny. I to też wpływa na relacje w zespole. Dużo z Marcinem rozmawiamy o tym, jak utrzymać w nim dobrą atmosferę.

(Fot. Filip Ćwik)

To jak prowadzenie firmy?

MM: Tak, bo to przecież zarządzanie zasobem ludzkim.

JM: Marcin jest lepszy ode mnie w wygaszaniu punktów zapalnych. Przez lata brałem udział w wielu toksycznych muzycznych związkach. Nie wierzę w powodzenie takich relacji. To się przekłada na efekt końcowy. Mając kapitał własnego zespołu, trzeba o niego dbać. Marcinowi szybciej niż mnie zapala się lampka. Potrafi powiedzieć: „Panowie, jeśli chcecie, dajcie sobie w mordę”. Każdy w zespole ma swoją jazdę. To kwestia ujawniania i ujarzmiania ich.

MM: Wchodzę w rolę dyrektora muzycznego. I się na wszystkich cały czas wkurzam. Mam poczucie, że to Janek wygładza konflikty. Ale gdy ja na kogoś krzyczę, to jest pewna poza, ekspresja, rola.

JM: Marcin bywa surowy jako maestro, ale to jest potrzebne w orkiestrze. Gdy lider jest niekonkretny, praca jest znacznie trudniejsza.

Gracie muzykę sprzed wojny, ale odżegnujecie się od mody na retro.

JM: To nie ma być muzyczne muzeum. Retro oznacza sprawę zamkniętą. Dla nas ta muzyka taka nie jest.

MM: Płyta ma zaistnieć w panoramie współczesnej muzyki. Chciałbym, żeby ludzie nucili nasze piosenki.

JM: One odwołują się oczywiście do konkretnego, nieistniejącego już świata, który skończył się z dnia na dzień wraz z wybuchem II wojny światowej. 1 września 1939 roku zaczęła się wojna, a czwartego nie było już w Warszawie ani jednej rewii. Przedłużamy przerwane bez ostrzeżenia życie piosenek. I mówimy o ludziach, którzy je pisali. W nieszablonowy sposób. Bo oni nie mieli szans zostawić po sobie spuścizny następnym pokoleniom. Ani się zestarzeć. Chcemy, żeby te piosenki stały się evergreenami. W Stanach te same piosenki od kilkudziesięciu lat wykonuje się co roku na nowo. I nikt nie mówi o nich „retro”. Polskie piosenki też mogą być standardami. Historia odebrała im taką możliwość, a my ten status przywracamy. Nie wywołujemy jednak duchów, tylko gramy je po swojemu.

Ale na scenie przywdziewacie fraki przedwojennych dżentelmenów.

JM: Ostatnio dawaliśmy koncert blisko hotelu, więc przeszliśmy ulicami w smokingach. Zwracano na nas uwagę.

MM: Granie tej muzyki daje pretekst, żeby się od takiej strony pokazać.

JM: To wtedy nie jest kostium. Ani wielki wymysł. Orkiestra gra przecież zawsze we frakach. Dla mnie to jest nieodłączny element tej muzyki. Przerzucamy się zdjęciami muzyków z tamtych czasów, inspirując się nie tylko ich strojami, ale też scenografią.

MM: Tym sposobem się z tymi muzykami łączymy. Ale znowu, działamy na styku historii i współczesności. Urodziliśmy się 20 lat za późno. Właściwie nikt z tego pokolenia już nie żyje. Jesteśmy w oderwaniu od nich, a więc pozostają dla nas tajemnicą. Może dzięki temu mamy wolność budowania własnej wizji.

(Fot. Filip Ćwik)

Ale znaliście tę muzykę od dawna?

JM: U mnie muzyka w domu była od zawsze. Mój ojciec rano pracował, a potem włączał płyty. Codziennie inne. Może dlatego dłużej niż Marcinowi zajęło mi zdecydowanie się na jeden gatunek. Pierwsze wspomnienie związane z przedwojenną polską muzyką? Marian Hemar. Tata zaczął pracować nad spektaklem „Hemar: Piosenki i wiersze” w Teatrze Ateneum w 1986 roku, gdy miałem siedem lat. Zabierał mnie na próby. A tam orkiestra we frakach w nieskończoność grała to samo, bo ojciec był wielkim perfekcjonistą. Przez wiele godzin ćwiczył z jednym aktorem jedną piosenkę. I pamiętam spektakl, który z pierwszego rzędu oglądała Mira Zimińska. Nie zdawałem sobie wtedy jeszcze sprawy, jak mocno tą magią nasiąkłem. Wróciło to do mnie lata później. Ten kapitał bazuje też na tym, że nie odebrałem tamtej muzyki jako retro, tylko żywe słowo. Co więcej, gdy byłem dzieckiem, przez mój dom przewijali się przedstawiciele przedwojennego pokolenia. Pamiętam garnitury, laseczki i kapelusze. Na żywo dotykałem świata z czarno-białych fotografii, który mój ojciec składał z tych dostępnych jeszcze strzępów.

Nie buntowałeś się przeciwko temu staroświeckiemu światu?

JM: Wkurzał mnie Kabaret Starszych Panów. Wasowski przychodził do nas do domu, a ja mówiłem: „O matko, znowu on”. Ale gdy przychodził pan Edward, stroiciel pianin, zachwycałem się jego fachem. To był syn właściciela przedwojennej rewii przy ulicy Hożej. Z zapartym tchem słuchałem jego opowieści.

MM: Ja mam inną historię. Gdy byłem dzieckiem, ojciec uczył mnie muzyki – europejskiej klasycznej albo amerykańskiej bigbandowej z lat 20. i 30. To moje fundamenty. Babcia ćwiczyła ze mną na pianinie, a po lekcji dziadek siadał do instrumentu i grał tanga argentyńskie. Pierwsze utwory, które sam grałem, to były ragtime’y. Czuję, jakby Jan mi przypominał ten świat.

A czy tamta muzyka nie pokazuje anachronicznej wizji świata?

MM: Cóż, wiele z tych piosenek jest szowinistycznych.

JM: Polska sprzed 90 lat to inny kraj, ludzie, społeczeństwo. W Warszawie żyli obok siebie przedstawiciele różnych kultur, tak jak dziś w Nowym Jorku. Pięknie jest móc ten świat czasem wyidealizować. Mamy też prawo, żeby zbudować go na nowo. Pamiętajmy jednak oczywiście o tym, że ludzie się elegancko ubierali, ale nie byli idealni. Idealizacja jest potrzebna, ale nie można się w niej zatracić. Muzyka z tamtego okresu wypełnia lukę. Koi tęsknotę za miastem, którego nie ma. Te historie, które słyszałem w dzieciństwie o wielkiej Warszawie, teraz są nierealne jak bajeczki. Grając, jesteśmy przez chwilę w tym obrazku. I to jest bardzo przyjemne.

(Fot. materiały prasowe)

Jesteście obaj w okolicy czterdziestki. Macie już poczucie muzycznej dojrzałości?

JM: Za miesiąc kończę 40 lat. Za mną 20 lat pracy, utrzymywania się z muzyki, dorosłości. Zyskałem umiejętność unikania konfliktów. Mierzę siły na zamiary. Wiem już, czego nie potrafię. A z drugiej strony denerwuje mnie to ograniczenie. Chciałbym grać na mandolinie, ale wiem, że okres uczenia się prawdopodobnie dla mnie minął. Potrafię grać szybko na perkusji, dlatego że ćwiczyłem, kiedy miałem 13 lat.

MM: Ja mam 37 lat i jestem wiecznie młody. Ostatnio zaczęły mi się podobać ładne samochody. Czy to znaczy, że mam kryzys wieku średniego?

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę