Znaleziono 0 artykułów
07.12.2018

Niewolnicy konwenansów

07.12.2018
Kadr z filmu Wildlife (Fot. materiały prasowe)

Prowincjonalna Montana, lata 50., małżeństwo w kryzysie. Debiut reżyserski Paula Dano „Kraina wielkiego nieba”, w którym kreacje na miarę Oscarów stworzyli Carey Mulligan i Jake Gyllenhaal, już od dziś w kinach.

Tyle dziś rozmawiamy o związkach. O partnerstwie, które w 2018 mogłoby wydawać się oczywiste, ale wcale takim nie jest. Wciąż trzeba negocjować równość, bo zapominają o niej nawet najbardziej wyemancypowani z nas. Nieświadomie wpadają w pułapki skostniałych schematów. Dobrze jeśli złapanym na gorącym uczynku, jest nam trochę wstyd. Negocjujemy, rozmawiając o wyborach. Mieć dzieci czy nie? Bo przecież kocham swoją pracę. Czy aby na pewno rodzicielstwo mi jej nie zabierze? Może tata zostanie w domu, a mama pójdzie zarabiać, skoro tak woli? No i co po kryzysie – czy zdrada powinna być końcem, czy można wybaczyć i razem iść dalej przed siebie, może nawet mocniejszym? Tyle pytań, tyle możliwości. Czasami głowę przez głowę przejdzie myśl: chyba kiedyś, gdy rzeczy się nie wymieniało, a naprawiało, było lepiej.

Kadr z filmu Wildlife (Fot. materiały prasowe)

O tym mitycznym „kiedyś” opowiada „Kraina wielkiego nieba” Paula Dano. Ona i on gdzieś w prowincjonalnej Ameryce. Piękni, młodzi, zakochani jeszcze przed balem maturalnym. Razem do dziś. Jeden blondwłosy syn, punktualne obiadki, ułożone włosy i spodnie w kant. Nie potrzeba piętnastu minut, by idylla okazała się kruchą fasadą. Nie, tej rodziny nie pożerają patologia ani mroczy sekret. To tylko życie. Koleiny, w które wpadają przez konserwatywną kulturę lat pięćdziesiątych.

Kadr z filmu Wildlife (Fot. materiały prasowe)

Jake Gyllenhaal od kilkunastu lat konsekwentnie udowadnia, że „Książę Persji. Piaski czasu” (2010 rok) to była jednorazowa wpadka. Role w „Labiryncie” (2013), „Wrogu” (2013), „Wolnym strzelcu” (2015) czy „Zwierzętach nocy” (2016) pokazują aktora wszechstronnego. I nieustraszonego. Podobnie jak Daniel Day Lewis dla roli jest gotów na bardzo wiele. Brytyjka Carey Mulligan sławę zdobyła rolą w „Była sobie dziewczyna” (2009 rok) i dlatego długo kojarzona była z rolami niewinnych dziewcząt. Ale potem przyszły „Wstyd” (2011), „Wielki Gatsby” (2013) i „Sufrażystka” (2015). Pierwszą fenomenalną rolą po urlopie macierzyńskim w „Mudbound” z ubiegłego roku Mulligan przypomniała, jak ciekawą aktorką stała się na przestrzeni lat. W „Krainie wielkiego nieba” tworzą z Gyllenhaalem zgrany duet. To nie tylko dobrzy aktorzy, ale i wrażliwi i inteligentni ludzie, którzy rozumieją subtelne dylematy swoich postaci, tłumacząc je na język kina. Pomaga im w tym reżyser. Debiutujący po tamtej stronie kamery Paul Dano do tej pory grał w tej samej lidze, co jego koledzy. Bank rozbił rolami w „Małej Miss” (2006) i „Aż poleje się krew” (2007). Potem długo był ulubieńcem amerykańskiej sceny niezależnej. W pamięć zapadły jego występy w „Labiryncie” (2013), „Młodości” (2015) i „Okjy” (2017), gdzie znowu spotkał się z Gyllenhaalem. Teraz dzięki stylowej adaptacji powieści Richarda Forda dołącza do członków elitarnej grupy, których przejście między specjalizacjami zakończyło się sukcesem.

Kadr z filmu Wildlife (Fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu Wildlife (Fot. materiały prasowe)

Jerry Brinson (Jake Gyllenhaal) to sympatyczny lekkoduch. Mało dojrzały, niespecjalnie ambitny. Ale i wychowany do życia w układzie, w którym to mężczyźnie z automatu przypada rola żywiciela rodziny. Syn patrzy nań z podziwem za sam fakt spłodzenia go, a żona pełnym uwielbienia gestem podsuwa kapcie. Kapcie nie są jednak szczytem marzeń Jeanette Brinson (Carey Mulligan). Wykształcona i z dużym apetytem na świat pokornie znosi swój, wydawałoby się oczywisty, los. Cierpi w scenografii kuchnia-sklep- szkoła-sypialnia. Potrzebuje rozmowy, a nie lakonicznej wymiany uprzejmości. Nie chce się wiecznie przeprowadzać tam, gdzie akurat znajdzie się praca dla męża. Gdy Jerry znowu traci posadę, coś w niej pęka. W zrywie bohaterstwa mąż postanawia, że oto jedzie hen, hen, gasić płonące lasy. Jeanette zamiast spuścić głowę i postawić mu ołtarzyk, podnosi czoło. Ona wie, że dla Jerry’ego wyjazd to ucieczka przed odpowiedzialnością, chaotyczna próba znalezienia kierunku, potwierdzenia męskości. Ale ona nie będzie już dawała nieść się z nurtem, o nie. Od teraz bierze los w swoje ręce.

Kadr z filmu Wildlife (Fot. materiały prasowe)

Jeanette zostaje poniekąd zmuszona do reakcji. Zaczyna nosić, nie tylko przysłowiowe, spodnie. Podejmuje serię wyborów, niekoniecznie najlepszych. Ale przestaje się bać, także popełniać błędy. Znajduje w sobie miejsce nawet na ironię, która w dotychczasowym zerojedynkowym życiu, nie miała racji bytu. Tak czytam scenę, w której zawozi syna przed palący się las. „Podoba ci się?” – pyta. „Nie” – odpowiada Joe. „Chciałam ci pokazać, co dla twojego ojca jest tak ważne [że nie wraca do nich do domu – przyp.red.] Przykro mi, że żadne z nas nie jest w stanie go zrozumieć. Potem przychodzi wyższa forma ironii, ta skierowana w kierunku jej samej. Gdy jadą z synem na kolację do starszego mężczyzny, u którego Jeanette w pewnym momencie szuka wsparcia, ubrana z suknię bez pleców rzuca w stronę syna: „To jest moja desperacka sukienka. Jak ci się podoba?”

Kadr z filmu "Wildlife" (Fot. materiały prasowe)

Choć to dylematy kobiety są w centrum filmu, Dano nie zapomina o mężczyźnie. Jerry’ego łatwo byłoby wtłoczyć w ramy czarnego charakteru. Tak się na szczęście nie dzieje. Z ekranu wychyla się człowiek potrzebujący rozmów, których nie potrafi odbyć. Został skrzywdzony przez system, który odebrał mu szansę na to, by nauczył się mówić o emocjach. Gdy żona zgłasza pretensje, sugeruje jej, że pewnie ma PMS. To nie złośliwość, a dowód boleśnie wąskich horyzontów. On naprawdę nie rozumie, że to kobietą może kierować coś więcej, niż biologia. Jerry jest nieporadny społecznie. A jego małżeństwo cierpi z powodu podziału ról narzuconego mu przez kulturę.

Kadr z filmu "Wildlife" (Fot. materiały prasowe)

Milczącym narratorem tej opowieści jest syn pary, Joe (Ed Oxenbould). W jego spojrzeniu na ojca nigdy nie widać bezgranicznego podziwu, o jakim marzyłby Jerry. Najpierw dominuje ciekawość pomieszana z ciepłem. Potem pojawia się wątpliwość. A na końcu Joe kieruje wzrok na matkę, która pozwala mu być świadkiem jej własnej walki o siebie. Może dlatego chłopiec nigdy nie przestaje jej wspierać. I akceptować jej, nawet najtrudniejszych, wyborów. Syn, jako jedyny mężczyzna w filmie, nie tylko na nią patrzy, ale też ją widzi.

Anna Tatarska
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Niewolnicy konwenansów
Proszę czekać..
Zamknij