Znaleziono 0 artykułów
01.05.2018

Pan Cogito i Piotruś Pan. Różne twarze Zbigniewa Herberta

Zbigniew Herbert, Leopold Łabędź i Czesław Miłosz. Paryż, ok. 1958 r. (Fot. Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)

Podróżnik, kobieciarz, wrażliwy obserwator, samotnik. Psychotyk, zmagający się z alkoholem i demonami duszy. Genialny poeta, lwowiak, humanista. Twórca z kanonu lektur i człowiek, wokół którego przez lata rosły mity. Podobno Zbigniew Herbert lubił udawać, że ma brata bliźniaka, znikał bez pożegnania i palił jak smok. Właśnie ukazała się pierwsza, kompletna biografia twórcy. Jej autor, Andrzej Franaszek, kilka lat temu napisał książkę, która odbrązowiła Czesława Miłosza. Czy Herbert, opisany przez niego w „Biografii”, jest równie intrygującym bohaterem?

Pisząc biografię wielkiego poety, musiałeś zmierzyć się z jakąś „powszechnie znaną prawdą”. Są przecież mity, zastane narracje, żyje rodzina, której nie chciałeś na pewno urazić. Czy pisząc tę książkę, czułeś taką presję?

Sądzę, iż pisząc biografię nie możemy myśleć o tym, co chcieliby przeczytać inni. To by nas paraliżowało. Co tu ukrywać: piszemy po części dla siebie, chcemy wypowiedzieć naszą prawdę, opowiedzieć innym, jak tę czy inną postać rozumiemy. Nie chodzi mi o przesadne ambicje artystyczne, tym bardziej – o egocentryzm, ale o bycie w zgodzie z sobą.

Nie przygotowywałem tej pracy na czyjeś „zamówienie”, dzięki Bogu nie czułem presji, oczekiwania określonego wizerunku, nikt mnie nie namawiał ani do „tuszowania”, ani do „lustrowania”. Najważniejszą osobą była tu dla mnie Katarzyna Herbertowa, która już wiele lat temu otwarcie mówiła o niełatwych aspektach życia swojego męża – o niewiernościach, chorobie psychicznej. Choć oczywiście także o jego dobroci czy pasji intelektualnej. Pani Katarzyna mi zaufała, pozwoliła na przykład, żebym jako pierwszy przeczytał jej korespondencję z mężem. Nigdy nie chciała mnie cenzurować.

No i przede wszystkim: starałem się pisać jak najbardziej sprawiedliwie, uczciwie wobec „mojego bohatera”.

Zbigniew Herbert (Fot. Archiwum Michała Kapitaniaka)

Niektóre z tych mitów stworzył sam Herbert. Jedna z takich historii, które dogłębnie analizujesz, to rzekoma przynależność do AK i walka w partyzantce. Inna to studia plastyczne i aktorskie. Po co Herbert retuszował, czy wręcz wymyślał własny życiorys?

Nie jest prawdą, że Herbert coś nieustannie zmyślał na swój temat. Trzeba wyważyć proporcje. Był twórcą, czasem wolał historię ciekawie opowiedzianą niż jej prawdziwszą, ale mniej ciekawą wersję. I tak dla młodej radiowej dziennikarki wymyślił historię, jak to rodzice posłali go we Lwowie do szkoły kadetów. Podobała mu się taka opowieść, podobała mu się uwaga w oczach słuchającej go pięknej kobiety.

Dla kogoś innego wymyślił opowieść, jak to pojedynkował się o honor kobiety. Jego przeciwnik miał prawo wyboru broni, wybrał szablę – będąc zawodowym oficerem. A Herbert, choć nigdy wcześniej nie trzymał szabli w ręku, nie tylko nie stchórzył, nie poddał się natychmiast, ale nawet udało mu się przeciwnika zranić. Wszak pewność swej sprawy – tak przekonywał – dodawała mu skrzydeł.

W towarzystwie Sławomira Mrożka, w berlińskim mieszkaniu małżeństwa Herbertów, ok. 1969 rok (Fot. Katarzyna Herbert, Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)

W gruncie rzeczy to są historie, które świetnie musiały się sprawdzać opowiadane na rozmaitych spotkaniach towarzyskich. Herbert przy tym niewątpliwie miał talent aktorski i potrzebę odgrywania ról. Wszyscy naturalnie coś udajemy, ale w jego przypadku bywały to całe etiudy. Standardowy przykład: poznaje kogoś na przyjęciu i natychmiast udaje, że nie jest Zbigniewem Herbertem, tylko jego bratem – z zawodu hydraulikiem. Po co? Może żeby tego kogoś skonfundować albo uciec przed przypisywaną mu rolą?

Najwięcej emocji budzi chyba do dziś tzw. sprawa udziału w ruchu oporu. Ten temat zawsze budził w Herbercie wielkie emocje. Poeta miał jednoznacznie pozytywny, wyidealizowany, wręcz nabożny stosunek do powstania warszawskiego, Armii Krajowej, pokolenia Kolumbów. Bodaj nigdy nie akceptował takiego poglądu, że polska walka zbrojna w czasie okupacji miała też ciemne strony, że powstanie było tragiczną pomyłką, a w okresie okupacji hitlerowskiej tylko niewielka część społeczeństwa działała w podziemiu. Zdecydowana większość pozostała – jak to Herbert nazwał w jednym z wierszy – „substancją”, martwiącą się jedynie o własne przetrwanie. Nie znaczy to, iż potępiał tych starających się przeżyć, ale od siebie samego oczekiwał czegoś więcej niż zdołał osiągnąć. Wojnę przeżył w miarę bezpiecznie, nie walczył, żadną miarą nie można mu tego zarzucać, ale jego najwyraźniej później to uwierało. Zatem w jego opowieściach o młodości pojawiają się okruchy nieprawdy, które „ulepszają” zbyt zwykły życiorys, czasem zaś – zmieniają go. Stąd napomknienia o np. ranie odniesionej podczas jakieś partyzanckiej akcji. Dodajmy, że zapewne było to o wiele ważniejsze dla samego Herberta niż dla jego odbiorców.

Zdzisław Najder i Zbigiew Herbert podczas wyprawy kajakowej, okolice Augustowa, lata 50. (Fot. Katarzyna Dzieduszycka, Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)

Pisząc o stosunku Herberta do kobiet, używasz w swojej książce określenia „Piotruś Pan”. Piotruś Pan, czyli mężczyzna, który nie chce lub nie potrafi dorosnąć. Dorosły, ale o lśniących oczach i uroku chłopca. W jakim stopniu to określenie charakteryzuje Zbigniewa Herberta? Czy to był jakiś model związku miłosnego, do którego on podświadomie powracał?

Każdy z nas bywa inny w stosunku do różnych osób, Herbert także miewał różne twarze w stosunku do różnych kobiet. Czasem bywał szarmancki, opiekuńczy, dojrzały, a czasem odwrotnie – łobuzował, znikał, unikał odpowiedzialności. Można byłoby zapewne napisać osobną książeczkę o jego miłościach, w tym także tych wyjątkowo bolesnych, jak związek z Haliną Misiołek, starszą o dekadę mężatką i matką dwóch córek, która chciała się z nim związać, rozwiodła się, on jednak zupełnie inaczej wyobrażał sobie własną przyszłość. Przez lata Misiołek była w nim zakochana, a przy tym pomagała mu na najrozmaitsze sposoby – kupowała książki, piekła ciasta, coś za niego załatwiała, przepisywała wiersze...

Zbigniew Herbert (Fot. Anna Beata Bohdziewicz, East News)

Podobny model związku pojawia się podczas pobytu w Paryżu, gdy Herbert poznaje elegancką Raymondę von Elsen, starszą od niego wdowę z dorastającą córką, kolejną kobietę, która mu matkowała i która się w nim bardzo zakochała. Oba te związki przypominają trochę jego dzieciństwo, kiedy mały Zbyś był rozpieszczany przez siostrę, mamę i babcię.

Inaczej jednak wyglądał jego najważniejszy związek – z Katarzyną Herbert. Gdy się poznają, to ona jest od niego młodsza i z początku – jak sama o sobie mówi – szalenie niedoświadczona, naiwna. Herbert udowodnił wówczas, że potrafi się opiekować, być szarmancki, czuły, uważny. Być może krucha, a jednak istniejąca równowaga w ich małżeństwie polegała na tym, że z jednej strony Herbert był człowiekiem chorym, który wszelkie praktyczne sprawy chętnie zrzucał na jej barki, ale z drugiej – był mężczyzną fascynującym, niestrudzonym w ciągłej wymianie myśli, inspiracji.

Moglibyśmy przywołać także relacje bardziej szampańskie, jak romans z Angeliką Hauff, austriacką aktorką, który przeżył w latach 60. Tu mielibyśmy sceny wręcz filmowe, gdy ona przywoziła z Paryża ostrygi, drażniła zmysłowym futrem, on zaś podziwiał ją na scenie. I ostatecznie musiał z tej relacji się wyzwolić, uciec z Wiednia do Włoch, wcześniej jednak zadedykował Angelice jeden ze swych najważniejszych wierszy – „Dlaczego klasycy”.

W ogóle lubił znikać, podkreślać swą niezależność, to, że nie został w pełni oswojony. Już w dzieciństwie, kiedy był paruletnim chłopczykiem, zdarzało się, że wychodził z domu, zapowiadając starszej siostrze, że „idzie się zgubić”. Wtedy niewątpliwie chodziło mu o to, żeby zwrócić na siebie uwagę, żeby ktoś go znalazł. Ale potrzeba osobności towarzyszyła mu przez całe życie. Jeszcze na krótko przed śmiercią, gdy schorowany i skrajnie słaby leżał w łóżku podłączony do butli z tlenem, jakoś namówił pielęgniarkę, która się nim opiekowała, by kupiła mu bilety do Wenecji, bo był przekonany, że zdoła raz jeszcze wyjechać, czy właściwie: uciec i rozpocząć kolejny rozdział życia.

Zbigniew Herbert (Fot. Anna Beata Bohdziewicz, East News)

Wspomniałeś o chorobie psychicznej. Czy możesz wskazać jeden wyraźny moment, w którym Herbert odkrył, że ma „chorą duszę”?

Już jako młody mężczyzna czuł się zaniepokojony niektórymi swoimi stanami psychicznymi. Jego matka miała chorobę afektywną dwubiegunową. Zapewne widywał w młodości, jak zmagała się na zmianę z depresją oraz nadmiernym pobudzeniem, i na pewno przychodziło mu do głowy, że on także może kiedyś zachorować. Poniekąd zresztą pasowało to do pewnej mitologii artysty.

Ważny dla jego kondycji psychicznej jest pierwszy dłuższy pobyt na Zachodzie, w latach 1958–1960. Zapewne wtedy zaczął więcej pić – był młody, dość długo sam, musiał konfrontować się z wyzwaniami nieznanego mu świata. To nie był dla niego pobyt turystyczny, ale twórczy. Był pisarzem, chciał jak najwięcej zobaczyć, poznać, zrozumieć i zatrzymać, ocalić w sobie i swojej twórczości. Miał ogromne oczekiwania wobec samego siebie. To musiało rodzić wiele napięć, on zaś za pomocą alkoholu starał się odpędzać od siebie niepokoje czy lęki.

Moment, o który pytasz, który nie mógł pozostawić już żadnych wątpliwości, to rok 1967. Mieszkając w Antony pod Paryżem, Herbert przeżywa załamanie nerwowe, czuje się osaczony, dotyka go mania prześladowcza. Stan jest tak poważny, że szuka pomocy u psychiatry, który diagnozuje chorobę dwubiegunową.

Pani Katarzyna wspominała kiedyś z wielką szczerością, że był to jeden z powodów, dla których Herbert zdecydował się na małżeństwo. Poznali się w 1956 roku, przeżyli fazę zakochania i entuzjazmu, a potem czas jego „kociej” ucieczki, przekonania, że absolutnie nie jest gotowy do stworzenia stabilnego związku, że najważniejsza jest dlań poezja. Tak więc ślub wzięli dopiero dwanaście lat później. I następujące potem trzydzieści lat małżeństwa upłynęło im w obliczu choroby Herberta. Przypomina to „ruch wahadła”: raz dopada cię ciemność, masz wrażenie, że umrzesz ze strachu, myślisz, że lepiej rzucić się z okna, niż znosić to dłużej. Potem przychodzi maniakalna aktywność, sztuczny entuzjazm, w takiej fazie Herbert chętnie planował nowe książki, wydawał ostatnie pieniądze, podrywał kobiety i żył przez moment w przekonaniu, że „świat do niego należy”. Trzeba też dodać, że efektem choroby były całe miesiące, w czasie których nie był w stanie niczego napisać, na niczym się skupić. Przede wszystkim jednak, że choroba nie określała całego jego życia, że walczył z nią, że w wielkiej mierze pozostał suwerenny i twórczy.

Zbigniew Herbert i Jerzy Kwiatkowski podczas podróży po Francji wiosną 1964 ( zdjęcie dzięki uprzejmości wydawnictwa ZNAK)
W Niemczech, w 1967 roku (Fot. Hans Georg Puttnies)

Powiedziałeś mi kiedyś, że są rzeczy, które cię niepokoją w twoim bohaterze. Czy to oznacza, że się zdecydowałeś o czymś nie mówić, nie pisać?

Podobnie jak w książce o Miłoszu, starałem się ostrożnie dobierać szczegóły obyczajowe. Bardzo łatwo jest przytoczyć cytowaną przez kogoś anegdotę i zyskać to, że nasi czytelnicy pomyślą: „Boże, jaki to był okropny facet”. A przecież będzie to wyłącznie maleńki wycinek opowieści o skomplikowanym, fascynującym człowieku.

Andrzej Franaszek – ur. 1971, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, krytyk literacki, redaktor działu kultury w „Tygodniku Powszechnym”. Zajmuje się twórczością współczesnych pisarzy polskich. Autor m.in. książek: Ciemne źródło. Esej o cierpieniu w twórczości Zbigniewa Herberta; Przepustka z piekła. 44 szkice o literaturze i przygodach duszy; twórca monumentalnej biografii Czesława Miłosza (Znak 2011), za którą otrzymał Nagrodę Fundacji im. Kościelskich, Nagrodę im. Kazimierza Wyki, Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Nagrodę Nike Czytelników „Gazety Wyborczej”. Właśnie ukazuje się jego książka Herbert. Biografia (Znak 2018).

Andrzej Franaszek /(Fot. Tomasz Wiech)

Andrzej Franaszek, „Herbert Biografia”, wyd. Znak, premiera: kwiecień 2018

Fot. materiały prasowe wyd. ZNAK

Autor z pieczołowitością portretuje Zbigniewa Herberta. Nie pomija tematów trudnych czy kontrowersyjnych, głęboko wczytuje się w korespondencję i prywatne, dotąd nieznane notatki, by na nowo oświetlić twórczość poety. Pogmatwane losy Herberta wpisuje w historyczną panoramę, co sprawia, że z niemal dwóch tysięcy stron wyłania się nie tylko pasjonująca wielowątkowa opowieść o jednym z najwybitniejszych polskich twórców dwudziestego wieku, ale i o epoce, która go kształtowała i inspirowała.

Anna Król – autorka książek Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie i Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego, wydawczyni, reżyserka spektakli teatralnych i projektów audiowizualnych; aktywistka kulturalna, pomysłodawczyni i dyrektor Big Book Festival oraz twórczyni niezależnego centrum literackiego Big Book Cafe.

 

Anna Król
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę