Znaleziono 0 artykułów
18.11.2021

Pina Bausch: Tańczyła, jakby miała dziurę w brzuchu

Fot. Getty Images

Łamała konwencje i pracowała tylko z tymi, w których dostrzegała coś niezwykłego. Pina Bausch była pionierką, wizjonerką, jedną z największych osobowości artystycznych naszych czasów. Stworzony przez nią legendarny Wuppertal Tanztheater wystąpi w Polsce po raz pierwszy od dziesięciu lat. Spektakl „Kontakthof” będzie można zobaczyć podczas Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca w Lublinie.

W 1973 roku stworzyła w Wuppertalu swój teatr tańca, po tym jak została dyrektor artystyczną sekcji baletowej w tamtejszej Operze. Dziś jej Wuppertal Tanztheater to grupa znana na całym świecie. Wielokrotnie ich występy inspirowały innych artystów, nie tylko związanych z tańcem. Spektakl „Café Müller” zachwycił między innymi Pedro Almodóvara, który umieścił jego fragmenty w filmie „Porozmawiaj z nią”. „Palermo, Palermo” w wykonaniu tancerzy Piny wywarły niezatarte wrażenie na Luce Guadagnino – zrealizował remake „Suspirii” Dario Argento z akcją w mrocznej szkole tańca, której kierowniczka nieprzypadkowo podobna była do Piny (zagrała ją Tilda Swinton). Sama mistrzyni wystąpiła zaś u Felliniego w filmie „A statek płynie”.

Spektakl „Cafe Müller” Pina Bausch zrealizowała w 1978 roku

Nie interesuje mnie, jak ludzie się poruszają, ale co nimi porusza – tę wypowiedź Piny Bausch przywoływano tysiące razy. Gdy dostrzegała w swoich tancerzach coś wyjątkowego, potrafiła wokół takich przebłysków budować całe sceny. Na przykład, przygotowując „Goździki”, pytała aktorów, z czego są dumni. Lutz Förster opowiedział, że podczas podróży do Stanów nauczył się migać „The Man I Love” Gershwina. Obserwowała go w skupieniu. Następnie wykorzystała tę sekwencję ruchów i uczyniła ją jednym z najbardziej poruszających momentów w spektaklu.

Fot. Getty Images

Ci, którzy z nią pracowali, powtarzali, że była niezwykle wymagająca. Dokładnie wiedziała, czego chce, ale w sposób intuicyjny, pozasłowny. Stawianie tancerzom pytań, szukanie indywidualnych przeżyć i interpretacji stanowiły część jej procesu twórczego. Tancerz Andrey Berezin w dokumencie Wima Wendersa „Pina” wspomina ten proces następująco: – Była malarką. Nieustannie zadawała nam pytania. Stawaliśmy się farbą, która pokrywała jej obrazy. Na przykład potrafiła poprosić o księżyc. Przedstawiałem go swoim ciałem tak, żeby mogła zobaczyć ten obraz i poczuć.

W „Święcie Wiosny” z 1975 roku scenę pokrył torf. Skóra tancerzy była oblepiona mieszanką ziemi i potu. Czerwona sukienka stanowiła znak rozpoznawczy kobiety, która ma zostać złożona w ofierze. Na oczach widzów toczyła się rozgrywka równie okrutna, co sensualna i erotyczna. W 1978 roku zrealizowała „Cafe Müller”. W kawiarnianej scenerii tancerze zmagali się z krzesłami, obijali o ściany. Przy nastrojowej muzyce Henry'ego Purcella para próbowała bezskutecznie przytulić się, przypominali manekiny, ona osunęła się na ziemię. Helena Pikon, której Pina powierzyła swoją rolę w tym spektaklu, gdy podupadła na zdrowiu, opowiada: – Chciałam, żeby tańczyła zawsze. Wiele razy widziałam ją w „Cafe Müller". Chciałam wyczuć to, co się w niej wtedy działo. Poruszała się, jakby miała dziurę w brzuchu. Jakby powstała z martwych. Kiedy jestem na scenie, staram się przypomnieć sobie Pinę, jej ból, ale jednocześnie jej siłę i samotność.

O czym tworzyła? O sprawach uniwersalnych – miłości, bólu, pięknie, smutku i samotności. Jej tancerze nie tylko tańczyli. Biegali, mówili, płakali i śmiali się. Szczególnie w pierwszych spektaklach Bausch widoczny jest wątek relacji, zwłaszcza damsko-męskich, i towarzyszących im emocji.

Wykreowała swój rozpoznawalny styl, w którym tańcowi towarzyszyła codzienność. Aby uzyskać upragniony efekt, prosiła na przykład, żeby tancerz wyobraził sobie, że musi coś zrobić w za ciasnych butach.

Fot. Getty Images

Jej ekspresyjne, wywołujące silne emocje widowiska, w których taniec nie był celem samym w sobie, na początku budziły sprzeciw konserwatywnej publiczności. Najwięksi tradycjonaliści nie ograniczali się do opuszczania widowni, pisali nawet listy z pogróżkami. Na scenę rzucano pomidory. Pewnego razu ktoś w furii krzyknął: – Każda marka, którą pani dajemy, a bierze pani je od miasta, to marka stracona! Po wielu latach Pina wspominała recenzję prasową, w której napisano: „Muzyka była bardzo piękna. Można po prostu zamknąć oczy”.

Jako osiemnastolatka Pina Bausch wyjechała z Niemiec do Stanów

Jak wyglądała? Szczupła, wręcz chuda. Z delikatną twarzą, oczami przypominającymi dwie studnie bez dna, z czasem otoczonymi gęstą siatką zmarszczek. Długie, proste, ciemne włosy. Zawsze z papierosem między palcami. Jej garderoba? Przede wszystkim prosta. Dużo czerni. Kanciaste, męskie płaszcze i marynarki. Workowate spodnie. A na scenie – lejące się, satynowe długie suknie, w które ubierała siebie i tancerki tak, że ciała sprawiały wrażenie, jakby fruwały.

Philippine Bausch urodziła się 27 lipca 1940 roku, nieopodal Wuppertalu, w miejscowości Solingen. Kiedyś bomba wylądowała niedaleko jej domu. Wtedy po raz pierwszy doświadczyła trwogi, która, jak potem przyznawała, wywarła na nią silny wpływ, a wątek śmierci i umierania towarzyszył jej spektaklom. Część dzieciństwa spędziła w Wuppertalu, u ciotki, gdzie był lepszy dostęp do bunkrów niż w rodzinnym Solingen.

Jej rodzice, August i Anita, prowadzili hotel z restauracją, której wspomnienie odbiło się echem w „Cafe Müller". Pamięta, że matka kochała chodzić zimą boso po śniegu. Często walczyły na śnieżki. Po ojcu, który szczycił się numerem buta pięćdziesiąt, jeszcze jako dziecko odziedziczyła rozmiar stopy 42. Była przerażona, że jeśli stopy wciąż będą rosły, przekreśli to jej marzenia o tańcu. Pina miała jeszcze dwójkę rodzeństwa, a w dzieciństwie cieszyła się dużą swobodą. Beztrosko bawiła się z rówieśnikami w odgrywanie przedstawień, w których wcielała się w Marikę Rökk, węgierską aktorkę, tancerkę, a także śpiewaczkę operową.

Występowała także w dziecięcych operetkach, grała niewielkie role. Gdy miała czternaście lat, dostała stypendium na uczelni artystycznej Folkwang w Essen, gdzie uczyła się tańca u Kurta Joossa, słynnego tancerza, choreografa i pedagoga, który korzystał z różnych technik tańca i ruchu. Po ukończeniu tej szkoły osiemnastoletnia Pina, nie znając słówka po angielsku, wyruszyła do Stanów Zjednoczonych. Tam w prestiżowej Juilliard School zobaczyła dokonania wybitnych choreografów: José Limóna czy Antony’ego Tudora, jednocześnie pracując w New American Ballet i występując w Metropolitan Opera. To był dla niej wyjątkowy czas: chłonęła różnorodność stylów, kultur i narodowości.

Fot. Getty Images

Walter Vogel fotografował Pinę Bausch w latach 60.

Na początku lat 60. Jooss namówił ją do powrotu do Essen. Pina zyskała przestrzeń do eksperymentów. W ten sposób w 1968 roku narodziły się „Fragmenty” do muzyki Béli Bartóka, uznawane za jej pierwszą choreografię. Rok później – już bardziej zauważony spektakl „Im Wind der Zeit” („W wichrze czasu”). Od początku wiedziała, że szuka czegoś innego, swojego, nie chciała kopiować tego, co już znała. Mówiła, że w pointach czuje się jak w bokserskich rękawicach. Pragnęła móc czuć powierzchnię, po której tańczy albo stąpa i poruszać stopami tak swobodnie, jak dłońmi.

Z tamtego okresu zachowały się również jej zachwycające portrety Waltera Vogela. Zdjęcia stały się nieprzemijalnym świadectwem subtelnego piękna przyszłej ikony tańca. Fotograf namówił ją, żeby przyszła do jego studia około 1967 roku. Jego słowa przywołuje Marion Meyer w książce „Pina Bausch: The Biography”: „Przywdziała ten swój wieloznaczny, enigmatyczny uśmiech Mony Lisy. Jej oczy wypełniała głębia, w której odbijało się pragnienie miłości i bycia kochaną”.

Taniec pochłaniał wszystkie jej siły. Do tego stopnia, że nie była w stanie wyprowadzić się ze starego mieszkania w Unterbarmen, dzielnicy Wuppertalu, choć marzyła o większym i wygodniejszym lokum. „Nic nie udaje mi się zrobić. Cała energia idzie w pracę” – cytuje ją Meyer. 

To właśnie nieposkromiona pasja Piny, granicząca z obsesją, pomogła jej przetrwać najtrudniejsze chwile. W 1980 roku po długiej chorobie, mając zaledwie 35 lat, zmarł Rolf Borzik, jej partner w życiu i pracy. Wciąż ogarnięta bólem i tęsknotą, stworzyła przedstawienie „1980”.

 – Wiedziałam, że nie mogę dać się pokonać rozpaczy. Ta świadomość dała mi siłę. Mając Rolfa w pamięci, wiedziałam, że powinnam pracować. Miałam poczucie, że jeśli wtedy czegoś nie stworzę, nie uda mi się to już nigdy. Wiedziałam, że mogę nadać mojej żałobie i szacunkowi formę, robiąc nowy spektakl – opowiadała w 2007 roku, odbierając Nagrodę Kioto w dziedzinie sztuki i filozofii.

Fot. Getty Images

W 1983 roku Chantal Akerman zrealizowała dokument o Bausch

Później, po śmierci Rolfa, związała się z chilijskim poetą Ronaldem Kayem, z którym miała syna, Solomona Bauscha. Co trzeba podkreślić: Pina niechętnie dzieliła się swoim życiem prywatnym.

Na scenie Wuppertal panowały relacje wręcz rodzinne. Zawiązywały się małżeństwa, rodziły się dzieci. Aktorzy przyjeżdżali do zespołu ze wszystkich stron świata, niektórzy występowali po trzy, cztery dekady. Współpraca z tak niezwykłą osobowością stawała się uzależniająca. – Pracując z Piną, czułeś się więcej niż człowiekiem – słyszymy w dokumencie Wendersa.

Była radykalną poszukiwaczką. Chciała zajrzeć do ludzkich dusz, aby odpowiedzieć na fundamentalne pytania: „Czego szukamy?”, „Za czym tęsknimy?”. Równie wnikliwe przyglądała się swoim aktorom. W dostrzeganiu prawdziwego talentu nie miała sobie równych. Szczególnie jej uwagę przykuwały osoby z pozoru zwyczajne, które na scenie rozkwitały i wręcz hipnotyzowały publiczność.

Najpiękniejsze rzeczy są na ogół ukryte. Dlatego lubię pracować z tancerzami obdarzonymi pewną wstydliwością, skromnością, którzy tak łatwo się nie otwierają. Skromność sprawia, że jeśli ktoś pokazuje coś nawet bardzo drobnego, jest to naprawdę wyjątkowe i w taki sposób to postrzegamy – twierdziła.

Oglądając zachowane filmy i wywiady z udziałem Bausch, można odnieść wrażenie, że słowa przychodziły jej z pewnym trudem – jakby w głowie dokonywała przekładu tańca na język werbalny i miała świadomość, że czegokolwiek by nie powiedziała, będzie to niedoskonałe. Ruch był jej prawdziwą mową. Chantal Akerman, kręcąc w 1983 roku dokument „Pina mnie kiedyś zapytała”, poprosiła ją, by powiedziała, jak widzi swoją przyszłość. Odpowiedzią było początkowo długie milczenie zakończone: – Nie wiem. Ostatecznie Pina Bausch wyznała, że pragnęłaby dwóch rzeczy: siły i miłości.

„Kontakthof – Sztuka Piny Bausch”, inscenizacja, choreografia: Pina Bausch, scena, kostiumy, współpraca: Rolf Borzik, Centrum Spotkania Kultur w Lublinie, Sala Operowa, od 19.11 do 21.11.

Sylwia Hejno
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę