Znaleziono 0 artykułów
24.04.2024

„Miasto dzieci świata” Beaty Chomątowskiej: Mroczna historia legendarnego kurortu

24.04.2024
Fot. Getty Images

Beata Chomątowska w „Mieście dzieci świata” pokazuje nie tylko mroczną historię Rabki-Zdroju od międzywojnia przez tragiczne wydarzenia okupacji po okres PRL-u, lecz także pełną przemocy wobec dzieci rzeczywistość sanatoryjną. – Mój znajomy, który już przeczytał „Miasto dzieci świata”, powiedział, że Rabka to takie polskie Twin Peaks – mówi reporterka Beata Chomątowska, dodając, że historia Rabki-Zdroju jest niczym baśń, w której jasność przenika się z ciemnością, a szlachetne przeplata się z okrutnym.

Jakub Wojtaszczyk: Pamiętasz swoje pierwsze wspomnienie z Rabki-Zdroju?

Beata Chomątowska: „Miasto dzieci świata” nie jest historią osobistą, wspominam w niej tylko o moim doświadczeniu związanym z tym miejscem. Od piątego roku życia niemal w każde wakacje jeździłam do Rabki-Zdroju. Z radością przestałam, gdy skończyłam osiemnastkę. Dziadkowie mieli tam dom, a ciocia, siostra mamy, była lekarką w uzdrowisku. W książce przywołuję towarzyszące moim pobytom tam uczucie ambiwalencji. Z jednej strony piękno: dziki, duży ogród przy domu dziadków, las, zwierzęta, górskie krajobrazy. Na mnie, dziewczynce z Krakowa, robiło to ogromne wrażenie. Z drugiej strony czułam się osamotniona, odcięta od towarzystwa miejscowych dzieci, uwięziona w tym ogrodzie, gdzie spędzałam czas głównie na lekturze. Dorośli nie pozwalali mi zapuszczać się dalej. Dopiero jako nastolatka zaczęłam swobodniej eksplorować okolicę. Pisząc książkę, uświadomiłam sobie, że w zasadzie nie znałam Rabki-Zdroju, choć często w niej bywałam. 

O tym, że w mieście są też inne dzieci, dowiadywałam się od cioci, której po pracy zdarzało się opowiadać o różnych „przypadkach” w sanatorium. Często były to przerażające historie o prawie umierających rówieśnikach. Wyobraźnia pracowała, żyłam w strachu przed chorobą. Za każdym razem z wielką ulgą wracałam do Krakowa. 

Fot. Materiały prasowe

Twoi rozmówcy i rozmówczynie również nie wspominają dobrze rabczańskich kolonii.

O rabczańskie doświadczenia z dzieciństwa zapytałam na Facebooku. Zgłosiło się całkiem sporo osób. Głównie z komentarzami: „To było więzienie!”, „Obóz koncentracyjny!”, „Nie chciałam/em tam wracać”. Aż mnie zmroziło. Doświadczeniami pozytywnymi lub neutralnymi dzieliło się znacznie mniej osób. A przecież hasło „Miasto dzieci świata”, jak nazywano Rabkę-Zdrój, brzmi niczym Korczakowska utopia. Poczułam, że intuicja trafnie podpowiada mi temat. Rozdźwięk między idealistycznym hasłem a rzeczywistością wynikał z tego, że w PRL-u i na początku lat 90. standardy traktowania dzieci w placówkach leczniczych były inne niż dzisiaj, co potwierdzają archiwalne dokumenty, raporty, opisy zachowań opiekunów, zwłaszcza personelu pomocniczego, czyli pielęgniarzy/ek czy wychowawców/czyń. Wielu z nich nie nadawało się do pełnienia tych funkcji, wręcz należało trzymać dzieci z daleka od nich. Nie mówię o drastycznych przekroczeniach uprawnień, jak molestowanie, choć i takie przypadki pojawiają się we wspomnieniach, ale przede wszystkim o nieuwzględnianiu przez dorosłych wrażliwości dziecka.

Jak pobyt w sanatorium wyglądał z dziecięcej perspektywy?

Dzieci, często bardzo małe, bo pięcio-, sześcioletnie, przybywały do zupełnie nieznanego im miejsca. Przy wejściu musiały pożegnać się z rodzicem, na czas pobytu oddać obcym ludziom wszystkie swoje rzeczy i natychmiast maszerowały pod prysznic. Rozbierały się do naga znów przy zupełnie obcych ludziach i nieznajomych dzieciach. Skojarzenia z obozem nasuwają się same. Potem czekały je bolesne i upokarzające procedury medyczne. Wszystko odbywało się w reżimie. Nie tylko czasowym, lecz także żywieniowym – posiłki były specyficzne, bo dostosowane do konkretnych chorób. Ponadto dzieci były odcięte od świata zewnętrznego. Nie doświadczały Rabki-Zdroju jako miejsca. Przebywały wśród wychowawców i innych małoletnich chorych z sanatorium. Miały też utrudniony kontakt z rodzicami, którzy mogli je odwiedzić tylko raz lub dwa razy podczas całego pobytu, a te trwały wówczas po kilka miesięcy, a nawet pół roku. Opowiadano mi, że rozmowy z rodzicami przez telefon odbywały się w obecności pielęgniarki, która kończyła połączenie, gdy tylko dziecko zaczynało się żalić na warunki panujące w sanatorium. We wspomnieniach pojawiają się też opiekunki straszące dzieci procedurami medycznymi. 

Skąd takie negatywne nastawienie do podopiecznych?

Myślę, że to nie jest rabczańska specyfika. Podobnie było w większości placówek sanatoryjnych dla dzieci w PRL-u, tylko akurat w Rabce-Zdroju wszystko skupiało się jak w soczewce, bo po wojnie to miejsce stało się wielkim kombinatem leczniczym dla najmłodszych. Z archiwalnych dokumentów wynika, że jeszcze do połowy lat 50. XX wieku utworzone po wojnie uzdrowisko dziecięce nie mogło zrekrutować ludzi do pracy. Dlatego oprócz lekarskich sław, jak profesor Rudnik [prof. dr med. Jan Rudnik, ftyzjopneumolog dziecięcy, twórca i dyrektor ośrodka pneumonologii dziecięcej w Rabce-Zdroju, profesor Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie – przyp. red.], który doczekał się w mieście pomnika, bo wiele dzieci zawdzięcza mu życie, czy innych empatycznych lekarzy, wychowawców i pielęgniarek, małymi pacjentami opiekowały się często przypadkowe osoby. Trudno było zachęcić do pracy w prowincjonalnej Rabce-Zdroju specjalistów, bo nie oferowano im ani dobrego zakwaterowania, ani wysokiego wynagrodzenia. Ponadto tuż po wojnie w okolicy grasowały grupy partyzanckie, tzw. żołnierzy wyklętych, którzy terroryzowali nawet mieszkańców.

Dopiero w latach 50., dzięki pedagożce Stanisławie Rączce, która opublikowała alarmujący raport o sytuacji w sanatoriach, powstał pierwszy gabinet psychologiczny, zaczęto zwracać uwagę na sposoby pracy z dziećmi. Mimo że później o personel było już znacznie łatwiej, formy opiekuńczo-wychowawcze nie zmieniły się.

W książce wielokrotnie powtarza się powiedzenie: dzieci i ryby głosu nie mają. Jednocześnie Rabka-Zdrój nazywana jest „Miastem dzieci świata”. Skąd pomysł na taki wizerunek?

Paradoksalnie zyskuje taką formalną nazwę dopiero w latach 90. XX wieku, kiedy nie jest już właściwie uzdrowiskiem dziecięcym. Sanatoria są zamykane z różnych powodów – rozwoju medycyny, który wyeliminował wielomiesięczne kuracje sanatoryjne w przypadku wielu chorób, otwarcia Polski na świat i możliwości leczenia dzieci za granicą. Ponadto w efekcie niekończących się reform służby zdrowia placówki w Rabce-Zdroju są coraz słabiej dofinansowywane, sukcesywnie ogranicza się ich działalność lub zamyka. 

W tym właśnie czasie do Rabki-Zdroju przyjechał Cezary Leżeński, sekretarz Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu. Jak twierdził we wspomnieniach, zrobiło mu się żal upadającego miasta. Postanowił więc nadać mu tytuł „Miasta dzieci świata”, by tchnąć w nie życie.

Jak kształtowała się Rabka-Zdrój?

Mimo że źródła leczniczej solanki były znane od średniowiecza i od tego czasu okresowo wykorzystywane, dopiero w drugiej połowie XIX wieku krakowscy balneolodzy namówili ówczesnego właściciela Rabki-Zdroju, Juliana Zubrzyckiego, by stworzył uzdrowisko na wzór słynnych kurortów w Niemczech, Belgii czy we Włoszech. Pod koniec stulecia powstały dwie kolonie lecznicze dla dzieci z ubogich domów. Pierwsza, im. Marii Fraenklowej, z inicjatywy filantropów żydowskich, i druga, chrześcijańska, pod wezwaniem św. Józefa. Takie były początki przyszłego „dziecięcego raju”. Bardzo ciepły, słoneczny klimat z rzadko wiejącymi wiatrami uchodził za sprzyjający zwłaszcza w leczeniu gruźlicy u dzieci. Ale przyjeżdżali tam też dorośli kuracjusze, zatem uzdrowisko miało raczej charakter rodzinny. Dopiero po II wojnie światowej Rabka-Zdrój staje się uzdrowiskiem stricte dziecięcym. 

Piszesz, że w uzdrowisku spotykały się różne dziecięce światy, m.in. ubogie i zamożne, miejscowe i przyjezdne. Przed wojną funkcjonowały tam jeszcze dwie społeczności: żydowska i polska. Jak ze sobą koegzystowały?

Pamiętajmy, że Rabka-Zdrój nie była republiką króla Maciusia. To miejsce, które wymyślili i zorganizowali dorośli, nie pytając dzieci o zdanie. Dlatego postanowiłam pokazać historię miasta właśnie z perspektywy tych różnorodnych wymienionych przez ciebie grup. Wśród tych dzieci były miejscowe, zarówno góralskie, żydowskie, jak i inteligenckie oraz pańskie z rodziny Kadenów, kolejnych właścicieli Rabki aż do 1947 roku. Dzieci przyjezdne też miały różny status materialny i pochodzenie społeczne. Jednak między tymi światami istniały wspólne przestrzenie, jak na przykład szkoły. Miejscowi chodzili razem do podstawówki. W Rabce-Zdroju funkcjonowały też dwa gimnazja sanatoryjne o uprawnieniach szkół państwowych. Jedno pod wezwaniem św. Tereski dla dobrze urodzonych panien, prowadzone przez bardzo religijne właścicielki, gdzie właściwie nie było możliwości, by świat tej szkoły przeniknął się z jakimkolwiek innym. Ale działała też egalitarna placówka męska, zarówno dla polskich, jak i żydowskich uczniów głównie z zamożnych rodzin, jednak – co ciekawe – jej właściciel, Jan Wieczorkowski, przyjmował też na naukę synów miejscowych górali. Podziały wyznaczane były zatem przez pochodzenie, poziom zamożności, status społeczny, dokładnie tak samo jak u dorosłych rabczan.

Nie inaczej było w PRL-u. Dzieci przyjeżdżające do sanatoriów w Rabce-Zdroju często w ogóle nie miały kontaktu z innymi dziećmi, zarówno miejscowymi, jak i odpoczywającymi w pensjonatach. Przyglądano się sobie co najwyżej z oddali, podczas spacerów.  

Czytając książkę, miałem wrażenie, że w różnych okresach próbowano zredefiniować tę miejscowość, eliminując ze świadomości jej powiązania ze śmiercią dzieci. Zgodzisz się z takim stwierdzeniem?

Zgodzę się! Mój znajomy, który już przeczytał „Miasto dzieci świata”, powiedział, że Rabka to takie polskie Twin Peaks. Bardzo mnie uradował, bo uwielbiam i ten serial, i Davida Lyncha. Jednocześnie to porównanie dotyka sedna: historia Rabki-Zdroju jest baśnią, nie bajką, jakie tworzono na użytek propagandowy czy reklamowy. A w baśni, jak w rzeczywistości, jasność przenika ciemność, a szlachetne przeplata się z okrutnym. W herbie miasta są słońce i dziecięca twarz, ale to tylko część prawdy o tym miejscu. Pod spodem jest mrok, który z obrazka został wymazany. Już od początków istnienia Rabki-Zdroju wpisana jest w to miejsce śmierć dzieci.

W książce opisuję śmierć córki dziedziczki Zubrzyckiej, która – niczym Urszulka Kochanowska – odeszła w młodym wieku. Matka urządziła jej uroczysty pogrzeb w kaplicy. W tym samym czasie masowo umierają miejscowe dzieci z biednych wiejskich domów. Brakuje dla nich miejsca przy kościele parafialnym, więc niemowlęta, których nie zdążono ochrzcić, są grzebane za murem. Galicja była wówczas jednym z najbardziej ubogich rejonów Małopolski. Podczas II wojny światowej dochodzi do zagłady Żydów, w tym dzieci, nie tylko rabczańskich, lecz także przyjezdnych, które podczas okupacji szukały tutaj z rodzicami schronienia. W lesie obok willi „Tereska” powstają masowe groby. Z okien pociągów jadących do Bełżca wyrzucano martwe niemowlęta. W 1945 roku horror się nie skończył. Do Rabki-Zdroju z Krakowa opiekunowie przywieźli sieroty żydowskie, by podleczyć dzieci po piekle okupacji. Na miejscu wyrośnięci chłopcy z partyzantki, zainspirowani przez księdza i nauczyciela języka polskiego, strzelali do przyjezdnych. Dzieci musiały uciekać. Z kolei w 1947 roku partyzanci zabijają wuja i ciotkę Jerzego Cynsa, jednego z byłych podopiecznych sierocińca, który wrócił z rodziną na wypoczynek do Rabki-Zdroju, i ranią w nogę jego dwuletniego kuzyna. Trauma pozostała z nim do końca życia.

Rzeczywistość sanatoryjna też jest bardzo mroczna. 

Tak, dzieci doznają głównie przemocy psychicznej, ale zdarza się też przemoc fizyczna wobec najmłodszych. To wszystko nie pasuje do wizerunku słonecznego „Miasta dzieci świata”. Wśród wypieranych wątków jest też śmierć małych pacjentów. Tłumacz Ireneusz Kania wspominał, jak w dzieciństwie podczas wielomiesięcznego pobytu w rabczańskim sanatorium zaprzyjaźnił się z dziewczynką, która wkrótce zmarła. Ta śmierć i cały pobyt były dla niego doświadczeniem granicznym. Nagłe odejścia kolegów i koleżanek potęgowały samotność, nie tylko Kani, lecz także innych moich rozmówczyń i rozmówców. Kania miał szczęście – w uzdrowisku spotkał empatycznego nauczyciela, który pożyczył mu podręcznik sanskrytu. Tak rozpoczął naukę języka i odkrył przyszłą pasję. Inny kuracjusz opowiadał mi, jak zaczął ćwiczyć jogę z podręcznika dla dorosłych. Dość nietypowe zainteresowania jak na dzieci, wynikające z osamotnienia. 

Jerzy Żebrak, jeden z rabczańskich lekarzy opiekujący się dziećmi chorującymi na ciężką chorobę płuc, opowiadał w wywiadach o bezradności swoich kolegów po fachu czy sanatoryjnych wychowawców, gdy małoletni pacjenci umierali. Nie mówili o niej innym wychowankom. Ale – jak dodał – dzieci i tak wiedziały. Potrafiły rozszyfrować niedomówienia. 

W czasie II wojny światowej do Rabki-Zdroju przyjeżdżają setki niemieckich dziewcząt i chłopców, którzy mieszkają m.in. w pobliżu willi „Tereska”, gdzie – jak wspomniałaś – naziści masowo zabijają społeczność żydowską. To zapomniana historia.

Niemcy bardzo szybko przejęli Rabkę-Zdrój z jej willami i pensjonatami. Kontynuowali tradycję uzdrowiska dla rodzin. Powstał tu m.in. dom dla matek z dziećmi, którym zajmowała się żona tzw. „kata Rabki”, czyli głównego dowodzącego Wilhelma Rosenbauma. W 1942 roku, już po Zagładzie, przyjeżdżają chłopcy i dziewczęta głównie z Niemiec Zachodnich, zagrożonych alianckimi bombardowaniami. Generalny gubernator Hans Frank, rezydujący na Wawelu, planował przekształcić Rabkę-Zdrój w bazę dla Hitlerjugend, gdzie chłopcy mieliby się rozwijać w duchu III Rzeszy. Ironią losu, a może świadomym wyborem nazistów było postawienie baraków na terenie wspomnianej kolonii dla dzieci żydowskich Marii Fraenklowej na Łęgach. Baraki stanęły w płomieniach, gdy Niemcy wycofywali się z Rabki, ale jeden ocalał, jeszcze długo potem służył szkole podstawowej. 

Za profesor Magdaleną Roszczynialską piszesz, że odkąd Rabka stała się Rabką-Zdrojem, ma cechy nie-miejsca. Co oznacza to określenie?

Kategoria nie-miejsca, stworzona przez francuskiego antropologa Marca Augégo, jest pojemna. W tym wypadku oznacza miejsce tranzytowe, w którym spotykają się różne światy, np. miejscowych i przyjezdnych. W związku z tym infrastruktura tych miejsc jest nakierowana na takie krótkotrwałe, przelotne interakcje, typowe dla każdej miejscowości uzdrowiskowej. Często mają one podwójne nazwy, jak właśnie Rabka-Zdrój. Ta podwójność widoczna jest w topografii. W przypadku Rabki jest to jeszcze bardziej skomplikowane, bo do wojny obie części spajał dwór. Była Rabka Niższa, czasem nazywana też Rabką-Wsią, miastopodobny twór z dwoma kościołami, dwiema głównymi ulicami i rynkiem zamieszkałym głównie przez Żydów, oraz Rabka Wyższa, czyli utworzona w XIX wieku część zdrojowa, w której przebywali kuracjusze. Ponadto była jeszcze Rabka właściwa, położona na okolicznych wzgórzach, które od wieków zamieszkiwały góralskie rodziny. 

Kiedy zaczął się schyłek „Miasta dzieci świata”?

W latach 70., kiedy pojawiły się dwie przeciwstawne tendencje. Jedna głosiła, by inwestować w infrastrukturę dla dzieci. Druga, by budować pod rodziców. Od początku – gdy Rabka-Zdrój była głównie uzdrowiskiem dla dzieci z gruźlicą – obawiano się, że taki jej wizerunek odstraszy dorosłych przyjeżdżających z dziećmi na wypoczynek, a przecież to oni mieli pieniądze. Nie potrafiono dojść do konsensusu, co należy zmienić, a co udoskonalić. Brakowało nowoczesnej infrastruktury. Przez wiele lat uzdrowisko działało w budynkach powstałych w czasie międzywojennym, czyli w złotym okresie zdroju. Wtedy też założono elektryczność i doprowadzono kanalizację. Z roku na rok miasto stawało się coraz bardziej zapóźnione. Dodatkowo bardzo pogarszała się jakość powietrza. Już w PRL-u naukowcy stawiali pod znakiem zapytania przyszłość Rabki-Zdroju jako uzdrowiska. 

Dziś w mieście nadal nie ma nawet dworca autobusowego. Niszczeje architektura uzdrowiskowa, która jest największym bogactwem Rabki – piękne modernistyczne lub drewniane wille czy nawet całe sanatoria. Spadkobiercy właścicieli od dwóch dekad nie mogą doczekać się zwrotu majątku od państwa. Co prawda park Zdrojowy jest pięknie utrzymany, ale to obecnie jedna z niewielu atrakcji miasta dzieci świata. Teren po dworze rozparcelowano, obecnie znajdują się tam park rozrywki Rabkoland, wielki parking i nieczynny supermarket. Obok zrujnowanych budynków straszy składowisko niedziałających pralek. 

Co poczułaś, gdy po dwudziestu latach wróciłaś do Rabki-Zdroju?

Spojrzałam na miasto inaczej, jak na niesamowity prowincjonalny mikrokosmos, w którym odbijają się całe światy, jak na opowieść, która ma wymiar o wiele szerszy niż jedna z wielu lokalnych historii. Dzięki informacjom zdobytym w archiwum, a pomijanym w oficjalnej narracji odkryłam Rabkę-Zdrój na nowo. Odwiedziny po 20 latach były transformującym doświadczeniem. Zmierzyłam się z przeszłością.  

„Miasto dzieci świata” Beaty Chomątowskiej ukazało się w kwietniu 2024 roku nakładem Wydawnictwa Czarne. 

Beata Chomątowska – pisarka, dziennikarka. Autorka książek: „Stacja Muranów” (2016), „Pałac. Biografia intymna” (2015), „Lachert i Szanajca. Architekci awangardy” (2015), „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” (2013), „Andreowia” (2021) oraz „Betonia. Dom dla każdego” (2021). Za „Stację Muranów” otrzymała nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej oraz była nominowana do Nagrody Gwarancji Kultury i Nagrody im. Jerzego Turowicza, za „Betonię” otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii esej.

Jakub Wojtaszczyk
  1. Kultura
  2. Książki
  3. „Miasto dzieci świata” Beaty Chomątowskiej: Mroczna historia legendarnego kurortu
Proszę czekać..
Zamknij