Znaleziono 0 artykułów
03.12.2022

Demontaż atrakcji. „Fabelmanowie”

03.12.2022
(Fot. Materiały prasowe)

Wydaje się łatwe zainscenizować własne dzieciństwo, gdy jest się uznanym reżyserem, a to pułapka narcyzmu, hermetyzmu i bajdurzenia. „Fabelamanowie” Stevena Spielberga – historia budzenia się jego pasji do kina – to jednak film wartki, wizjonerski, pełny emocji. Pojawiają się tu też w formie fabularnej sceny z amatorskich domowych wideo, które wyszperano przed laty z rodzinnego archiwum. Słynna spielbergowska epickość startuje więc z dokumentalnej trampoliny i skacze naprawdę wysoko. 

EnergaCAMERIMAGE to jedyny znany mi festiwal filmowy, którego widzowie oklaskują czołówkę za każdym razem, gdy widzą ją na ekranie. Biją brawo coraz szybciej i szybciej, jak kibice na meczu, kiedy zapowiada się gol. Ktoś z zewnątrz mógłby się tu poczuć obco, lecz trzeba zrozumieć, że to autorzy zdjęć w ten sposób celebrują swoje święto. W końcu żaden film nie obyłby się bez operatora, co jest niby banałem, lecz tylko ten festiwal naprawdę wziął to sobie do serca. Czy to serce otwarte na świat zewnętrzny? A może tylko na ludzi z branży? Widzowie mogą sprawdzić na własnej skórze. 

(Fot. Materiały prasowe)

Miasto, które obecnie jest siedzibą EnergaCAMERIMAGE w tułaczce po Łodziach i Bydgoszczach tego świata, to znów Toruń, którego panorama, jak dowiadujemy się z festiwalowego spotu reklamowego, jest jednym z siedmiu cudów Polski – to kolejna faza krajocentryzmu po globusie naszej pięknej ojczyzny. Po co tak myśleć, skoro mówi się tu głównie po angielsku, a stali bywalcy przyjeżdżają z całego świata?

EnergaCAMERIMAGE to ogromne przedsięwzięcie logistyczne, którego gości zwykło się obwieszczać w ostatniej chwili, a nawet już w trakcie trwania imprezy, co nastręcza trudności natury organizacyjnej. Dlatego na zamknięciu tegorocznej edycji, 2022, na scenę wszedł taki tłum pracowników i wolontariuszy, że ledwo się zmieścili. Było ich tyle samo, jeśli nie więcej, niż siedzących na widowni. Nazwali się rodziną, ale mało kto zebrałby w jednym miejscu tak liczne grono krewnych. Rodziną czują się też czasem ekipy na planach zdjęciowych po spędzeniu razem wielu dni o wielkiej intensywności.

(Fot. Materiały prasowe)

Różne bywają te rodziny z wyboru, także tu zdarzają się patologie, podobnie jak w tych z urodzenia. Ostatecznie praca nad festiwalem czy filmem, choćby nie wiem, jak wielką była pasją, to jednak praca, po skończeniu której każdy wraca do siebie. Wspólnym celem jest realizacja filmu, który będzie potem opatrzony czyimś imieniem i nazwiskiem, choć coraz częściej pod finalnym dziełem podpisuje się cały zespół – bez niego, odkrycie równie banalne i doniosłe, jak to o operatorach zdjęć – żaden film by nie powstał.

Celem rodziny natomiast nie jest żadne dzieło (chyba że za takie uzna się rozsianie DNA, coraz bardziej rozdrabnianego, zmieszanego, tak że każdy z nas ma w sobie geny niezliczonej liczby rodzin), ale zachowanie status quo, zapewnienie bezpieczeństwa jej członkom i reprodukcja. Cel dalszego istnienia rodziny jest zawsze większy niż indywidualne cele należących do niej osób. Dlatego bywa opresyjna i dla jej dobra niektórzy są zmuszeni, lub w najlepszym razie delikatnie, acz nieustępliwie nakłonieni, by poświęcić siebie. Zasada ta ma też drugą stronę: jeśli rodzina postawi na którąś konkretną osobę, nada jej rolę wiodącą i ulokuje w niej swoje nadzieje, to jako całość będzie ją wspierać. Taki ktoś ma być jej reprezentantem, za co nierzadko spłaca dług do końca życia.

(Fot. Materiały prasowe)

„Fabelamanowie” to historia pasji Stevena Spielberga do kina i jednocześnie jej wyraz

(Fot. Materiały prasowe)

Czy tak się stało w przypadku rodziny Spielbergów, tfu, Fabelmanów, o której mowa w świetnym dramacie Stevena? W tym, jak go nazwać, filmowym hołdzie, a może kolejnej transzy kredytu zaufania, udowadnia, że warto było w niego wierzyć. Rzeczywiście okazał się wyjątkowo zdolnym dzieckiem, z którego – co rzadkie – wyrósł również wyjątkowo zdolny dorosły. Nie taki, który wiecznie dobrze się zapowiada, lecz taki, który choć osiągnął swój szczyt już dawno, to dalej potrafi się rozwijać. Ile go to kosztuje, a także jego bliskich, wie tylko sam autor oraz jego filmowa rodzina.

Reżyser przyznaje, że wiele zawdzięcza swoim krewnym – coś, z czego zwierzył się już w dokumencie HBO „Spielberg” (2017) Susan Lacy. Fragmenty home video, jakie wygrzebano wtedy z rodzinnego archiwum, zostają w „Fabelmanach” zainscenizowane w formie fabularnej. Słynna spielbergowska epickość startuje z dokumentalnej trampoliny i to pozwala jej skakać naprawdę wysoko. Sceny tak magiczne, jak taniec matki (Michelle Williams) w koszuli nocnej przed reflektorami auta podczas biwaku, wprawdzie dałyby się wymyślić, ale są tak udane, bo właśnie czuć, że autentyczne. Ten moment uwolnienia kobiety, zahamowany przez dzieci, które wstydzą się, że mamie prześwituje sukienka i coś jej widać, jest zresztą znamienny dla wielu filmów. Podobną scenę odgrywa w „Bezmiarze” Penélope Cruz, ekstatycznie oblewając się wodą ze szlaucha, bo przecież prawdziwa bogini seksu, jak Anita Ekberg skąpana w fontannie w „Słodkim życiu”, nie może mieć męża, dzieci – moralizującego balastu. 

(Fot. Materiały prasowe)

Przebudzenie matki w „Fabelmanach” i jej decyzja, by poszukiwać siebie, okazują się kluczowe dla losów jej syna, czyli małego Stevena. W końcu to matka pierwsza daje mu kamerę w tajemnicy przed ojcem i wspiera jego pasję kręcenia amatorskich filmów. Dzięki jej artystycznym talentom i skłonnościom ekscentrycznego wuja Borisa (Judd Hirsch) do tworzenia sztuki mały Sammy (Gabriel LaBelle), porte-parole reżysera, rozumie, kim jest. Widzi też stawkę – co zyska, zanurzając się w swojej filmowej manii, a co straci. Trzeźwość osądu, jaki przypada mu w udziale, to może efekt trudnych lat 50., gdy stawiał pierwsze kroki, kręcąc własne amatorskie filmy, a może kwestia opowiadania w retrospekcji. Czyżby to była idealna pora na taką opowieść, skoro Spielberg ma dziś 75 lat?

Jak na ekranie pokazać własne dzieciństwo – zastanawiali się ostatnio nie tylko Spielberg, lecz także Kenneth Branagh i Alejandro González Iñárritu

Wiele powrotów do lat swojego dzieciństwa fundują nam ostatnio reżyserzy. W „Belfaście” (2021) dopiero co 61-letni wtedy Kenneth Branagh postawił na sentymentalizm historii robotniczej protestanckiej rodziny w trakcie wojny w Irlandii Północnej. Może dlatego tej nieznośnie przesłodzonej bajeczki nie dało się oglądać. Znów 59-letni Alejandro Iñárritu w „Bardo” (2022) funduje zagmatwane, rozwlekłe, pełne zanurzenie w swojej wiedzy, doświadczeniu i wyobraźni. Za dużo jak na jeden film i jedno zwierzenie. Lepiej wypadł 53-letni James Gray w „Armagedonie” (2022) o dorastaniu w żydowskiej rodzinie na Queensie i trudach przyjaźni z czarnym chłopcem w rasistowskim społeczeństwie Nowego Jorku lat 80. Ten film jednak, nakręcony jakby z poczucia winy, zdaje się załatwiać jakąś przedawnioną sprawę, przepraszać w duchu współczesnej poprawności politycznej. A przecież podobnie jak w „Fabelmanach” kluczowy okazuje się ktoś w rodzinie (u Graya dziadek grany przez Anthony’ego Hopkinsa), kto daje dziecku bezwarunkową miłość, wiarę w siebie i narzędzie do wyrażania swojej wrażliwości, w tym przypadku profesjonalny zestaw do rysunku i petardę…

(Fot. Materiały prasowe)

Wydaje się łatwe zainscenizować własne dzieciństwo, gdy jest się uznanym reżyserem. A jednak okazuje się to pułapka narcyzmu, hermetyzmu i bajdurzenia – warunków niezwykle sprzyjających fałszywym nutom, czego dowodem „Brigitte Bardot cudowna” (2021) dziś 69-letniego Lecha Majewskiego. Polski przykład przywołuję, by pokazać, że nawet przy odrealnieniu, zamiłowaniu do groteski i teatralności, gdy braknie autoironii w mówieniu na własny temat, film tonie po uszy w samozadowoleniu.

(Fot. Materiały prasowe)

Spielbergowi udało się uniknąć grzechów wspomnianych kolegów i nakręcić film wartki, wizjonerski, wciągający. Historia budzenia się jego pasji do kina zostaje opowiedziana przy całej orkiestracji emocji. Ciekawe w kontekście przywołanych filmów jest także wyjście do kina: obraz pełnej sali, wzruszonych widzów. Ze smutkiem przyznajemy, że to doświadczenie przeszłości. Spielberg pokazuje je tak sugestywnie, swoimi najlepszymi metodami, że czuję, jakbym sama była w szoku, oglądając pierwszy raz na ekranie zderzenie prawdziwych pociągów. Jesteśmy zaproszeni do środka pobudzonej wyobraźni i nie dziwi to, że Sammy chce powtórzyć ten obraz we własnym wykonaniu. Zderzyć wagony kolejki i to nakręcić, by zyskać kontrolę nad emocjami. Nauczyć się je pobudzać i gasić. Gdy potem ogląda projekcję swojego filmu na złożonych dłoniach, wydaje się, że wpuszcza nas do najgłębszego miejsca w sobie, gdzie rodzi się kino. 

(Fot. Materiały prasowe)

Rozbraja mnie to i życzę sobie, by inni twórcy z równą odwagą odsłaniali swoje słabe punkty, miejsca nadwrażliwe. Z ich obnażenia rodzi się więź między reżyserem a jego zespołem, a potem widownią, uprawnioną również do tego, by w ten miękki punkt włożyć sztylet. Parokrotnie w „Fabelmanach” Sammy wyraża, że jest zawiedziony własnym filmem. Jakby uprzedzał moment, gdy zostanie skrytykowany, ale jego współpracownicy, rodzina są zachwyceni efektem i nadzwyczaj lojalni.

Co by było, gdybym należała do ekipy? Nie wiem. Moją wadą bywa nadmierna szczerość, więc mogłabym nie zmieścić się w spielbergowskiej, bezwarunkowo wspierającej konwencji. W prawdziwym życiu daję sobie prawo, by jako widzka i krytyczka filmowa razić czasem ten miękki punkt, który ktoś zdecydował się odsłonić. Ale za samą chęć wystawienia się na ocenę niezmiernie cenię reżyserki i reżyserów. Spielberg wciąż potrafi to zrobić, mimo że zrealizował dosłownie setki amatorskich i profesjonalnych filmów. 

(Fot. Materiały prasowe)

O kinie Spielberga zwykło się mówić jako „prorodzinnym”, czyli takim, które propaguje rodzinę jako wartość, ale przekonującą właśnie dlatego, że jej nie idealizuje. Kryzysy małżeńskie, trudności, z jakimi zmagają się dzieci, rozstania, zdrady, utraty pracy, kłótnie, bolesne przeprowadzki i inne zmiany są częścią losów rodzin, może dlatego ich obraz u Spielberga wydaje się tak prawdziwy. Z taką rodziną dobrze wychodzi się we własnym życiu, a nie na zdjęciu.

Adriana Prodeus
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Demontaż atrakcji. „Fabelmanowie”
Proszę czekać..
Zamknij