Znaleziono 0 artykułów
21.08.2021

Demontaż atrakcji. „Free Guy”

Fot. East News

To jest film na silniku gry. Najkrócej mówiąc – opowiada o tym, jak być wolnym w świecie, gdzie jest się tylko tłem bez znaczenia.

Jest jedna sytuacja, w której daję sobie założyć kaganiec dla niewolników – wizyta w multipleksie. Oczywiście tylko po to, żeby przejść przez bramkę. Jak tylko zaczną się reklamy, ściągam, przecież nie jestem debilem. Jeśli ktoś rzuca się do mnie, co zdarza się superrzadko – tylko w ciemności i gdy siedzę, bo jak wstaję, nikt mi nie podskoczy – ale jak już się rzuci, ochroniarz czy inny cham, to chwilę później pożałuje, że się w ogóle urodził. Wolność bicia, kogo się chce, i kupowania, czego się chce, to podstawowe prawa, które ciągle są łamane. Zresztą mówienia też, o czym wiem, odkąd zaczął mnie banować Zuckerberg i inni faszyści internetu.

 

Mam ich gdzieś, z ziomalami śmiejemy się z nich, że to nie ludzie, tylko memy. Moje braciaki najlepsze, mordy kochane, nikt mnie tak nie rozumie. Znamy się od szczyla i mamy tak, że jak któryś z flaszką wpadnie, drugi zakurzy, trzeci pogiercuje i tak weekend schodzi. Więc w piąteczek przeważnie grilluję, coś łyknę, spalę zioło, ale w tygodniu lubię spędzić samotny wieczór.

I to wcale nie na plejszyn, tylko w multipleksie na fajnym filmie. Moja niunia, obecnie eks, lubiła chodzić też, ale odkąd ją olałem, bo sobie wyobrażała nie wiadomo co, chodzę sam i mi się podoba.  

Fot. East News

Z bykami celebruję zawsze kolejne części „Creeda”, „Rocky’ego”, „Rambo” albo w kółko puszczamy „Chłopaki nie płaczą”, gdzie wszystkie dialogi oczywiście znamy na pamięć. Płakaliśmy na „Bad Boys For Life”, bo to film marzeń – mordobicie, strzelaniny, bandziory, po prostu geniusz. No, ale nie zawsze udają się tacy „Szybcy i wściekli”. Bo byki jak czasem coś wybiorą, to wieje zapachem spod siurdacha. To proste chłopy są, a ze mnie taki gość, co lubi pogłówkować. Może „Tenet” to przesada, ale „Pi” czy „Labirynt Fauna” rozkminiłem i jestem z tego dumny nie mniej niż z tego, ile biorę na klatę albo w martwym ciągu.

Gdy więc otwarli te prawdziwe kina, gdzie mogę żreć, chlać i wyciągnąć nogi, poszedłem i patrzę, co by tu wziąć. Megazestaw, nachosy z serowym, tak jak lubię, i bilecik na „Free Guy’a”, okazyjnie, bo tani wtorek. Tytuł dobry, bo jakby o mnie. Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem. I nie zamierzam. Zwłaszcza jakiejś pieprzonej laluni. No więc idę sam, zsuwam kaganiec, bo jeszcze tylko trzeba, żeby szczepień wymagali. Niedoczekanie. Wziąłbym tylko Sputnika, jakby mieli, albo najlepiej Krokodila. Cokolwiek, jeśli dobrze trzepie. Nie będę się zatruwać Astrą Żanetą, zasypką dla niemowląt albo fajerwerkiem. Siurp, cola.

Fot. East News

Zaczyna się tak dobrze jak „Grand Theft Auto”. W roli głównej ten koleś z „Deadpoola” i „Bodyguarda”, co grał też Zieloną Latarnię – Ryan Reynolds, ogólnie dobrze znany marvelek, więc nie powinno być problemu. Historia mówi o kolesiu, który nie kuma, że jest NPC-em, czyli kimś w grze, kim nie można grać. Kto jest tylko postacią w tle, którą spotykasz jako główny bohater. Żyje sobie w mieście, fajnym na pierwszy rzut oka. Zwłaszcza jeśli wystarcza ci kwadrat, kumpel żartowniś i piwko po pracy. Ale jeszcze fajniejszym, gdy możesz trochę porozrabiać, czytaj: jesteś wyjęty spod prawa. Takie postaci to gracze, rozpoznasz ich po tym, że noszą okulary. Prawo to dla nich nie nakaz, lecz luźna sugestia. Zupełnie jak dla mnie.

I to jest moment, gdy żałuję, że oglądam to w kinie, a nie gram w to na plejaku. Nie wiem, czemu od razu tam tego nie wypuścili, przecież widać, że to film zrobiony na silniku gry. Gdyby dać mi pada do rąk, byłoby przynajmniej co robić. A tu trzeba żuć rozmiękłe od sera nachosy i oglądać nudne życie nudnego gacha, co wciąż powtarza wszystko od początku – jak w tych grach, które restartują się za każdym razem, gdy umrzesz. Free Guy jest prawiczkiem i nawet o tym nie wie, codziennie zdaje mu się, że przeżywa swój pierwszy raz, tylko że w buzi, bo pije w kółko tę samą kawę w tej samej kawiarni. Nie przeklina, nie ściga się, nie zabija, dopóki nie nastąpi błąd w grze i wtedy nagle wszystko może.

Fot. East News

Dotrwałem do tego momentu, choć już chciałem trzasnąć popcornem i wyjść, żeby oddali mi kasę za bilet. Ale wreszcie coś się zmienia: Free Guy idzie do sklepu i kupuje sobie sneakersy, dokładnie takie jak chce. Wolność! W tych butach skacze jak jakiś pieprzony Gumiś. Do tego śpiewa Mariah Carey, zajebista duperka, szkoda, że ona tu nie gra, tylko ta laska z serialu „Obsesja Eve”: słodka, ale morduje na zimno. To w niej, Jodie Comer, zakochuje się Ryan Renolds i dla niej zaczyna grać na ostro, kilując innych chłopów i zbierając brońki. Jest to, nie przeczę, dobry powód, żeby wreszcie przestać się nudzić i coś zbroić, a wiadomo, że zło przyciąga loszki. Aczkolwiek trudno być tak złym, jak niektóre z nich, na przykład moja eks, no ale to szczegół. Ten Free Guy jest coraz fajniejszy, okazuje się mieć też nawet jakąś bajerę, np. zabiera dziewczynę na lody i coś tam romantycznego jej gada. Nie wiem, jakim cudem nie ma brzucha i łysiny, ale choć foczki podobno lubią takich z brzuchami i łysych, bo mamy najwięcej testosteronu i wiadomo, co potrafimy najlepiej, to ta akurat wybiera jego. Spoko, każdy ma swój gust, ale do Stallone’a to on się nie umywa. Ale ta jest trochę dziwna – są i takie, co zamiast gościa, co jest fascynująco zły, biorą tego, co jest fascynująco dobry. Przegryw. Mięczak z mieczem świetlnym. Miły, wrażliwy, miękki taki, bez agresji i patriarchatu. Nie wierzę, że o takich marzą duperki. Jest wygenerowany, żeby im się podobać. Ale kobiety same nie wiedzą, czego chcą. Jak był taki film „Ona” o tym, jak Joaquin Phoenix z wąsem zakochuje się w wygenerowanej babie, to ona była zalotna, uwodzicielska, chrypliwa, bo ją grała Scarlett Johansson, najlepsza duperka ever. A ten Free Guy to jakaś wątła miernota. Taki Forrest Gump, któremu się trafiło jak ślepej kurze ziarno.

Ale o czym to ja... Aha, o tej cizi. Widzimy ją też na żywo, poza grą, gdzie już nie jest aż tak zajebista, no, ale ujdzie. To ona napisała tę grę, choć o tym nie wie. Chyba jest trochę niemądra, ale to mój wniosek i u kobiety wcale mi to nie przeszkadza. To znaczy grę napisała ze swoim byłym, kompletnym fletem, który tylko siedzi przy kompie i klepie cyferki. Kocha ją kretyn, ale gdzie tam jemu do niej. Zapomnij o niej, weź sobie łatwiejszą, poradziłbym mu, gdyby nie był aż takim looserem. Na końcu okazuje się, że ten gość z psychoserialu dla dzieciaków „Stranger Things” – chyba Joe Keery (męczy mnie, że mam taką dobrą pamięć do nazwisk), z niego taki spryciarz, że to on stworzył Free Guy’a, taki algorytm, żeby rozkochać w sobie loszkę. Czy mu się udaje, czy nie, zachowam dla siebie, bo nie jestem fanem spojlerów.

Fot. East News

Co jeszcze mogę powiedzieć. Uprzedzam, że oprócz strzelanek i życióweczki jest tu dużo nudy. Na przykład to, że oprócz świata gry jest w filmie tylko biuro IT. Jedno z tych miejsc, gdzie pracowały lemingi przed tą całą aferą z 5G, Wuhan i Billem Gatesem. Gdzie ludzie całymi dniami wysyłali tylko mejle do wszystkich o tytule „Re:Re:Re: Pierdolety”, a nie żadna praca. Ci ludzie koło prawdziwej roboty nawet nie stali. Dlatego sadzali ich wszystkich w jednej hali jak bydło i dawali smycze, żeby to nie pouciekało. Dlatego w filmie rządzi nimi jakiś oszołom w płaszczu jak Wiedźmin, aktor Taika Waititi, co też gra w „Legionie samobójców”, „Thorze” i „Avengersach”. Żałosny ten człowiek mop rapuje w normalnej rozmowie. Chyba że tak gadają korpoludy w służbowych zbrojach. Nie wiem i nigdy się w takiej fabryce parówek nie zatrudnię. Wolę do końca życia być na zasiłku, ale godności nie dam sobie odebrać. Trochę w tym guście myśli też gość ze „Stranger Things” i gościówa z „Obsesji Eve” – kumają, o co chodzi w korpo, więc chcą odzyskać to, co zrobili, i pójść na swoje. Trzeba było nie podchodzić do tego syfu i od razu na siebie pracować, być swoim panem. Niestety, tacy mądrzy nie byli. Trochę za późno na te porachunki. Kminię, że nikt ich nie zdzielił po nietrzeźwych ryjach zanim było za późno. No, ale czekaj, wróć. Za dużo się wygadałem, prawie jak moja stara, co zawsze wszystko wypapla, ale mieszkam u niej, więc muszę być grzeczny.

Jednym słowem, film jest o tym, jak być wolnym w świecie, gdzie jest się tylko tłem bez znaczenia. Cóż, jeśli wszystko jest możliwe i dlatego nie robisz nic, to lepiej umrzyj w grze, którą nazywasz życiem. Ja tam jestem wolny i nie widzę problemu, pod warunkiem że mam pod ręką chłodne piwko i pada.

Czy „Free Guy” poleciłbym? Milisekunda zawahania. Jasne, brachu!

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę