Znaleziono 0 artykułów
18.09.2021

Role, które pomogły wrócić gwiazdom na szczyt

W świecie filmu nieliczni potrafią utrzymać się na szczycie latami. Zdarza się, że nawet najbardziej rozchwytywane nazwiska ustępują miejsca gwiazdom nowego pokolenia. Części z nich udaje się jednak odzyskać pozycję. Przypominamy 10 ról, które stały się nowymi początkami aktorów z pierwszej ligi Hollywood.

Winona Ryder, „Stranger Things”

Fot. materiały prasowe

Po pierwszej ważnej roli w „Soku z żuka” Tima Burtona Winonę Ryder okrzyknięto jedną z najbardziej obiecujących aktorek. Kolejne role – w „Edwardzie Nożycorękim”, „Wieku niewinności”, „Małych kobietkach” – oraz jej bezkompromisowy styl zapewniły Winonie status ikony lat 90. Po kłopotach z prawem w 2002 roku aktorka wycofała się jednak z show-biznesu, żeby poradzić sobie z depresją i stanami lękowymi. Od czasu do czasu pojawiała się na dużym i małym ekranie, jednak dopiero rola Joyce Byers w „Stranger Things” pomogła jej wrócić na szczyt. Powrót aktorki okrzyknięto nawet „renesansem Winony”.

Robert Downey Jr., „Iron Man”

Fot. East News

Dorastał na planach filmowych, jego ojciec był reżyserem, matka – aktorką. Robert Downey Jr. od dziecka grywał niewielkie role w filmach ojca, jednak w połowie lat 80. zaczął pracować na własny rachunek, jego kariera nabrała rozpędu. Wszystko wydawało się iść po jego myśli: dzięki występom w takich filmach jak „Podrywacz artysta” i „Mniej niż zero” widziano w nim amanta, razem z Sarą Jessicą Parker tworzyli najgorętszą parę Hollywood, a za tytułową rolę w „Chaplinie” otrzymał pierwszą nominację do Oscara. Pod koniec lat 90. aktora kilkukrotnie aresztowano za posiadanie narkotyków i broni, trafił na odwyk. I kiedy wydawało się, że to koniec jego kariery, otrzymał jeszcze jedną szansę – rolę Iron Mana. Granie tej postaci, a później Sherlocka Holmesa, sprawiło, że odzyskał zainteresowanie krytyków i uznanie widzów. – Kino po raz kolejny uratowało mi życie – mówił.

Michael Keaton, „Birdman”

Fot. East News

Rola superbohatera zmieniła bieg kariery Keatona. Po występie w „Soku z żuka” Tim Burton zaproponował mu tytułową rolę w „Batmanie”. Film stał się światowym przebojem, a aktor dołączył do hollywoodzkiej pierwszej ligi. Kiedy jednak „Powrót Batmana” nie powtórzył sukcesu pierwszego filmu, a Keaton odmówił występu w kolejnej części, jego kariera stanęła pod znakiem zapytania. Przez kolejne 20 lat więcej czasu spędzał na swoim ranczu w Montanie niż na planach filmowych. Jak mówił potem, pogodził się, że to koniec jego przygody z aktorstwem. Jednak odezwał się do niego Alejandro González Iñárritu ze scenariuszem inspirowanym biografią aktora. „Birdman” z 2014 roku zapewnił Keatonowi pierwszą nominację do Oscara i powrót na szczyt.

Jennifer Coolidge, „Biały lotos”

Fot. materiały prasowe

Dorastając, marzyła, żeby zostać aktorką dramatyczną. Jej idolką była Meryl Streep. Ale przez pierwsze kilka lat w Hollywood rzadko wygrywała castingi, bo jak mówili, była „za duża i za głośna”. Na początku lat 90. grywała epizody, a jej wizerunek aktorki komediowej utrwaliły role w „American Pie” i „Legalnej blondynce”. – Wrzucono mnie do szufladki z napisem „seksowna blondynka z dużymi cyckami”. To, kim byłam i co chciałam robić, nie miało znaczenia – mówiła po latach. Porażki kolejnych projektów wpędziły aktorkę w depresję i zaburzenia odżywiania. – Byłam na dnie. Po prostu się poddałam. – wspominała. Złą passę przerwał telefon od Mike’a White’a, który zaproponował Coolidge rolę w serialu „Biały lotos”, napisaną z myślą o niej. Udowodniła, że równie dobrze radzi sobie z rolami dramatycznymi, co komediowymi, a najlepiej czuje się gdzieś pomiędzy.

Adam Sandler, „Nieoszlifowane diamenty”

Fot. materiały prasowe

Podobną drogę przeszedł Adam Sandler. Z tą różnicą, że zawsze marzył, żeby zostać komikiem. Gdy Lorne Michael zaproponował mu pracę scenarzysty w „Saturday Night Live”, Sandler był wniebowzięty. I odniósł duże sukcesy w tej dziedzinie, był uznawany za jednego z najzabawniejszych w branży. Zarabiał miliony, grając w komediach, takich jak „Od wesela do wesela”, czy „50 pierwszych randek”. I stał się najczęstszym laureatem Złotych Malin w historii. Gdy jednak w 2019 roku do kin trafiły „Nieoszlifowane diamenty”, Sandlerowi wróżono nawet nominację do Oscara. Zdaniem Sandlera jest to dowód, że za role godne najważniejszych nagród wciąż uznaje się dramatyczne. Gwiazdor nadal jednak chce grać w filmach, które lubi najbardziej, czyli w komediach.

Keanu Reeves, „John Wick”

Fot. materiały prasowe

W latach 90., po sukcesie „Na fali” i „Mojego własnego Idaho”, Reeves stał się idolem pokolenia, bożyszczem nastolatek. „Dracula” i „Speed: Niebezpieczna prędkość” umocniły jego pozycję w Hollywood. Gdy w końcu lat 90. wszedł na plan „Matriksa”, filmu, który miał zmienić bieg historii kina, był u szczytu popularności. Niestety w tym samym roku, zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu zdjęć, jego ukochana Jennifer Syme urodziła martwe dziecko. Półtora roku później sama zginęła w wypadku samochodowym. Reeves był zdruzgotany. Coraz rzadziej pojawiał się na ekranie. Na planie czuł się najszczęśliwszy, ale poważnie rozważał zakończenie kariery. Postanowił jednak dać sobie jeszcze jedną szansę, kiedy otrzymał scenariusz „Johna Wicka”. Sukces filmu w 2014 roku sprawił, że Reeves na dobre wrócił do gry. Potem pojawiły się kolejne części „Wicka”, a w ubiegłym roku zagrał w grze komputerowej „Cyberpunk 2077”.

Katharine Hepburn, „Filadelfijska opowieść”

Fot. East News

Gdy dziś oceniamy kariery kinowych legend, łatwo zapomnieć, że im też zdarzały się trudne momenty. Katharine Hepburn po sukcesach w pierwszej połowie lat 30. – rolach w „Małych kobietkach” i „Porannej chwale”, za którą dostała pierwszego Oscara, gwiazda Hepburn przygasła. Komercyjne porażki kolejnych filmów sprawiły, że otrzymywała coraz mniej propozycji, a agent polecił jej szukać nowego zawodu. Sytuację zmienił występ w „Filadelfijskiej opowieści” w 1940 roku. Oscarowy film pomógł odwrócić złą passę, a nowy rozdział w karierze aktorki przypieczętowała „Kobieta roku”, zrealizowana dwa lata później. To od tej produkcji zaczął się wieloletni związek Hepburn ze Spencerem Tracym.

Marlon Brando, „Ojciec chrzestny”

Fot. East News

Już po debiucie w „Pokłosiu wojny” Brando otrzymał propozycję wystąpienia u boku Vivien Leigh w „Tramwaju zwanym pożądaniem”. I za rolę Stanleya Kowalskiego dostał pierwszą nominację do Oscara. Mimo to na samym początku kariery znienawidził film, przede wszystkim za przypisaną mu łatę symbolu seksu. A marzył o rolach, które byłyby dla niego wyzwaniem, jak w przypadku tej w „Na nabrzeżach” Elii Kazana z 1954 roku, za którą dostał Oscara. Przez kolejne lata usuwał się powoli w cień. Być może przed zapomnieniem uratowała go rola Dona Corleone w „Ojcu chrzestnym” Francisa Forda Coppoli z 1972 roku. Po premierze filmu Brando nazwał swój występ wyzwoleniem.

Maja Zimnoch, Vogue Polska wrzesień 2021 / (Fot. Andrew Jacobs / East)

„New Beginnings” to hasło wrześniowego wydania „Vogue Polska”, w którym znajdziecie więcej inspirujących historii o nowych początkach. Nowy numer do kupienia w salonach prasowych i online.

Julia Właszczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę