Znaleziono 0 artykułów
20.12.2018

Usta Gdyni: Miejskie Hale Targowe

Hale Targowe w Gdyni 1938 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Gdyńskie hale były prototypem Polski kapitalistycznej, ale gdy kapitalizm faktycznie nastał i cały kraj zamienił się w jeden wielki bazar, straciły swoją wyjątkowość i powab. Pozostały jednak na szlaku zakupów gdynian i teraz, w wieku osiemdziesięciu lat, przeżywają kolejną młodość.

Kiedy na jakiś czas zamieszkałem w Gdyni, uderzyło mnie, jak żywy i wszechobecny jest tam mit okresu międzywojennego. Ściany zakładów fryzjerskich, punktów ksero i lodziarni zdobią ołtarzyki z czarno-białych zdjęć – tak jakby każdy sklepikarz czuł się dziedzicem tradycji dawnych inżynierów i kapitanów. Drugim zaskoczeniem była silna reprezentacja schludnie i zamożnie wyglądających obywateli i obywatelek w dojrzałym wieku. Kawa i gazetka, odprasowane polo i świeża farba na włosach – bardziej rentierzy niż renciści, biznes z tradycjami, Poznań z dostępem do morza. Oba zjawiska spotykają się w miejskiej hali targowej, która jest jednocześnie perłą przedwojennego modernizmu i źródłem niejednej trójmiejskiej fortunki.

Hale Targowe w Gdyni (Fot. Artur Wosz)

Gdy architekt Jerzy Müller przybył w 1920 roku z Radomia do wioski Gdynia i założył przedsiębiorstwo budowlane, szybko padł ofiarą swojego optymizmu. Choć port był już w budowie, osada rozwijała się niemrawo i nie dawała zarobić. Müller ogłosił więc plajtę i wyjechał. Gdy wrócił w 1929 roku, pracy dla architektów już nie brakowało. Monika Żeromska, która w kolejnej dekadzie bywała i w Gdyni, i w Warszawie, porównywała oba miasta do dorastających dziewcząt, które przepoczwarzając się „z niezdarnych i bez wdzięku w śliczne i wdzięczne, (…) ozdabiały się nowymi tynkami, kwiatami, wystawami bogatych sklepów, kolorowymi i estetycznymi neonami”. W tym duecie Warszawa mogła wyglądać na starszą siostrę, która odmładza się strojem, natomiast Gdynia rzeczywiście liczyła sobie zaledwie kilkanaście lat i rosła w oczach. A jak podlotek rośnie, to apetyt mu dopisuje. Władze zdecydowały, że należy go karmić w sposób zorganizowany i racjonalny, a kupcom trzeba zapewnić zadbaną i higieniczną przestrzeń do handlu żywnością. Dlatego nieopodal portu i linii kolejowej wyznaczono działkę pod Miejskie Hale Targowe. W przyszłości miały służyć tylko hurtownikom, ale na razie także załatwianiu codziennych zakupów oraz zaopatrywaniu statków. Projekt zlecono właśnie Jerzemu Müllerowi, któremu asystował młody warszawiak Stefan Reychman.

Hale Targowe w Gdyni  (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Le Corbusier uczył, że architekci zamiast traktować inżynierów z góry, powinni się od nich uczyć, jak stosować beton, stal i szkło – nowoczesne materiały, które miały stworzyć styl XX wieku. Pogląd ten długo nie mógł się przebić w architekturze gmachów publicznych. Gdyby Müller i Reychman projektowali urząd albo uczelnię, pewnie oczekiwano by od nich zaprojektowania chociaż uproszczonej kolumnady albo przykrycia nowoczesnej konstrukcji odrobiną dekoracji czy luksusową okładziną kamienną. Ale hala to tylko hala – maszyna do handlowania. Ważne, żeby dało się ją zbudować w miarę tanio, potem łatwo myć i wietrzyć, a klienci i dostawcy się nie tratowali. Kto by gloryfikował marchew i śledzia jakimiś kolumnami?

Hale Targowe w Gdyni  (Fot. Artur Wosz)

Pod nieobecność stróżów tradycji Müller i Reychman stworzyli jeden z najbardziej radykalnych budynków w ówczesnej Polsce, o architekturze sprowadzonej do inżynierskiego minimum. To właściwie kompleks trzech brył. Nad dwiema niskimi – halą rybną i mięsną – góruje główna hala warzywno-drobiowa. Jej łuki o wdzięcznym kształcie paraboli wznoszą się 16 metrów ponad ziemią. Do tej pory takie proste konstrukcje stosowano w hangarach, tu – przy 33 metrach rozpiętości – zamiast samolotów pod jednym dachem ustawiono dziesiątki stoisk. Ściany szczytowe są obficie przeszklone, dzięki czemu w środku jest jasno niemal tak jak na zewnątrz. To architektura, która przemawia odwagą prostego, zamaszystego gestu.

11 listopada 1937 roku halę uroczyście poświęcono i oddano w służbę miastu. Podczas okupacji Niemcy wykorzystali jej przestronne wnętrze na… hangar lotniczy. W 1943 roku lotnicy alianccy ją zbombardowali, ale po wojnie została błyskawicznie odbudowana – z pewnymi zmianami, ale nikt przecież nie widział w tym młodym budynku zabytku. Najważniejsze było, by znów mógł karmić Gdynię.

Hale Targowe w Gdyni  (Fot. Artur Wosz)

Hala spełniała tę rolę sumiennie, ale z czasem stała się czymś więcej niż lokalnym ryneczkiem. Bliskość portu zachęcała gdynian do prowadzenia – określenie z epoki –„pozaetatowych działań dochodotwórczych”, czyli do handlowania wszystkim tym, co niedostępne w państwowych sklepach, a co trafiało tu ze statków dzięki przedsiębiorczym marynarzom, przemytnikom i różnej maści pośrednikom. Na stoiskach kusiły modne ciuchy i markowe alkohole, cytrusy i zegarki, słodycze i zabawki. Legalne, nielegalne, zalegalizowane łapówką, zawieruszone w plątaninie przepisów. Wszystko to czyniło z targowiska egzotyczną wyspę dobrobytu, nieoficjalną „specjalną strefę ekonomiczną”, w której ryzykanci szybko się bogacili. Pewien znajomy, którego studia przypadły na złote lata hali, opowiadał mi, jak dziewczyna w sytuacji romantycznej wyznała mu, że jej największym marzeniem jest wyjechać na saksy, zarobić na własną budę i w ten sposób – jak się wyraziła – „ustawić się do końca życia”. Rosły fortuny kupców i pośredników. „Średnia krajowa wynosiła dwa czy trzy tysiące, ja ze wszystkim – w przemycie byłem słaby – wyciągałem dziesięć tysięcy. No więc byłem gość” – wspominał kapitan Tomasz Sobieszczański, do którego dotarła Aleksandra Boćkowska, autorka książki „Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL”, która nadbałtyckiemu eldorado poświęciła cały rozdział.

Gdyńskie hale były prototypem Polski kapitalistycznej, ale gdy kapitalizm faktycznie nastał i cały kraj zamienił się w jeden wielki bazar, straciły swoją wyjątkowość i powab. Pozostały jednak na szlaku zakupów gdynian i teraz, w wieku osiemdziesięciu lat, przeżywają kolejną (trzecią? czwartą?) młodość. Władze miasta nie poczuwają się już wprawdzie do odpowiedzialności za to, by wszyscy mogli tanio i higienicznie zaopatrzyć się w śledzia, ale za to dbają o dziedzictwo przedwojennej architektury. Od kilku lat remontują halę: a to ocieplą dach, a to oczyszczą elewację, a to wyremontują drzwi. Najbardziej rzucają się w oczy zrekonstruowany na podstawie przedwojennych fotografii podświetlany napis nad wejściem i zegar z kwadratową tarczą. Standard budynku podnosi się stopniowo i niepostrzeżenie, a handel działa bez przerwy, dzięki czemu hala nie dzieli losu tych zabytków, które zostały zamknięte na wieloletni, całościowy remont, a po jego zakończeniu przypominają podejrzanie nowy antyk.

Hale Targowe w Gdyni  (Fot. Artur Wosz)

To nie jest miejsce wytworne, tylko powszednie. Jak na każdym targu, jest tu trochę badziewia, ale poza tym królują kwiaty, świeże ryby i pieczywo, wędliny z wiejskich wytwórni i wymyślne herbaty, w sezonie kaszubskie truskawki i szparagi. Na ponad dwustu stoiskach wewnątrz i na zewnątrz można kupić wszystko, co potrzebne i niepotrzebne do życia, powybrzydzać, pogawędzić, popodsłuchiwać, popatrzeć na ludzi. Każdemu należy się koło domu takie miejsce. Może przydałoby się do najwyższej hali, pod zachwycający paraboliczny dach, przenieść kwiaty, warzywa i owoce? Od razu zrobiłoby się bardziej instagramowo. A może lepiej nie majstrować, tylko dać hali żyć po swojemu?

Teraz na ekranie powinien się wyświetlić napis KONIEC, a z głośnika popłynąć muzyka z trzeszczącej przedwojennej płyty. Niestety za wcześnie na happy end. Oto w czasie, gdy jedna ręka gdyńskiego ratusza dopieszcza zabytek modernizmu, druga uchwaliła plan, który pozwala na budowę ogromnego centrum handlowego w pobliżu. Czy hala, pełna wigoru staruszka, która najbardziej cieszy się, gdy wszystkim smakuje, zamieni się w świetnie zakonserwowany, ale ledwie żywy eksponat?

 

PS Wszystkim, którzy chcą dogłębnie poznać mechanizmy prywatnego handlu w PRL, polecam książkę Jerzego Kochanowskiego „Tylnymi drzwiami. Czarny rynek w Polsce 1944–1989”.

Grzegorz Piątek
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę