Znaleziono 0 artykułów
29.10.2020

Portrety miast. Gdynia

(Fot. Dariusz Jasak, zdjęcie dzięki uprzejmosci This Is Commitment)

Gdy przyjeżdżasz do Gdyni po raz pierwszy, wszystko wydaje ci się proste jak geometria jej ulic prowadzących nad morze, pociągające symboliką wolności. A potem chce się uciec. W nowym redakcyjnym cyklu Beata Chomątowska – badaczka związków architektury z jej użytkownikami – przygląda się fenomenowi Gdyni.

To miasto stworzone wprost dla niej. I ona pasuje do niego jak ulał. „Wyprostowana, swobodna, gładka, gibka, giętka i bezczelna”, Zuta Młodziakówna w mieście młodości. Pasują do siebie – ucieleśnienie nowoczesnej pensjonarki i manifest nowoczesnej architektury. Mogła tu trafić z ciekawości, w poszukiwaniu przygody. Ciągnęło do Gdyni jej rówieśników, już w 1936 r. wśród mieszkańców przeważali dwudziesto- i trzydziestolatkowie, przyciągnięci perspektywą dobrej pracy, awansu, mieszkania. Nic dziwnego. Pod wpływem propagandowych haseł wielka państwowa inwestycja na polskim skrawku wybrzeża Bałtyku jawiła się jako miasto, w którym zawsze świeci słońce. 

(Fot. Dariusz Jasak, zdjęcie dzięki uprzejmosci This Is Commitment)

Swoją drogą, wiele dekad później, sama tak myślałam w dzieciństwie, żywy dowód na to, że architektura wpływa na użytkownika, nawet zupełnie nieświadomego jej roli. Bo jeśli nawet nie świeciło, to i tak wydawała się zawsze jasna. Bielała elewacjami wielkich gmachów w centrum, przypominających statki, nieuchronnie zwiastujące bliskość morza. Efekt rozświetlenia zwielokrotniały długie przeszklenia na fasadach, odbijające niebo i wodę. Tu można było odetchnąć w pełni, zaciągnąć się morskim powietrzem, pozbywając się – ukształtowanych pod wpływem koncentrycznej, ciasnej zabudowy centrum rodzinnego Krakowa czy ceglanych, brunatnoczerwonych zaułków Gdańska – wyobrażeń o mieście. 

Bo, zwłaszcza gdy przyjeżdżasz do Gdyni po raz pierwszy, wszystko wydaje ci się proste jak geometria jej ulic prowadzących nad morze, pociągające symboliką wolności. Mit założycielski wciąż działa, choć jest sprzeczny sam w sobie. Ideę modernizmu, stylu ponadnarodowego, uniwersalnego, wykorzystano tu z powodzeniem do budowy miasta pomnika o określonej narodowej tożsamości. Hasła wywoławcze: radosny kurort, miasto przyszłości, higiena i sport, światowość, postęp. 

(Fot. Dariusz Jasak, zdjęcie dzięki uprzejmosci This Is Commitment)

Skuszona tym wszystkim, bezbronna wobec wizji miasta młodości, nakreślonych jakby specjalnie dla niej, nadciąga więc i nasza Zuta Młodziakówna, kroczy żwawo od dworca. Oszałamiająca biel razi ją zewsząd w oczy, tu i ówdzie wzbogacona którymś z kolorów Bauhausu, metodą prostych skojarzeń: błękit to morze, żółć – nadmorski piasek. Reprezentacyjna promenada z widokiem, znana z pocztówek, rozwija się przed nią, nogi same niosą tędy nad morze, choć niełatwo oderwać oczy od flankujących ją gmachów o zaokrąglonych balkonach. Oto na przykład istne wyznanie wiary wyznawców miasta-masy-maszyny cieszy oczy kontrastami jasnego piaskowca i czarnego marmuru. Ciągnące się wzdłuż elewacji pasy okien potęgują efekt. Gdyby oglądać je z pędzącego jezdnią samochodu, wrażenie ruchu byłoby wyraźniejsze, jak na filmie ekspresjonistycznym. Za rogiem po prawej bieleje dom liniowiec, ciągnie się w pionie i poziomie, niczym zwykły blok, by tu nagle w połowie bezczelnie wystrzelić w górę wieżą przypominającą komin. 

Mieć mieszkanko na takim okręcie, choćby wielkości kajuty, własną łajbę poza sezonem, latem zarabiającą na siebie – dziś, gdy trójmiejskie ceny oszalały, marzenie ściętej głowy, za czasów Zuty ciut bardziej realne. Lokalik najchętniej w tej wieży, wyrastającej poza linię dachu. Funkcjonalne wykorzystanie każdego metra kwadratowego, co oznacza meble schowane w ścianach, rozsuwane drzwi, biurko z szufladką na listy od wielbicieli i wielkie okno z widokiem. Architekt powinien projektować budowle jako naczynie na strumień życia, który mają pomieścić, pisał Walter Gropius i wszystko się zgadza. Zresztą dom prezentuje się całkiem luksusowo, podwórko obsadzone zielenią, windy, garaż, gorsecikowa posadzka w hallu. 

(Fot. Dariusz Jasak, zdjęcie dzięki uprzejmosci This Is Commitment)

Równie dobrze jednak zamiast tej maszyny do mieszkania mógłby być pokoik w jednej z willi, na przykład na Kamiennej Górze. Z samego rana gimnastykować się na balkonie, po śniadaniu (zdrowa, nowoczesna dieta z udziałem ryb, promowana w całym kraju) zbiegać od razu nad Bałtyk. Sprawę należy przemyśleć. Na dole błyska neonem kawiarnia, nasza pensjonarka bez wahania wbija tam na rekonesans, by popatrzeć, jak sprawdza się w praktyce ideał modernistycznej enklawy łączącej miejsce do mieszkania, pracy i rozrywki. Nowoczesne lokum, kąpiele w morzu, opalenizna, wieczorem dancing tutaj albo na plaży, nowoczesne sporty, jak ślizg na desce za motorówką, spacery wzdłuż brzegu, tłum uliczny, a w nim sami piękni i uśmiechnięci ludzie, jak na fotografiach przywożonych przez turystów z nadbałtyckich wakacji. Nudno nie będzie, to pewne.   

Sezon minął, pocztówki rozesłane, zdjęcia w albumach. Geometria wyobraźni, początkowo tak obiecująca i świeża, w swej bezlitosnej logice z czasem staje się nie do zniesienia. Niełatwo usidlić nowoczesną pensjonarkę, nawet miastu, które wydaje się skrojone na jej miarę. A gdy już Zula zaciągnie się do dna morskim powietrzem, wybawi do utraty tchu, zacznie rozglądać się dookoła uważniej, dostrzegając to, co do tej pory umykało zachwyconemu spojrzeniu. Powtarzalność, objawiająca się nawet w detalach, nie daje spokoju. Balkony, krzesła na plaży, rzędy okien, nawet drzewa – wszystko wciąż się tutaj replikuje jak w wielkim gabinecie luster. Wszechobecna biel razi w oczy, narzuca się zmysłom, doprowadza do szaleństwa. Można co najwyżej rozbić ją ciężkim mieszczańskim meblem, jakąś szafą gdańską rzucającą wyzwanie kątom prostym. Aż chce się uciec przed ich tyranią którymś z transatlantyków czekających w porcie. Na szczęście ciągle jest dokąd. W końcu to brama na świat.  

(Fot. Dariusz Jasak, zdjęcie dzięki uprzejmosci This Is Commitment)

* Beata Chomątowska jest pisarką i działaczką społeczną. Wydała m.in. głośną „Stację Muranów”, biograficzną książkę „Lachert i Szanajca: architekci awangardy”, a ostatnio świetnie przyjętą „Betonię”.

 
Beata Chomątowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę